shopping-cart 0,00 zł

swobodnie na temat

Mokra robota

computer zapisz w ulubionych

Mokra robota

04 czerwca '19

Jak zaprojektować dobry koniec?

A&B 02'2019


Jakie wyzwania stoją przed architekturą w XXI wieku? Czy niematerialna architektura jest mniej ważna od tej z czterema ścianami i dachem? Odpowiedzi na te pytania składają się na etos praktyki architektonicznej Centrali — grupy projektowo-badawczej z Warszawy. Z Małgorzatą Kuciewicz i Simonem De Iacobis m.in. o odnowie języka architektury, hydrobiologii, donicy z roślinami wodnymi i Pawilonie deszczy rozmawia Małgorzata Tomczak.

początki

Małgorzata Tomczak: Opowiedzcie o początkach Centrali. Na studiach spotkało się kilku pasjonatów i…

Małgorzata Kuciewicz: ....i założyło platformę wspólnych poszukiwań twórczych. Trzon stanowili Krzysztof Banaszewski, Jan Strumiłło, Jakub Szczęsny i ja. Poznaliśmy się nie w szkole na zajęciach, ale biorąc udział w warsztatach studenckich i organizując je. Do dziś udział w OSSA-ch lub EASA-ch to ważny punkt w naszych kalendarzach. 


Małgosia T: Teraz trzon Centrali stanowisz Ty, Małgosiu, i Simone De Iacobis. Simone, jak znalazłeś się w Polsce, a tym samym w Centrali?

Simone De Iacobis: Dzięki grantowi UE Leonardo i propozycji odbycia praktyki w Warszawie latem 2010 roku. Intrygował mnie potencjał Centralnej i Wschodniej Europy, nie tylko w związku z architekturą. Uznałem, że to świetna okazja.


Małgosia T: Centrala zawsze była niezwykłym zjawiskiem na polskiej mapie architektury. Oprócz budowania, kuratorowania, zajmowaliście się też ochroną dziedzictwa modernizmu. To dość nietypowe… fragment projektu „Dom z podniebnym stawem”, proj.: CENTRALA

Małgosia K: Teraz działamy jeszcze mniej typowo. Jako duet staramy się tworzyć projekty dążące do odnowy języka architektury, czyli wprowadzać lub przywracać pojęcia. Robimy to zarówno poprzez projekty budowlane i artystyczne, jak i współtworzone na bazie własnych badań narracje i fikcje zmieniające wyobrażenia o przestrzeni — opowieści, spacery, publikacje. Rekonstruujemy zapomniane śmiałe idee. Od 2013 roku zajmujemy się domem Hansenów w Szuminie; od 2012 staramy się popularyzować dorobek Jacka Damięckiego, naszego mentora; od 2015 roku działamy na rzecz rewitalizacji Warszawianki. Oczywiście nie sami, ale w sieci instytucji, aktywistów, kuratorów. Wcześniej rozumieliśmy ochronę modernizmu jako przywracanie cech stylowych obiektów (jak przy Warszawie Powiśle w 2009 roku). Teraz wyzwaniem jest nie tyle rekonstrukcja materii architektury, co idei działania tej przestrzeni. 

Simone: Tak, poprzez rozpoznania biografii miejsc takich jak Warszawianka, Szumin, czy osiedle-pomnik Muranów zrozumieliśmy, że to są żywe zabytki — ujawniają swoją pełną istotę jedynie przy ich używaniu. Przykład z ostatniego lata to rekonstrukcja „Pojemnika na roślinność wodną”, próba jego przywrócenia do rozmów o mieście, architekturze hydrobiologii w wymiarze ekologicznym i symbolicznym.

hydrobiologia i architektura

Małgosia T: Dlaczego przywracanie wiedzy o roślinach wodnych jest takie ważne? Jak to działa w kontekście hydrobiologicznym oraz społecznym?

