reklama
Zostań użytkownikiem portalu A&B i odbierz prezenty!
Zarejestruj się w portalu A&B i odbierz prezenty

Mieszkanie do mieszkania to przeżytek. Teraz się już od tego odchodzi

Paweł Mrozek
23 listopada '22

Cześć zadłużona zubożała klaso średnia. Zaczniemy wesoło, ale obiecuję wam, że przez cały ten długi tekst powoli będziemy staczać się na dno pieczary przygnębienia, wydając po drodze coraz groźniejsze pomruki, aby na koniec zanurzyć się pod moim czujnym okiem instruktora w jeziorze czarnej rozpaczy.

Dziś dla rozrywki postanowiłem wam pokazać, na czym polega prawdziwy prestiż deweloperki i urbanistyka splendoru. Zacznijmy od tego, że na pewno nie na tym, aby ludzie tacy jak my, którzy zdyszani wbiegając ze swoimi kredytami hipotecznymi po ruchomych schodach jadących w przeciwnym kierunku, mieli gdzie mieszkać. Nawet mnie nie rozśmieszajcie. Co to w ogóle za pomysł. Mieszkania do mieszkania to dziś obciach. Jeżeli musisz mieszkać w swoim mieszkaniu, to znaczy, że jesteś biedny, a to w naturalny sposób już się wyklucza z szykiem i elegancją. Prawdziwie modne są wyłącznie apartamenty inwestycyjne. Żaden szanujący się inwestor budujący w prestiżowej lokalizacji nie będzie się przecież reklamował jak jakiś przytułek czy dom samotnej matki hasłem „Zamieszkaj u nas”. Bo i po co? Jakieś dzieci na placach zabaw, starsze osoby targające siatki słoików z piwnicy, złośliwi sąsiedzi ze szczekającymi kundlami. Gdzie? W dzielnicy mieszkalnej? Na co to komu? Mieszkańcy to zbędny balast, który tylko obniża wartość nieruchomości i obciąża fundusz remontowy. Teraz się już od tego odchodzi. Nie po to przecież kupujesz za gotówkę całe piętro w hiperatrakcyjnym apartamentowcu, aby ci się po nim jacyś mieszkańcy szwendali. Jaki to miałoby mieć sens. Dlatego dziś deweloperzy, którzy starają się budować swoją markę i rozpoznawalność, reklamują się „Zainwestuj u nas”. Mieszkać i tak nie dasz rady, bo nieruchomość inwestycyjna w najdroższej i najbardziej atrakcyjnej części miasta, więc większość mieszkań od razu ląduje na bookingcomie, by w weekendy co najwyżej wypełnić się hordami śpiewających Niemców, Anglików i Norwegów. To w zasadzie przesądza o dalszym losie takiego osiedla i dziś Państwu opowiem właśnie o takim miejscu.

Bookingcom Island. Takie pojęcie ukułem kilka lat temu, gdy w samym centrum historycznego śródmieścia Gdańska, na tak zwanej Wyspie Spichrzów, udało się, ze sterczących tam powojennych pogorzelisk miasta, przepędzić ostatnie ukrywające się w nich niedobitki Wehrmachtu, co wreszcie umożliwiło po osiemdziesięciu latach przystąpienie do odbudowy. Wyspa Spichrzów podzielona jest na kilka części z przeplatającymi się wieloma funkcjami, ale ogólnie panowała zgoda, że w przeważającej większości miała stać się nową mieszkalną komórką tego organizmu, wprowadzającą życie do ogólnie starzejącego się i dramatycznie szybko wyludniającego śródmieścia.

Nie ukrywam, że jako lokalny patriota i pasjonat, który dwadzieścia lat temu poświęcił temu miejscu temat swojej pracy dyplomowej, naiwnie wierzyłem, że tak się stanie. Co mogło zresztą pójść nie tak w dzielnicy będącej pod ochroną konserwatora, w której urbanistyka jest w stu procentach podyktowana historycznym układem, zaś plany miejscowe są wynikiem dogłębnych konsultacji, konkursów i grubo ponad pięćdziesięcioma latami prac studialnych i w porównaniu ze sterczącymi tam pół wieku ruinami, no nie da się tego już za bardzo spierdosłabić.

