computer zapisz w ulubionych

I wuzetki też!

02 marca '21

W kabarecie „Polska” co chwilę idą nowe numery. Ostatnio obejrzeliśmy wystrzałowy popis pod tytułem „Wieżowce w Międzyzdrojach”. Autor! — woła widownia. Ale, poza kilkoma wzmiankami, o autorach jakoś cicho.

Wizualizacja Międzyzdrojów z wbitymi w miasto studwunastometrowymi maczugami obiegła internetowe serwisy na początku lutego. Wieżowce piękne, jeszcze lepsze wpisanie w kontekst. Nareszcie byle klif nie będzie dominował w nadmorskiej panoramie. Nie wiedzieć czemu, projekt został bohaterem prześmiewczych memów. W komentarzach mnożyły się kpiny z inwestora, radnych oraz autorów planu miejscowego, którzy umożliwili inwestycję. Nieliczni pytali o architekta — zapewne, żeby docenić jego wysiłek oraz nadrobić lenistwo mediów, które prawie zawsze milczą o projektantach. Ale i środowisko architektów, komentując wieżowiec, raczej omijało nazwiska autorów: Arkadiusza Czarkowskiego i Sławomira Wunscha. Choć przecież tak często upomina się o podawanie autorstwa.

Często, ale nie zawsze. Ilekroć pojawia się taki projekt jak Dzida Towers z Międzyzdrojów: odważny, przekraczający wszelkie standardy, dzieło nieszablonowe, idące w poprzek przyjętych wzorców, tyle razy architekci traktują autora jak nieboszczyka. Albo o nim dobrze, albo wcale. Hotele Gołębiewskiego, zamek w Stobnicy, hongkoński mrówkowiec na warszawskiej Woli, poznański zroślak dworca z centrum handlowym. Niby słynne, niby komentowane, ale trochę samorodki. Nawet jeśli pojawi się gdzieś nazwisko projektanta, to półgębkiem. Na językach są za to inwestor, władze i ustawy. Owszem, każdemu według zasług, ale ktoś jednak robił te rzuty i elewacje. I to nie z lufą przy skroni.

Autorzy powinni stanąć zatem w świetle reflektorów. Zresztą nie tylko twórcy wyliczonych tu ikonicznych przykładów, lecz także pomniejszych dzieł: katalogowych domów lub osiedli z mistrzowsko wyżyłowanym PUM-em i wielu innych atrakcji meblujących nam kraj. Co jednak robić, kiedy sami projektanci udają, że ich nie ma. Nie dość, że skromni, to altruiści: często mówią, że wzięli zlecenie, bo nie udźwignęliby go koledzy. Tymczasem sława należy się im jeszcze z innego powodu. Swoimi realizacjami harmonijnie wpisują się w polskie realia.

Od dekad specjalizujemy się przecież w doprowadzaniu wszystkich aspektów rzeczywistości na skraj prawdopodobieństwa, a potem w pięknym stylu kpimy z tego, ile wlezie. Memy, kawały, cięte riposty. Wszystko, by później pękać z dumy: niech narodowie znają, jaki mamy do siebie dystans. „Na Podhalu prawo budowlane się nie przyjęło”. Buahaha, śmiechom nie ma końca. „Ład przestrzenny”. I turlamy się po podłodze.

Moglibyśmy nawet zrobić z Polski kraj-kabaret, unikalną atrakcję turystyczną, gdyby nie fakt, że nasze żarty są dość hermetyczne. Polska to autarkiczna beczka śmiechu: sami dostarczamy pożywki, sami się rozbawiamy, sami się śmiejemy. „Panowie, kto tu jest naprawdę?” — pytała z przyganą Irena Kwiatkowska w Kabarecie Starszych Panów. To pytanie można stawiać w Polsce co dzień, zwłaszcza w ostatnich pięciu latach.

W tak pysznej, szampańskiej atmosferze nietaktem są poważne pytania oraz dosadne komentarze w jakiejkolwiek dziedzinie. Rządzą tematy zastępcze. Środowisko architektoniczne milczy zatem lub co najwyżej szepcze o projektach pasujących do kabaretu, ale co najmniej dziwnych w normalnych realiach. W przypadku Międzyzdrojów realia takie leżą dotkliwie blisko: to trzy niemieckie kurorty tuż za Świnoujściem. Środowisko trochę pochrząka, trochę powywraca oczami, swoje wie, ale nie powie, rzuci mięsem przy wódce, ale nie zrobi kolegom większej przykrości. Wszystko zgodnie z kodeksem etyki zawodowej i jego uprzejmym zakazem „złośliwej krytyki”, gdzie pojemność słowa „złośliwy” zdaje się zbliżać do nieskończoności.

Zresztą jak tu dręczyć kolegów, skoro działają w granicach prawa? Zawód jest trudny, dzieciska wołają jeść. Plan był, pozwolenia wydane, w tabelkach wszystko gra. Prawo też jest z kabaretu, i to tak zabawne, że od ponad siedemnastu lat nie schodzi z afisza. Architekci niby chcą zmiany, może i pragną czegoś, co zatrzyma demolkę przestrzeni, ale że sami grają w tej wymagającej farsie, to coraz trudniej im ją głośno wygwizdać. Niektórzy mówią, że to kompromis.

Coś jednak pęka i słowu kompromis przywraca się mniej kabaretowe znaczenie. Od listopada ludzie wychodzą nawet w tej leksykalnej sprawie na ulice. Oto „kompromis” aborcyjny, zgodnie z faktami, zostaje nazwany dyktatem. A protestujący już nie certolą się w tańcu, za nic mają kabaretowy bon ton narzucany przez „dziadersów” oraz nietykalny dotąd Kościół. Osiem gwiazdek w nieocenzurowanej wersji to kaliber, z którego jeszcze nie strzelano.

Nastroje robią się zatem rewolucyjne. Może warto skorzystać i w środowisku architektów częściej nazywać rzeczy po imieniu? Nie tłumaczyć szkodliwych projektów kompromisem związanym z „ekonomicznymi aspektami transformacji”, bo od 1990 roku minęły już trzy (TRZY!) dekady. Dać solidarny odpór majętnym, ale szkodliwym inwestorom. Nie zwalać wszystkiego na złe prawo, tylko je wreszcie naprawdę naprawić. Albo: uczyć się od kolegów, którzy nawet w tych fatalnych warunkach robią fantastyczne rzeczy.

Warto też zacząć zauważać takich kolegów, co projektują rodakom mieszkania gorsze niż za Gomułki, wypracować mieszkaniowe standardy i je egzekwować. Wreszcie: nie relatywizować. „Owszem, są czarne owce, ale poziom idzie w górę. Nie w kij dmuchał te dwadzieścia nominacji do nagrody Miesa” — odezwą się zawodowe gremia. Niech to powtórzą mieszkańcom Białołęki. I dziesiątków klonów tej dzielnicy w całym kraju.

Wreszcie, warto tupnąć nogą publicznie i głośno. Przeciwko złemu prawu i fatalnej planistycznej praktyce. Wiadomo, odpada marsz gwiaździsty architektów na stolicę, choć dobrze by było popatrzeć, jak — zamiast opon — palą pod Sejmem smrodliwe makiety. Ale od czego SARP, Izba Architektów oraz NIAiU? Stanowczo, rzeczowo i wspólnie mogą zdziałać wiele.

Natomiast w ramach partyzantki nieśmiało proponuję upiększanie murów — odręcznym architektonicznym pismem:

***** PUM.

I wuzetki też!

Jakub GŁAZ

Głos został już oddany

okno zamknie się za 5