Małgosia K: Dwa lata temu znaleźliśmy w książce Witolda Szolgini „Estetyka miasta” z lat 80. zdjęcie betonowej donicy z roślinami wodnymi. Zafascynowało nas: jak to lilie w betonie? W Warszawie? To musi wrócić! Spotykaliśmy się z zarzutami, że taka sadzawka to wylęgarnia komarów, cuchnie, jest bardziej kłopotliwa niż rabata gruntowa i że będzie dewastowana. Ale ostatniego lata, dzięki współpracy z Zachętą — Narodową Galerią Sztuki oraz z Ogrodem Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego, przeprowadziliśmy eksperyment — stworzyliśmy małe oczko wodne w jednej z takich donic. Okazało się, że obawy były bezpodstawne, rośliny sprawnie czyściły wodę, deszcz rekompensował parowanie, oczko tworzyło też przyjemny mikroklimat. Akcja zdobyła sympatyków i prowokowała do dyskusji. 

Simone: Dzięki rozmowom dowiedzieliśmy się, że system tych pojemników najprawdopodobniej zaprojektowała w latach 60. Alina Scholtz, współpracowniczka Romualda Gutta i Haliny Skibniewskiej, projektantka zieleni w ich realizacjach.

Małgosia K: Zaczęliśmy zbierać fotografie, dowody, że pierwotnie architekturze modernistycznej towarzyszyły sadzawki naturalne z roślinnością wodną, bo stosunkowo niedawno mikrokosmos oczek wodnych zastąpiono przez kontrolowane chemikaliami jałowe zbiorniki [por. A&B 2/2019, str. 55–56]. Słyszeliśmy, że mogło mieć to związek z przepisami dotyczącymi Obrony Cywilnej PRLu. fragment projektu „Dom z podniebnym stawem”, proj.: CENTRALA


Małgosia T: A wymiar symboliczny?

Małgosia K: Zrozumieliśmy, że tak jak nas fascynują projekty z lat 50., 60., 70., tak Miesa van der Rohe inspirowały projekty sprzed pięćdziesięciu lat i starsze. Dla niego inspiracją był przeszklony, prosty pawilon Josepha Paxtona Lily House w Barbrook z 1850 roku. I że rośliny wodne przy jego architekturze to hołd dla Paxtona, a lilie w betonie Aliny Scholz to kwiaty dla Miesa. My składamy kwiaty Alinie. 

Simone: W donicy posadziliśmy między innymi kotewkę, której owoce są podobne do jadalnych kasztanów. Dawniej w Polsce orzechy wodne jadano gotowane, pieczone lub, po ususzeniu i zmieleniu, robiono z nich mąkę. Z wysuszonych łupin robiono biżuterię.

Małgosia K: Zorientowaliśmy się, jak mało, w porównaniu do roślin lądowych, wiemy o świecie roślin wodnych. Latem nauczyliśmy się, jak obsadzać rośliny w mieszance mułu i torfu, w wodzie jeziornej, nigdy kranówce. Dowiedzieliśmy się, jak „pielić” sadzawkę. Teraz szukamy przepisów kulinarnych, by odtworzyć menu z roślin wodnych i przybrzeżnych.


Małgosia T: Projektujecie też Mokradło w Warszawie. To dość nietypowe zadanie projektowe dla architektów. Wydaje się, że to zadanie dla natury. Pracujecie też okołolingwistycznie, przypominając istnienie słów: mokradło, turzycowisko, torfowisko, bagno, mady, marsze, łęg, moczary, trzęsawisko, grzęzawisko, topielisko, trzcinowisko, wiklinowisko, tereny wilgotne, ziołorośla, zalewowe łąki i zakrzaczenia i inne. Kiedyś były one w codziennym użyciu mieszkańców terenów nadwodnych. Dziś mało kto wie, jakie są różnice w ich znaczeniach.

Małgosia K: Tak, budowanie projektów architektonicznych i urbanistycznych na bazie pojęć, których znaczenia się zatarły, to nasza nowa metoda pracy. Przy tym projekcie rozkodowaliśmy tzw. wetlands [por. A&B 2/2019, str. 36–37], bo wierzymy w istnienie „pamięci krajobrazu”. Przypuszczamy, że w wypadku ekstremalnych zjawisk pogodowych wody odnajdą stare koryta rzek. A jako że Wisła jest rzeką roztokową (warkoczową), której zawsze towarzyszyły mokradła, lepiej odbudować je planowo. Postulujemy, by na warszawskich wiśliskach tworzyć kompozycje z rodzimego materiału roślinnego i przywrócić gatunki zwierząt należące do regionu, bo lokalną odpowiedzią na wyzwania klimatyczne przyszłości jest rekonstruowanie różnorodnych terenów wilgotnych.