Dziś, już po paru latach odkąd lwia część tego dobrobytu stoi, postanowiłem zrobić mój autorski test konsumencki i zbadać jakież to niezwykłe życie wykwitło w tej całkowicie nowej dzielnicy mieszkaniowej w centrum miasta. Proszę zatem zrobić sobie kawunie, usiąść wygodnie w fotelu i się mentalnie przygotować na intelektualne harakiri, bo zabieram państwa na Bookingcom Island gdzie ani prawa ważą, ni sprawiedliwość ma miejsce.

Nie będziemy jednak oglądać tutaj wysmakowanych kadrów obejmujących w niemożebny sposób rybim okiem całych fasad neospichlerzy, w których zamordowano punkty zbiegu pionowych linii dla podkreślenia ascetycznego architektonicznego szyku. Ludzie nie postrzegają świata jak architekci na wizualizacjach. Nie obejmują w ciasnych ulicach wzrokiem całej bryły jak na obrazkach ze sprawozdania rady nadzorczej dla inwestorów. Nie żyją też wyłącznie spektakularnymi kadrami, w których gra materiałów rzeźbi perfekcyjne Ciągi Fibonacciego. Oderwijmy się od fetyszu statycznych wizualizacji i fotografii architektonicznej, bo służą one wyłącznie fałszowaniu obrazu przestrzeni publicznych. Popatrzmy za to, co dzieje się w realnym świecie ludzkim, gdzie te same przestrzenie jawią się nam jednak często jako zwykły bałagan. Dlatego przebadamy sobie wszystkie te miejsca, gdzie jako ludzie możemy wejść w interakcję z architekturą, dotknąć jej, pomacać, polizać, posłuchać i zobaczyć czym ona pachnie. Jednym słowem sensualny-organoleptyczny test konesera życia na parterze tego miasta.

Jednak pierwsze rzeczy pierwsze. Jak to wygląda geograficznie. Generalnie Śródmieście Gdańska dzieli się na różne obszary społecznej destrukcji, ale my dziś zajmiemy się Bookingcom Island, a dla lepszej orientacji Waszmościń i Waszmościów pokazanej w kontekście znanej wszystkim turystycznej Strefy Śmierci, nazywanej również „starufka”, a tak naprawdę nazywającej się Główne Miasto, które to się nadaje na odrębny odcinek tego dramatu i dziś się nim nie będziemy zajmować.

Gdańskie Bookingcom Island czyli Wyspa Spichrzów

Gdańskie Bookingcom Island, czyli Wyspa Spichrzów

autor: Paweł Mrozek

Zacznijmy może jednak od tego, co się udało. Pierwsza inwestycja Chmielna Park, początkowo była nawet jeszcze w jako tako ludzkich cenach. Co prawda trzy razy wyższych niż w innych częściach miasta w tym czasie, ale jeżeli powiem wam, że oscylowała w okolicach 6 tys. za metr kwadratowy, to pewnie wielu z was na tę wieść ze wzruszenia otrze łzę w kąciku oka, bo przy cenach obecnych w okolicy „jeżeli pytasz, to znaczy, że cię nie stać”, to niewiele różniło się w istocie od rozdawania przed deweloperów mieszkań za darmo. Pewnie, gdyby te firmy wiedziały, jak oszałamiający sukces można osiągnąć na spekulacyjnej piramidzie mieszkaniowej, to po wybudowaniu kupowaliby je sami od siebie. No a tak musiały je kupować fundusze inwestycyjne, spekulanci, firmy szukające miejsca na lokatę kapitału no i czasem też jakieś rodziny, które nie zrozumiały, na czym polega żart tej dzielnicy i postanowiły tam mimo wszystko zamieszkać.

