Kliknij i zobacz jak w prosty sposób opublikować swój projekt w A&B

Łukasz Łuczaj, botanik: Nie kośmy tak często łąk i traw w miastach! Produkują tyle tlenu, co las

Katarzyna Domagała
15 listopada '21

„Zmieńmy myślenie w stylu, że ładny teren miejski to wykoszony i schludny. Pamiętam czasy, kiedy w miastach rosły wysokie trawniki, nikomu nie przeszkadzały i jednocześnie niosły wiele korzyści dla mieszkańców. Pokochajmy łąki w miastach! Pozwólmy sobie na ich deptanie i na bieganie po nich” — mówi dr hab. Łukasz Łuczaj, botanik.

Katarzyna Domagała: W maju apelował Pan do władz Rzeszowa, aby zaprzestały częstego koszenia łąk w mieście, bo przez to pozbawiają miasto wielu korzyści. Ale dzieje się tak nie tylko w Rzeszowie. Dlaczego nie pozwalamy rosnąć swobodnie łąkom i trawom w miastach?

Łukasz Łuczaj: Łąki i tereny trawiaste w polskich miastach generalnie koszone są zbyt często, a miasta chlubią się tym, że jest schludnie i gładko. Co tu dużo mówić — w Polsce ostatnio panuje moda na ugładzone powierzchnie, krótkie trawniki…

Katarzyna: Skąd ta moda?

Łukasz: Przyszła do nas m.in. z USA i Wielkiej Brytanii. Poza tym, jest jeszcze inne źródło takiego postępowania: człowiek z natury jest istotą sawanny i w otwartym otoczeniu czuje się po prostu bezpiecznie. Poza tym, miasta mają teraz więcej pieniędzy i lepszy sprzęt, dlatego nie żałują ich na koszenie traw. Otóż, chciałbym powiedzieć, że nie jest to konieczne! W naszym klimacie tego typu roślinność ma tendencje do bycia gęstą i wysoką, więc nie ścinajmy jej na siłę. Zresztą teraz w Wielkiej Brytanii zamienia się całą zieleń przy autostradach na łąki kwietne, ba w zeszłym roku terenu zielone wokół lotniska Stanstead zaczęto kosić dopiero pod koniec czerwca. W ogóle zlikwidowano tam trawniki. Trawniki są passé.

Uważam, że powinniśmy zmienić myślenie w stylu, że ładny teren to wykoszony i schludny. Pamiętam czasy, kiedy w miastach rosły wysokie trawniki, nikomu nie przeszkadzały i jednocześnie niosły wiele korzyści dla życia w mieście — zarówno dla ludzi, jak i zwierząt, w tym owadów.

Łąka na lotnisku w Stanstead (k. Londynu)

© Archiwum prywatne Łukasza Łuczaja

Katarzyna: Powiedzmy w takim razie więcej o tych korzyściach. Co zyskujemy dzięki łąkom i wysokim trawom w miastach?

Łukasz: Pamiętajmy, że zbyt częste koszenie łąk i trawników skazuje wiele gatunków roślin na wymarcie. Nie mają szans ponownie zakwitnąć i być pokarmem dla owadów. Na przykład w koszonym trawniku znajdziemy zaledwie kilka gatunków roślin. W niekoszonym, lub koszonym raz do roku, będzie ich znacznie więcej. Na zimę warto zostawić niewykoszone łąki i wysokie trawy, ponieważ znajduje się w nich pokarm dla ptaków, na przykład nasiona.

Chciałbym jednak zaznaczyć, że nie chodzi o to, żeby w ogóle nie kosić traw i łąk i zrobić z miasta dżunglę! Gdybyśmy w ogóle nie kosili, te tereny prawdopodobnie porosłyby drzewami. Przy okazji warto wspomnieć, że czasami w miastach mamy problem z roślinami inwazyjnymi  — na przykład nawłocią kanadyjską. Może się tak zdarzyć, że teren niekoszony zamieni się w jednogatunkowy łan nawłoci albo w łan pokrzywy.