Simone: To zdziczanie przyrody, trudne polskie słowo. Rewilding.

Małgosia K: Zbiegło się to z rozpoznaniami wokół donicy i zaproszeniem do udziału w wystawie „Futurama Warszawa”. My już czuliśmy potencjał świata hydrofitów, gdy kurator wystawy w Zodiaku, Jakub Szczęsny, zapytał nas, co zrobić z uśpionymi terenami zalewowymi na praskim podskarpiu.…

Simone: Ale spojrzeliśmy szerzej — przyglądneliśmy się na nowo rzece. Wisła to nie tylko koryto, ale także sieć cieków wodnych, zbiorników i terenów zalewanych sezonowo. To obszar, a nie linia nurtu na mapie, dlatego proponujemy, aby cały układ hydrograficzny potraktować jako całość. To daje nowe spojrzenie na Wisłę w Warszawie. Chcemy, by między wałami przeciwpowodziowymi powstał Park Przemian Wysp — zmieniająca się w rytmie dwukrotnych w ciągu roku wylewów rzeki oraz rzeźbiona przez wędrujący nurt struktura piaszczystych osadów, odsypów i usypisk. 

Park Wędrujących Wysp

Park Wędrujących Wysp

© CENTRALA

Małgosia K: Park Wędrujących Wysp.

Simone: A za wałami, na wiślisku chcemy uzupełnić starorzecza o wodne ogródki działkowe, dryfujące rabaty i Hydrotrasę Tysiąclecia. Powstałyby tam między innymi naturalne stawy kąpielowe, miejsca upraw hydrobiologicznych czy nowe połączenia wodne. Umożliwiłoby to bezpieczne korzystanie z walorów wodnego pejzażu. Inspiracjami były dla nas fenomeny z całego świata: Wilkowo, Văcărești, chinampy czy budowle Olędrów [por. A&B 2/2019, str. 63–64].

Małgosia K: Warszawskie tereny wilgotne byłyby dostosowane do naturalnych okresów obfitości wody oraz ekstremów pogodowych — w czasie suszy rozprowadzałyby niezbędną ilość wody, w trakcie gwałtownych opadów, nasiąkając, gromadziłyby deszczówkę, by oddawać ją powoli. Rozlewiska tworzące się w mieście równolegle do okresowych wezbrań Wisły mogłyby przywrócić Warszawie puls rzeki. Tak jak mówiłam: pozwolić miejskiej przyrodzie ponownie zdziczeć, to odpowiedź na wyzwania klimatyczne przyszłości. fragment projektu „Dom z podniebnym stawem”, proj.: CENTRALA

Simone: Ważne jest też to, że projekt przywraca miastu cykle rzeki, podkreśla dwukrotne wezbrania, wiosną roztopowe i latem deszczowe. Tereny zalewowe, wetlands, to w sumie najstarsze „żywe zabytki” świata, na przykład mokradła Mezopotamii, kolebka cywilizacji. [por. A&B 2/2019, str. 67]. A teraz architektonicznym wyzwaniem jest tworzenie infrastruktury naturalnych wód w mieście, retencji i wykorzystywania zdolności fitoremediacji roślin, także tych przybrzeżnych i wodnych. Podobnie jak w przypadku projektu „Świder-bis” czy otwartych rok temu mokradeł Walthamstow w Londynie, ważne jest, by wdrażać idee rekreacji wodnej i ekoturystyki w mieście. Musimy traktować miasto jako teren bioróżnorodny, zamieszkiwany nie tylko przez ludzkich mieszkańców. 

amplifikacja natury

Małgosia T: Co Was skłoniło do zajęcia się związkami architektury z wodą i jej światem?