Gdańskie Bookingcom Island czyli Wyspa Spichrzów

Gdańskie Bookingcom Island, czyli Wyspa Spichrzów

fot.: Paweł Mrozek

Jak na ekskluzywną historyczną dzielnicę przystało, przestrzenie publiczne były wynikiem, eufemistycznie mówiąc, kompromisu między wygodą użytkową a podejściem w stylu „kogo to obchodzi”. Z jednej strony nawierzchnie ulic musiały być zabytkowo dziadowskie, ale z drugiej strony można było za to sobie porobić własne przedepty, a i Strefa Śmierci chętnie skorzystała na braku mieszkańców, zagospodarowując całą pozostałą przestrzeń na orgię parkingową. No ale mimo wszystko jakieś życie zaczęło się pojawiać, dlatego uznajmy to za plus. Dziwny start jak na dzielnicę luksusu, która to nam miała pokazać, jak to powinno być, ale jednak.

Gdańskie Bookingcom Island czyli Wyspa Spichrzów

Gdańskie Bookingcom Island, czyli Wyspa Spichrzów

fot.: Paweł Mrozek

Gdańskie Bookingcom Island czyli Wyspa Spichrzów

Gdańskie Bookingcom Island, czyli Wyspa Spichrzów

fot.: Paweł Mrozek

W wyobraźni jeszcze rozbrzmiewają mi moje słowa o tym, co wcześniej napisałem, że skoro mamy dobre miejscowe plany i konserwatora na karku co może pójść nie tak. Pal licho z konserwatorem, oni nigdy nie kierują się względami użytkowymi czy estetycznymi (patrzcie kocie łby, wycinanie drzew i betonowe rynki), ale miejscowe plany, żeby tak nas zawiodły? Wiem, wiem. Aż czuję na skroniach wasz krystalizujący się śmiech w tej chwili, ale wierzcie mi, dobrze skonstruowany plan miejscowy to taki, który oczekiwalibyśmy, że będzie chronił przeznaczenie i kompozycję w tych najważniejszych przestrzeniach publicznych na swoim obszarze. To może nie jest w takim razie aż tak dobry. Sprawdźmy to. Zastanówmy się, jakie mogą być najważniejsze przestrzenie w miejscu, które jest wyspą. Tak, tak. Zatem zapraszam, przejdźmy się nad wodę.

Gdańskie Bookingcom Island czyli Wyspa Spichrzów

Gdańskie Bookingcom Island, czyli Wyspa Spichrzów

fot.: Paweł Mrozek

Gdańskie Bookingcom Island czyli Wyspa Spichrzów

Gdańskie Bookingcom Island, czyli Wyspa Spichrzów

fot.: Paweł Mrozek

Gdańskie Bookingcom Island czyli Wyspa Spichrzów

Gdańskie Bookingcom Island, czyli Wyspa Spichrzów

fot.: Paweł Mrozek

Gdańskie Bookingcom Island czyli Wyspa Spichrzów

Gdańskie Bookingcom Island, czyli Wyspa Spichrzów

fot.: Paweł Mrozek

Tak, dobrze widzicie. Waterfont w centrum europejskiego miasta to idealne miejsce na śmietnik, parkowanie, chaszcze i zjazdy do garaży. Przykro mi bardzo, ale jeżeli liczyliście na roztańczone bulwary i tłumy spacerowiczów to nic z tych rzeczy. Gdzie był konserwator, gdzie byli jego rodzice? Nawet pewnie niedaleko, ale zdaniem konserwatorów zabytków Wyspa Spichrzów jako obszar przed wojną głównie przemysłowy, gdzie wzdłuż nabrzeży ciągnięto zaprzężone wozy z przygnębiającymi towarami, była miejscem nieciekawych utylitarnych scen dantejskich i nie powinniśmy oczekiwać, że teraz musi być lepiej. Jest nieciekawie, więc jest zgodnie z historią tego miejsca. A co? Wy pewnie oczekujecie przyjemnej przestrzeni publicznej nad wodą w historycznym centrum miasta? Jakiej przestrzeni? Halo sorry. Nigdy tam czegoś takiego nie było. A plan miejscowy zapytacie? Muhahaha. A co plan miejscowy? Plan miejscowy do niczego zmuszać nie może, bo przecież każdy pilny uczeń Leszka Balcerowicza powie wam, że „przeregulowane plany to samo zło” no i pfff… a tak poza tym plan przecież umożliwia inwestorom stworzenie dobrej przestrzeni. Podobnie zresztą jak małpa z brzytwą, gdy damy jej całkowitą swobodę ma szansę nas profesjonalnie ogolić.