Katarzyna: W takim razie jak często kosić łąki i trawy w miastach?

Łukasz: Wystarczy dwa, trzy razy w roku. Wtedy potencjalna flora będzie miała szansę się dobrze rozwijać i być źródłem pokarmu dla owadów. Chodzi o to, żeby tak sterować tą roślinnością w mieście, żeby to nie były łany tylko jednego gatunku, a kilkanaście czy kilkadziesiąt. I zapewniam, że to ma wiele pozytywnych skutków dla otoczenia. Im więcej gatunków roślin, tym np. więcej będziemy mieć motyli w mieście.

Jest jeszcze inna kwestia: chodzenie po łąkach. Pozwólmy sobie na tę przyjemność! One też po to są. Kiedyś widziałem dziecko, które podczas zabawy w mieście miało ochotę pobiegać po łące, ale zwyczajnie miało opory, żeby to zrobić.

Katarzyna: Bało się upomnienia ze strony dorosłych. I kary!

Łukasz: Właśnie, dlatego apeluję nie tylko o to, abyśmy pokochali łąki w miastach, ale również o to, byśmy pozwolili sobie na ich deptanie, chodzenie i bieganie po nich. I zmieńmy myślenie, że teren schludny i ładny to taki koszony kilka razy w roku.

Katarzyna:A czy częste bieganie po łące nie niszczy roślin, a w efekcie nie pozbawia owadów pokarmu?

Łukasz: Wręcz odwrotnie, częściowo zastępuje koszenie!

Katarzyna: W jaki sposób możemy powiększać tereny dzikiej roślinności w miastach?

Łukasz: Możemy w naturalny sposób pozwalać roślinom na kolonizację poprzez ograniczenie koszenia. Dzięki temu można osiągnąć bardzo wiele. Na przykład w Warszawie w ostatnich latach podjęto decyzję o ograniczeniu koszenia łąk w miastach. W efekcie pojawiły się piękne łąki kwietne, m.in. na pasach przy jezdni rósł pasternak.

Poza ograniczeniem koszenia możemy też wsiewać łąki kwietne.

Łąka na lotnisku w Stanstead (k. Londynu)

© Archiwum prywatne Łukasza Łuczaja

Katarzyna: No właśnie. Wiem, że możemy to robić co roku lub zasiać tzw. łąkę wieloletnią. Co jest lepsze?

Łukasz: Lepsza jest ta druga opcja, ponieważ daje możliwość odradzania się większej liczbie gatunków. Na łące wieloletniej może przetrwać naprawdę sporo ciekawych roślin, na przykład kwitnąca na niebiesko cykoria, różowe firletki czy różne gatunki fioletowych chabrów. Z tym, że siejąc łąkę wieloletnią powinniśmy wykorzystywać gatunki rodzime roślin. Łąki wieloletnie są również korzystniejsze dla budżetu miast. Siejemy raz, a łąka odrodzi się samodzielnie co roku!

W przypadku łąk jednorocznych szanse na odrodzenie się gatunków roślin są niewielkie, chociaż możliwe jeśli użyjemy chwastów zbożowych jak mak polny, chaber czy rumianek, a łąkę będziemy co roku skopywać. Jeśli zaś używamy mieszanek ozdobnych z lnem, gryką czy kwiatami z terenów cieplejszych (kosmosy, nagietki), to sianie trzeba co roku powtarzać wiosną. I tak może to być tańsze niż koszenie trawnika co tydzień, a kwiaty są pokarmem dla zapylaczy.

Katarzyna: W jakich obszarach miasta najlepiej siać łąki? Czy to mają być połacie?

Łukasz: Najlepiej siać wiele łąk kwietnych w miastach, ale mniejszych. Na przykład niech na każdym osiedlu będzie przynajmniej jedna łąka kwietna. Co najfajniejsze: część z tych łąk może naturalnie rozsiać się dalej.

Katarzyna: W jaki sposób?