Simone: To lekcja wyniesiona z Warszawianki, czyli warszawskiego kompleksu sportowego zaprojektowanego przez zespół Jerzego Sołtana w połowie lat 50. By w pełni zrozumieć ten projekt, odwiedzaliśmy to miejsce wielokrotnie w ciągu kilku sezonów i nauczyliśmy się śledzić wodę, znajdować wysiąki, wywierzyska, odszukiwać dukty wodne dzięki obserwacji roślinności, patrzeć, gdzie rosną sople. Na kolorowych zdjęciach lotniczych Warszawianki dostrzegliśmy również lilie wodne na tafli jeziora retencyjnego u podnóża kompleksu. Za zieleń Warszawianki była odpowiedzialna między innymi Alina Scholtz, więc tu też jest powiązanie z betonowymi pojemnikami. Tylko dzięki spacerom i obserwacjom w terenie mogliśmy w pełni zrekonstruować strukturę i ideę działania tej kompozycji. I zapisać to w formie makiety prezentowanej w Polskim Pawilonie na ostatnim Biennale Architektury w Wenecji. Jak fantastyczny, złożony był projekt Warszawianki oraz jak ważnym komponentem jest woda w architekturze, również w wymiarze politycznym, można przeczytać w książce towarzyszącej wystawie „Amplifikacja natury. Planetarna wyobraźnia architektury w epoce antropocenu”, pod redakcją Anny Ptak, kuratorki wystawy.

Pawilon Polski na 16 Międzynarodowej Wystawie Architektury w Wenecji

© CENTRALA


Małgosia T: Opowiedzcie o idei pawilonu?

Małgosia K: Wystawa „Amplifikacja natury” to opowieść o procesach regulujących biosferę Ziemi, zjawiskach atmosferycznych i astronomicznych, które tworzą architekturę. Pokazaliśmy rezultaty badań prowadzonych przez nas od 2012 roku. Trzy rekonstrukcje idei projektów historycznych oraz dwie nowe propozycje wynikające z tych rozczytań. Wszystkie projekty pokazaliśmy przez pryzmat działania natury — siły grawitacji, krążenia wody i świetlnego cyklu dzienno-nocnego.


Małgosia T: Będę teraz trochę adwokatem diabła i zapytam o głosy krytyczne dotyczące pawilonu. Najczęstszy zarzut był taki, że bez katalogu praca, którą pokazywaliście w pawilonie, była niezrozumiała i że na tego rodzaju wystawę trzeba przygotowywać projekty w taki sposób, żeby były czytelne i to w krótkim czasie, bo zwiedzający na tak dużej imprezie nie mają go za wiele.

Małgosia K: To był świadomy wybór. Nasze rozpoznania były nasycane latami, zebraliśmy sporo materiału, który zawarliśmy w książce. Ekspozycja przyjęła formę diagramu przestrzennego, w którym grawitację zastąpiliśmy wypornością wody. Pięciu projektom — makietom unoszącym się na wodzie bez ustalonego miejsca w hierarchii — towarzyszyły, zazwyczaj nieprzedstawiane na wystawach architektury, reprezentacje zjawisk planetarnych przygotowane przez artystkę Izę Tarasewicz.

Simone: Biennale w Wenecji to nie tylko dwa szalone dni otwarcia. To impreza trwająca sześć miesięcy. Wielu zwiedzających przyjeżdża później, kiedy nie ma tłumu i można bez pośpiechu zapoznać się z wystawami. Ekspozycja odzwierciedla nasze podejście do prezentacji badań architektonicznych, gdzie widz może złączyć fragmenty w kompozytowe pojęcie amplifikacji natury. Wierzymy w aktywnego, zaangażowanego widza. Wystawa ma wyzwalać zaciekawienie, sprawiać, by chciało mu sie dowiedzieć więcej. Wkład Izy Tarasewicz był niezwykle istotny, tworzył sugestywne doświadczenie przestrzenne. Grawitację i czas geologiczny przedstawiła ona poprzez interpretację formacji skarpy warszawskiej, która stała się wodną niecką — ekspozytorem z makietami; cyrkulację wody jako instalację artystyczną na temat deszczy, a oscylację światła za pomocą reprezentacji zmierzchu i świtu.