Gdańskie Bookingcom Island czyli Wyspa Spichrzów

Gdańskie Bookingcom Island, czyli Wyspa Spichrzów

fot.: Paweł Mrozek

Mimo że dobro i piękno nie mają pieczątki do uzgadniania dokumentacji, to przecież wiemy, że gdzie indziej to jednak się udaje. W normalnym cywilizowanym świecie to miejsce byłoby przynoszącym krocie dla tego miasta bulwarem, a jest miejscem dzikochaszczowym, poprzecinanym od czasu do czasu płotami, aby ludzie nie łazili, a i tak łażą, mimo że nie zrobiliśmy chodników i chociaż zrobiliśmy lokale na wynajem w parterze, aby jednak przecież łazili, tak więc sami nie wiemy, o co nam chodziło. „Enyłej” nikt jednak tych lokali nie wynajął, bo to dupochaszczowa strona więc tracimy mimo wszystko. Co … tu … się wydarzyło? O mammuniu. We must go deeper.

Gdańskie Bookingcom Island czyli Wyspa Spichrzów

Gdańskie Bookingcom Island, czyli Wyspa Spichrzów

fot.: Paweł Mrozek

Problem polega na tym, że w dzielnicy, w której masz mieszkańców, którzy głosują, władze miasta muszą się przynajmniej minimalnie martwić, jeżeli ktoś zgłasza im elementarne mankamenty otaczającego świata. Muszą jakoś reagować i zabiegać o wyborcę. No więc co tutaj jest nie tak, że ten problem się rozwiązał w inny sposób? Już wyjaśniam. Zacznijmy od tego, że tu nie ma mieszkańców. Jak przystało na apartamenty inwestycyjne, w których nabywca kupuje udział w nieruchomości, która jest mieszkalna tylko z nazwy i powierza obsługę firmie obsługującej para-hotelowe przedsięwzięcia, to szansa na to, że znajdziemy w takiej dzielnicy jakiegoś wyborcę, czy chociaż osobę, która potrafi mówić po polsku, graniczy z szansą na zamówienie Ubera w sylwestrową noc po północy. Aby to państwu zwizualizować, przytoczę małą przypowieść ze swojego doświadczenia.

W moim stowarzyszeniu FRAG w początkach Budżetów Obywatelskich bardzo aktywnie i często z wielkim heroizmem podchodziliśmy do składania wniosków w tym plebiscycie. Warunki były bardzo liberalne. Wystarczyło w wyznaczonym terminie wysłać pocztą do północy wniosek z piętnastoma podpisami mieszkańców. Mając siedzibę na Głównym Mieście w pobliżu arcynajważniejszej poczty czynnej właśnie do północy, razu pewnego spotkaliśmy się, aby rzutem na taśmę złożyć jeszcze jeden wniosek i wysłać go z datą jak urzędnik przykazał. Zebrało się nas około dziesięciu osób, ale i tak brakowało nam jeszcze jakichś pięciu podpisów. Poszliśmy więc na słynną gdańską ulicę Długą w kilka grup z listami, aby szybko namówić kogoś do złożenia tych kilku brakujących podpisów, bo tam przecież tłumy ludzi. A to nawet wcale nie był turystyczny szczyt, tylko jakaś wiosna. Przez dwie godziny zaczepiania ludzi w centrum dużego miasta nie udało nam się spotkać nawet kilku jego mieszkańców, mimo tego, że omywały nas przez cały czas setki przechodniów na minutę. Z niedowierzania przecieraliśmy oczy. Chyba wtedy to do mnie po raz pierwszy tak mocno dotarło. Rozumiecie? No więc uważajcie na to, na wspomnianej Wyspie Spichrzów jest jeszcze gorzej. Na Głównym Mieście, czyli na historycznie odbudowanej tak zwanej (nienawidzę tego słowa) Starówce, jacyś mieszkańcy bowiem jeszcze są, no i powinna być przynajmniej jakaś szansa, że któryś z nich będzie w danej chwili na ulicy przebywał, a na Bookingcom Island, gdzie nie ma mieszkań, tylko same atrakcyjne nieruchomości inwestycyjne, takiej nadziei nie ma. Jest tylko terterterterturkot walizek o bruk rano i wieczorem. Ta pustynia rodzi jedynie kamienie.