Łukasz: Na przykład ktoś może przenieść nasiona na butach albo zwierzęta na łapach czy sierści. To również jeden najbardziej naturalnych sposobów rozsiewania zieleni. Nasiona przenoszą też woda, wiatr, samochody.

Im więcej łąk kwietnych, tym więcej korzyści dla natury i krajobrazu. A żeby ktoś jej bezmyślnie nie skosił, można postawić na osiedlu tabliczkę z informacją, że tu rośnie młoda łąka kwietna.

Katarzyna: A jak ocenia Pan podejście samorządów w Polsce do tego tematu? Czy większość z nich traktuje zieleń w mieście jak władze Rzeszowa?

Łukasz: Generalnie mam wrażenie, że władze miast mają świadomość ekologiczną, m.in. tego, że potrzebujemy w miastach dzikiej roślinności. Oczywiście znajdą się takie przypadki, kiedy włodarze miast tego nie rozumieją, ale generalnie uważam, że samorządowcy mają większą wiedzę w tym zakresie niż obywatele. Czasem tylko może nie są jeszcze zdolni działać radykalnie.

Katarzyna: No to dlaczego, przynajmniej w moim odczuciu, w miastach wciąż mało jest takich terenów?

Łukasz: Bo to długi proces. O łąkach w mieście zaczęto mówić szeroko pięć lat temu, a przecież na ukształtowanie łąki wieloletniej też potrzeba kilka lat. Oczywiście jest pewna grupa obywateli, którym zależy na tym, aby w mieście rosła dzika roślinność, ale wydaje mi się, że często spotykają się oni z oporem ludzi, którym podoba się przyroda ugładzona. Mam wrażenie, że są to ludzie, którzy nadmiernie dbają o czystość, sprzątają dom preparatami bakteriobójczymi — po prostu boją się natury i przyrody. Mam też taką refleksję, że te podziały na miłośników łąk kwietnych i dzikiej zieleni kontra tymi od kontrolowanej uproszczonej przyrody nie mają podłoża politycznego czy wiekowego.

Katarzyna: A to ciekawe.

Łukasz: Znam na przykład młodych ludzi ze światopoglądem stricte lewicowym, którzy się przyrody boją. Daleko im do chodzenia po lesie czy leżenia w wysokiej trawie w mieście. I znam też przypadki odwrotne. Albo starsi ludzie: niektórzy uwielbiają włóczyć się po lesie, inni chcieliby, żeby wszystko było skoszone. Ale szczerze mówiąc, boli mnie to, że wśród młodych ludzi nie ma zrozumienia.

Katarzyna: Z czego to może wynikać? Może z tego, że to młode pokolenie, na przykład moje, wychowywane było już w dobie transformacji ustrojowej, kiedy przejmowaliśmy wzorce organizacji życia publicznego z Zachodu.

Łukasz: Myślę, że źródłem takiego zachowania może być brak kontaktu z dziką, swojską naturą w dzieciństwie. Owszem, dzieci jeżdżą na wakacje, zielone szkoły, bywają w lasach, ale to nie jest ta sama aktywność, której na przykład ja doświadczałem. Kiedyś dzieci miały kontakt z przyrodą na co dzień. Brały udział w sianokosach, chodziły wypasać krowy na łąki. To zupełnie inny poziom obcowania z naturą. Oczywiście zdarzają się dzisiaj wyjątki, na przykład rodzice, którzy wychowują swoje dzieci na wsiach, blisko natury, biorą je do nosidełka na spacer w lesie. To jest niezwykle dobre dla zdrowia dzieci  — kiedy mogą wdychać wszystkie pyłki z roślin.

Łukasz Łuczaj na łące (zasianej z własnych nasion) w Sanoku

© Archiwum prywatne Łukasza Łuczaja

Katarzyna: A jaki realny wpływ łąki kwietne w miastach czy wysokie trawy mają na powietrze? Sugerował Pan w jednym ze swoich filmów, że mogą pochłaniać podobną ilość zanieczyszczeń, co las. Faktycznie?