Małgosia K: Hans Ibelings w swojej recenzji Biennale wskazał naszą wystawę jako jedną z trzech, które poleca. Pisał: „Jest to zatem wystawa, która nie daje się od razu uchwycić i jest to przyjemne doświadczenie wśród wszystkich innych eksponatów, które chcą być tak jednoznaczne i jasne”.


Małgosia T: Wciąż rozwijacie temat, który podjęliście w Wenecji. Amplifikacja natury — co właściwie oznacza to pojęcie i dlaczego jest tak ważne, żeby wciągnąć je do języka i praktyki architektonicznej? fragment projektu „Dom z podniebnym stawem”, proj.: CENTRALA

Małgosia K: Zjawiska będące budulcem architektury: grawitacja, oscylacja światła, cyrkulacja wody, służą jednocześnie reprodukcji Ziemi. Perspektywa ta pozwala widzieć architekturę jako część procesów zachodzących w skali planety. Opowiemy przykładami. Prezentowaliśmy Pawilon deszczy, który również powstał dzięki wodnej lekcji wyniesionej z Warszawianki. To był nasz pierwszy projekt stworzony na podstawie badań etnolingwistycznych. Dzięki dotarciu do opracowań Władysława Kupiszewskiego z lat 60. i zrozumieniu różnic pomiędzy siewką, siekawicą, pluchotą, chlapaniną, trzaskawicą, łyskawicą, kapaniną, ulewą oraz dżdżą mogliśmy zaproponować strukturę, której architektura wzmacnia te różnice. Powstała propozycja architektury pozwalającej cieszyć się, że pada, doświadczać różnorodności deszczy i uzmysławiać planetarną cyrkulację wody.

Simone: Pawilon deszczy jest medium zjawisk hydrologicznych we wszystkich możliwych skalach — od kropel do układów, w których niebo styka się z ziemią. Lejek tworzący słup wody pozwala zobaczyć, jak szybko przelewa się ona podczas ulewy, dla dżdży mamy kondensujące sito zamieniające mokrą zawiesinę w widoczne krople, na siekawicę mamy odwrócony dzwon, który zbiera deszcz padający z różnych stron, podczas trzaskawicy można znaleźć się pomiędzy dwoma komorami bębnowymi, które sprawiają, że grzmoty robią się głośniejsze. Pawilon nie chroni przed deszczem, ale organizuje odczuwanie krążenia wody. Słownictwo oddające zróżnicowanie opadów zanika. Zanika też sama różnorodność opadów…

Pawilon Deszczy

Pawilon Deszczy

© CENTRALA

Małgosia K: Ania Ptak nazywa ten pawilon „Pomnikiem współczesnego deszczu, rodzajów mazowieckich opadów w 2018 roku”…

Simone: ...bo jeszcze możemy cieszyć się różnorodnością zjawisk pogodowych. A bogaty polski język jest repozytorium inspiracji architektonicznych, wystarczy poszperać…

Małgosia K: ...i zilustrować te pojęcia, tworząc przestrzenie architektoniczne o mocy przenoszenia wyobraźni użytkownika w bardziej odległe skale, nie tylko geograficzne, ale też czasowe. Również miejsca niewygodne, miejsca straty, zatartych sezonów, niedostatku wody, wyginięcia gatunków. Dzięki optyce, którą nabyliśmy, pracując z Anną Ptak, nie umiemy już oddzielać współzależności przestrzeni planetarnej i ludzkiej. Staramy się sięgać w głęboką przeszłość i wybiegać myślą daleko w przyszłość, traktować architekturę jako dyscyplinę splecioną z naukami przyrodniczym, środowiskowymi.