Witryny parterów, mówią absolutnie wszystko o fiasku, jakie poniosło miasto, czyli my wszyscy, tworząc nową dzielnicę mieszkalną w Śródmieściu, i jest to fiasko nieporównywalne z żadnym innym miastem w Polsce, chociaż zapewne rzeczy, o których mówię, powinny rezonować w waszej wyobraźni z sytuacjami, które kojarzycie ze swoich doświadczeń. Zrobiłem jednak własne prywatne badanie opinii publicznej, które trwało dość długo zresztą. Pytałem mieszkańców różnych dużych miast, jak Kraków, Wrocław, Poznań, czy takie miejsca jak Bookingocm Island występują u nich. Wskazywali pojedyncze inwestycje lub małe skupiska, ale nigdzie to nie urastało do tak gargantuicznych rozmiarów monokultury. Witryny parterów pokazują to właśnie najdobitniej. To miejsce nie jest nastawione na życie. Jeżeli najbardziej uniwersalny sklep w promieniu kilometra to Żabka i nie ma żadnego warzywniaka, apteki, marketu, mięsnego, to znaczy, że coś jest z okolicą nie tak. Że wszystko poszło w złą stronę. A mimo to wszystkie lokale w paterze jednak coś sobą reprezentują i jest ich dużo. Zatem co?
No i niestety nie są to też restauracje, jak po turystycznym centrum można by się spodziewać.

Gdańskie Bookingcom Island czyli Wyspa Spichrzów

Gdańskie Bookingcom Island, czyli Wyspa Spichrzów

fot.: Paweł Mrozek

Gdańskie Bookingcom Island czyli Wyspa Spichrzów

Gdańskie Bookingcom Island, czyli Wyspa Spichrzów

fot.: Paweł Mrozek

Gdańskie Bookingcom Island czyli Wyspa Spichrzów

Gdańskie Bookingcom Island, czyli Wyspa Spichrzów

fot.: Paweł Mrozek

Gdańskie Bookingcom Island czyli Wyspa Spichrzów

Gdańskie Bookingcom Island, czyli Wyspa Spichrzów

fot.: Paweł Mrozek

Gdańskie Bookingcom Island czyli Wyspa Spichrzów

Gdańskie Bookingcom Island, czyli Wyspa Spichrzów

fot.: Paweł Mrozek

Gdańskie Bookingcom Island czyli Wyspa Spichrzów

Gdańskie Bookingcom Island, czyli Wyspa Spichrzów

fot.: Paweł Mrozek

Gdańskie Bookingcom Island czyli Wyspa Spichrzów

Gdańskie Bookingcom Island, czyli Wyspa Spichrzów

fot.: Paweł Mrozek

Gdańskie Bookingcom Island czyli Wyspa Spichrzów

Gdańskie Bookingcom Island, czyli Wyspa Spichrzów

fot.: Paweł Mrozek

Gdańskie Bookingcom Island czyli Wyspa Spichrzów

Gdańskie Bookingcom Island, czyli Wyspa Spichrzów

fot.: Paweł Mrozek

Krótkie oględziny pokazują, że gdyby tymi parterami wypełnić naszą piramidę Maslowa to implodowałaby z hukiem jak pusta głowa tego, co to wymyślił, na dnie rowu Mariańskiego.