Łukasz: Owszem. Produktywność tlenu przez łąki i trawy jest podobna do produktywności lasu! Poza tym, niekoszone tereny trawiaste, są pewnego rodzaju szczotami, które wyłapują pyły. Jest jednak pewien warunek: musi być to jednak zieleń o wysokości przynajmniej metra. W tej roli świetnie sprawdzą się remizy z krzewów czy żywopłoty. Kolejna rzecz: łąki mogą działać jak gąbka wchłaniająca opady. Ta funkcja świetnie sprawdzi się aktualnie, gdy w wielu polskich miastach dominuje beton, który wody nie wchłania.

Katarzyna: Wiemy już ile razy kosić, a jaka będzie najlepsza pora?

Łukasz: Gdybym ja był prezydentem miasta, nie kosiłbym niczego do końca maja. Część terenów skosiłbym dopiero 1 czerwca, kolejną 1 lipca, 1 sierpnia i tak do września.

Jedno koszenie jest na pewno potrzebne, choćby ze względów bezpieczeństwa przeciwpożarowego. Trzy razy w roku to maksimum. Tyle razy powinny być koszone np. tereny reprezentatywne. Dla pozostałych optymalnie będzie jeden lub dwa razy — taka częstotliwość pozwala uporządkować teren łąki, a zarazem mieć łąkę dosyć bogatą w gatunki.

Katarzyna: A jak Pana zdaniem edukować i jednocześnie uwrażliwiać społeczeństwo na kwestie zieleni w miastach, m.in. tej dziko rosnącej?

Łukasz: Moim zdaniem świetnie sprawdziłaby specjalnie wydelegowana do tego osoba, pracująca w urzędzie miasta czy gminy. Nie musiałby być to nawet botanik, ale ktoś na wzór ogrodnika z misją. Mamy przecież mnóstwo absolwentów ogrodnictwa, którzy poszukują pracy.

Katarzyna: Co konkretnie miałby taki specjalista robić w miastach?

Łukasz: Myślę sobie, że taki ogrodnik mógłby monitorować miasto pod kątem zieleni; dbać o nią; organizować warsztaty i szkolenia dla mieszkańców. Ogólnie rzecz ujmując: zarażać ludzi miłością do roślin. Jest wiele możliwości, ale z pewnością musi być to osoba zaangażowana w swoją działalność.

Spotkałem się z taką funkcją na przykład w Sanoku. Okazało się, że miejski opiekun zieleni to człowiek, który napisał pracę magisterską na temat flory miasta. Sanok ma zatem opracowaną konkretną florę miejską, a do tego edukatora w jej zakresie. Według mnie trudno wyobrazić sobie lepszą osobę na tym stanowisku. Rekomendowałbym utworzenie takiej funkcji w każdym mieście. Proszę sobie wyobrazić, że przyjeżdżamy do jakiegoś miejsca i od razu dostajemy informacje o gatunkach roślin, jakie w nim występują.

Pomyślałem sobie jeszcze, że w zasadzie taki miejski ogrodnik, a w dużych i średnich miastach jego pracownicy, mógłby zajmować się koszeniem. I może nie robiłby tego mechanicznie, ale wolno, z uważnością i z dokładną obserwacją roślin — z miłością do nich. A, i tak nieregularnie, dostosowując koszenie do tego co rośnie, może omijając kępki dziewanny czy cykorii. Może potrzebujemy właśnie takiej zmiany myślenia w kwestii koszenia zieleni w miastach?


Łukasz Łuczaj — botanik, doktor habilitowany nauk biologicznych, wykładowca akademicki, profesor Uniwersytetu Rzeszowskiego, popularyzator przyrody. Pisze o sobie „miłośnik kwiatów i roślin w ogóle”. Autor publikacji naukowych i popularnonaukowych, m.in. książek „W dziką stronę”, „Dzika Kuchnia”, „Seks w wielkim lesie”. Więcej informacji na stronie www.lukaszluczaj.pl.

Głos został już oddany

Klasyczny urok drewna – profile okienne VEKA SPECTRAL
Stal COR-TEN®. Naturalne piękno
Okna, drzwi – trendy 2022