Simone: Zanikanie periodycznych zjawisk w przyrodzie dla większości ludzi nie wydaje się problemem. Wolą mieszkać wygodnie, odcięci od dobowych czy sezonowych spadków temperatury. Odgrodzeni od insektów czy mikrobów żyjących w glebie. W wiecznym słońcu elektrycznej lampy. My stratę dostrzegamy i wierzymy, że architektura może pomóc ją uzmysłowić. Uwrażliwić na postrzeganie życia w wielu skalach i cyklach. Dlatego kolejnym przykładem z „Amplifikacji natury” jest dom chronobiologiczny — nasza propozycja wzmacniająca odczucie bycia częścią rytmu dnia, sekwencji światła i ciemności, pór roku i pogody — z wszelkimi tego konsekwencjami. Bazujemy na wiedzy dotyczącej wewnętrznego zegara biologicznego oraz budowaniu różnorodności życia za pomocą negocjowania naszego poczucia komfortu. Dom Cabrio to przestrzeń zorganizowana wokół paleniska, jako że to jest pierwotny element architektury organizujący ludzi w przestrzeni, starszy nawet od dachu. fragment projektu „Dom z podniebnym stawem”, proj.: CENTRALA

Małgosia K: Projektowanie dyskomfortu ma swoje tradycje. Czerwono-niebieskie krzesło Gerrita Rietvelda nie miało zaspokajać potrzeb poszukującego wygody ciała. Jego twardość pozwala czuć miękkość mięśni pomiędzy dechą a kośćmi. Podobnie kimono, ograniczające ruchy do wąskiego repertuaru — chodzenia, stania, siedzenia i klęczenia. Sztywny i krępujący kostium, jak pancerz homara, podkreśla miękkość i delikatność samego ciała. W książce „Amplifikacja natury” rozmawiamy z biolożką Moniką Słupecką-Ziemilską o rytmie okołodobowym naszych ciał oraz o przestrzeni domu jako sferze przenikania się intymności i cykli planetarnych.

Simone: Dlatego nasz dom chronobiologiczny, Dom Cabrio, to chata z otwierającym się na firmament dachem, w którym nie jest określone, co jest salonem, co podwórzem, co werandą czy sypialnią. Poprzez ruchomy dach zachęca on do negocjowania własnego poczucia bezpieczeństwa z pragnieniem ogromu i kontemplacji nieba, mieszania intymności ze skalą wszechświata. Umożliwia zasiedlanie środowiska, spanie w zimowym mrozie na zapiecku, wiosną cieszenie się insektami w salonie, umożliwia kąpiele w letnim deszczu czy liczenie spadających liści lub gwiazd, siedząc na kanapie.

Dom Cabrio

Dom Cabrio

© CENTRALA

Małgosia K: Przy tym projekcie przypominamy że w Polsce mamy dwanaście sezonów — podstawowe i uzupełniające pory roku: przedzimek, spozimek, przedwiośnie, pierwośnie, polecie itd., które mogłyby wpływać na kształt architektury, jej sezonową rytmikę zmian w cyklach rocznych. Fascynują nas elementy budynków odpowiadające na periodyczne zjawiska w przyrodzie. Okiennice czy kotary rozwieszane w formie wiatrołapów, dwuwarstwowe okna, z których wiosną można wypiąć jedną warstwę, ekrany z firan rozpinane jako moskitiery czy tekstylne zacieniające markizy. Elementy uruchamiające sezonowe architektoniczne rytuały.

Simone: Architektura jest jak jedzenie. Możemy przez cały rok jeść truskawki z marketu, albo możemy prowadzić kuchnię sezonową bazującą na lokalnych produktach.

Małgosia K: Co wymaga zachodu. Ale uzmysławia upływ czasu i spektrum zjawisk, w których poprzez jedzenie lub zamieszkiwanie uczestniczymy. Sprawia też, że zastanawiamy się, jakie substancje do świata uwalniamy i jakie absorbujemy. Więc tak, lubimy projekty tworzące niewygodę. Szczególnie jeżeli nasz dyskomfort przekłada się na jakość życia nieludzkich mieszkańców miast, na przykład ograniczanie zanieczyszczenia świetlnego, czyli zaplanowanie mroku, może ułatwić aktywności zwierzętom krepuskularnym i nocnym. fragment projektu „Dom z podniebnym stawem”, proj.: CENTRALA

Simone: Nasze drobne niedogodności mogą wpłynąć na osiedlanie się populacji zwierzęcych w środowisku zurbanizowanym, tym samym pejzaż miejski może stać się obszarem bioróżnorodnym.