90% parterów jest przygotowana wyłącznie na zaspokojenie dwóch potrzeb  obsługi hotelowej apartamentów oraz aby turysta mógł się natrzaskać procentami przed snem, jeżeli czuje niedosyt po maratonie po lokalach w sąsiedniej „Strefie Śmieci”. Tak nie wygląda dzielnica mieszkalna wyśniona sobie przez twórców planów, którzy spodziewali się tam kilkunastu tysięcy nowych mieszkańców. Tak wygląda fiasko i musimy to wreszcie przyznać. Zamieniliśmy nasze domy, nasze miejsca rodzinnego ogniska na walutę do spekulacji o dużej płynności. Za naprawdę ogromne pieniądze tworzymy dzielnice mieszkalne, zużywając na nie najcenniejsze obszary miasta, które się potem nie nadają do życia, bo nie zależy nam na życiu tylko na tym, aby sprawnie obracać nieruchomościami i móc nimi spekulować.

Ale nie poddawajmy się. Może to nie cała prawda. Przyjrzyjmy się chociaż jak to wygląda dookoła. Może przestrzenie osiedli są martwe, ale chociaż nadają się, aby kiedyś, jakoś tam wprowadzić życie.

Gdańskie Bookingcom Island czyli Wyspa Spichrzów

Gdańskie Bookingcom Island, czyli Wyspa Spichrzów

fot.: Paweł Mrozek

No nie za bardzo, płotoza i poprzecinane osie kompozycyjne na granicach inwestycji. Wszystkie przestrzenie publiczne, które scedowano na barki deweloperów pokończone gdzieś na płotach, nic się ze sobą nie łączy.

Gdańskie Bookingcom Island czyli Wyspa Spichrzów

Gdańskie Bookingcom Island, czyli Wyspa Spichrzów

fot.: Paweł Mrozek

Cały ten biznes zresztą można też i robić online więc nie ma potrzeby nawet tam przebywać. Wystarczy, że firma sprzątająca ma jakiś pokój na klucz zamykany gdzie może wiadra i mopy zrzucić, aby ich nie targać za każdym razem. Tak więc umówmy się, po co nam w ogóle jakieś partery. Może róbmy po prostu ślepe ściany. A nie sorry, już na to wpadliśmy. Zwracam honor.

Gdańskie Bookingcom Island czyli Wyspa Spichrzów

Gdańskie Bookingcom Island, czyli Wyspa Spichrzów

fot.: Paweł Mrozek

Gdańskie Bookingcom Island czyli Wyspa Spichrzów

Gdańskie Bookingcom Island, czyli Wyspa Spichrzów

fot.: Paweł Mrozek


No dobrze, to może chociaż jakieś szersze otoczenie tej dzielnicy? To przecież historyczne centrum. Musi być tam jakieś zapotrzebowanie na dobrą przestrzeń. No to od razu rozwiewam wątpliwości. Najbliższe otoczenie wygląda, jakby uciekło dopiero co spod bombardowania i jedyne zapotrzebowanie, jakie tam występuje, jest na dzikie parkowanie. Wielki zbiornik retencyjny na samochody i mała architektura nietknięta ręką architekta od czasów głębokiej komuny, a wszystko poprzetykane ruinami. Tak jest, bo wszystko w tej dzielnicy miał zrobić prywatny pieniądz bez potrzeby kiwnięcia nawet placem ze strony publicznej. No i zrobił to, co zrobił. Jedyna zaleta, że już wiemy, że nie było warto.