Małgosia T: Jak w waszym projekcie okładkowym?

Simone: Trzy lata temu w ramach projektu „Dachologia” badaliśmy potencjał dachów budynków wielorodzinnych jako przestrzeni społecznej. W projekcie „Dom z podniebnym stawem” przygotowanym specjalnie dla tego numeru A&B, proponujemy budynek dla małej społeczności typu okolnica ze stawem naturalnym na dachu. Staw jest domem dla roślin, owadów, ptaków, małych ssaków i ryb. Miejskim kosmosem. Wyniesione oczko wodne stanowi ostaniec bioróżnorodności w wypadku zalania terenu skażonymi wodami powodziowymi. Jest strategicznym rezerwuarem wody w okresie susz. Tworzy przyjemny mikroklimat podczas upałów. Można na nim hodować wodne rośliny jadalne, na przykład kotewkę orzech wodny.

Małgosia K: Nasz staw kąpielowy ma wymuszony obieg wody. Turbina wiatrowa o pionowej osi obrotu zasila małą pompę obiegową, która powierzchniowo porusza wodę w zbiorniku i przepuszczając ją na przykład przez filtr hydrobotaniczny, przyspiesza i wzmacnia procesy samooczyszczania się wody. Ruch wody zapewnia zimą pas wody otwartej, niezbędny dla zwierząt, oraz zapobiega zupełnemu zalodzeniu stawu. Mamy też podgrzewane pierścienie po obwodzie, by przeciwdziałać parciu pokrywy lodowej powodowanemu jej rozszerzeniem. Ale energia wydatkowana jest tylko w wypadku rzadkich zdarzeń. Nawiązując do filmu Stanisława Barei „Poszukiwany, poszukiwana” — nasz spółdzielczy punktowiec stoi sobie w zieleni, bez przesuwania jeziora…

Simone: Rozumiemy, jak ważne jest zakładanie miejskich mokradeł, dlatego postulujemy nie tyle dachy zielone, co wodno-zielone!


Małgosia T: Nie projektujecie architektury sensu stricto, stawiacie raczej na konceptualne działania w przestrzeni miast, by zmieniać wyobrażenia na dany temat. To dosyć nietypowe podejście. fragment projektu „Dom z podniebnym stawem”, proj.: CENTRALA

Małgosia K: Budowanie wiedzy, wyobrażeń, problematyzowanie pewnych spraw jest równie ważne, co wznoszenie fizycznych obiektów. W rezultacie kolektywna wyobraźnia jest w stanie zmieniać rzeczywistość. Zbiorowa świadomość, z jakich elementów składa się miasto ma ogromny wpływ na to, jak samo miasto jest postrzegane, rozumiane i używane oraz w jakim kierunku podążają decyzje dotyczące jego przekształceń. Dziś wyzwaniem jest, by działać z myślą o większej skali, z wyobraźnią planetarną.


Małgosia T: Proponujecie etyczną i mądrą architekturę jako fizyczne i biologiczne środowisko. W naszych rozmowach telefonicznych pojawił się termin „projektowanie ładniejszego końca”. Co dokładnie przez to rozumiecie?

Simone: Jednym z przykładów wskazanych przez nas do zaprezentowania w tym numerze jest dom projektu Wima Goesa, architektura powiązana z cyklem życia człowieka. Dom zaprojektowano tak, by zniknął po śmierci użytkownika. Gdy pomyślimy o skali zbiorowej, z perspektywą wystarczająco odległą, musimy założyć koniec ludzkości. Pytanie, co po sobie zostawimy. Fascynuje nas teza nadchodzącego Triennale w Mediolanie. W odróżnieniu od gatunków, które wyginęły przed nami, my mamy zdolność konceptualizowania naszego końca i dlatego możemy zaprojektować je lepszym, elegantszym…


Małgosia T: Dziękuję za rozmowę!

rozmawiała: Małgorzata TOMCZAK