Gdańskie Bookingcom Island czyli Wyspa Spichrzów

Gdańskie Bookingcom Island, czyli Wyspa Spichrzów

fot.: Paweł Mrozek

Gdańskie Bookingcom Island czyli Wyspa Spichrzów

Gdańskie Bookingcom Island, czyli Wyspa Spichrzów

fot.: Paweł Mrozek

Gdy jednak próbujemy zaadresować do kogoś naszą rozpacz i pretensję, okazuje się, że to niczyja wina. Każda instytucja ma swoją starą śpiewkę, którą nas zbędzie. Miasto powie, że zrobiło wszystko w ramach prawa, które mamy, a plany miejscowe nie są w stanie zagwarantować, że ludzie będą mieszkali w mieszkaniach. Konserwator powie, że jego rolą nie jest planowanie za miasto i tworzenie przestrzeni publicznych, tylko opieka nad charakterem dzielnicy i rolę tę wypełnił. Deweloper powie, że on tylko sprzedaje mieszkania i nie ma wpływu na to, co kupujący z tym mieszkaniem zrobi. Wszyscy sobie świetnie poradzili i zrobili, co do nich należy, tylko pacjent zmarł.

Czy to nas zaskoczyło? Nie, bo nie powinno. Wyspa Spichrzów nie jest pierwszym miejscem na świecie, które zostało tak zamordowane. Można było się nauczyć wcześniej na cudzych błędach i wyciągnąć wnioski zawczasu. Niewidzialna ręka rynku nie jest dobrym urbanistą, może być co najwyżej tokijskim upychaczem pasażerów na peronie metra i to wszystko. Powierzono jej nieadekwatne zadanie i tak też na przykład zabito Wenecję wiele lat temu. Trudno chyba o bardziej spektakularną porażkę, w której luksus i splendor okazały się zabójczą trucizną.

W historycznym centrum Wenecji, na tych wszystkich wysepkach, nie wiem, czy Państwo sobie zdają sprawę, ale nikt nie mieszka. Codziennie, dzięki linii kolejowej, która łączy Wenecję z lądową częścią, dojeżdża cała obsługą tego cyrku, pracownicy kawiarni, hoteli, restauracji, grajkowie, mimowie i pracownicy muzeów. Jedyni ludzie, którzy śpią w Wenecji to turyści. Wenecja jako organizm miejski już nie istnieje. To takie Pompeje tylko nie zostały zburzone. Zamiast wulkanu wykończyła je turystyka. Wenecja jest tylko atrapą, przedsiębiorstwem turystycznym. Cyrkiem dla międzynarodowej klienteli. Żaden konserwator, UNESCO, ani plany miejscowe nie miały szansy temu zapobiec. Błąd polega na czymś innym.

Oni mieli i my dziś mamy wadliwie skonstruowane prawo, które nie daje nam żadnych narzędzi, aby gasić takie pożary. Możliwe do wprowadzenia ustalenia w planach miejscowych, czy też decyzje konserwatorskie są jak puste hydranty, które w milczeniu mogą się tylko przyglądać tej tragedii.

Potrzebne są zmiany w prawie centralnym dające samorządom większe kompetencje w stanowieniu struktury funkcjonalnej inwestycji. Pozwalające nakładać obowiązek na dewelopera przekazywania części lokali do miasta powiększając zasoby komunalne, które potem miasto może przekazać prawdziwym lokatorom. Mielibyśmy gwarancję, że przynajmniej ktoś by tam mieszkał. Czemu tacy ludzie mają mieszkać gdzieś na peryferiach, napędzając tylko tym samym suburbanizację i generując dla reszty jeszcze większe koszty?

Trzeba też zrobić porządek z najmem krótkoterminowym i to nawet nie dlatego, że rozwala funkcjonowanie dzielnic mieszkalnych, ale dlatego, że stanowi nieuczciwą konkurencję wobec hoteli. Jeżeli w miejscowych planach wskazujemy, że o tu chcemy hotel, a tam, żeby ludzie mieszkali, to nie po to, aby wszędzie był hotel, tylko jeden prawdziwy, a ten drugi dziadohotel unikający podatków z powodu luk w prawie. To jest kurde super głupie i wskazuje na naszą narodową mentalność, że niczego nie potrafimy zaplanować tylko „eee jakoś to będzie”.

Uregulować też kwestie swobodnego podchodzenia przez samorządy do kwestii ich obowiązków publicznych, które w tych samych planach są spychane na dewelopera. Trzeba wprowadzić prawny rygor w tych kwestiach. Jak chcemy przestrzenie publiczne i bulwary to nie robimy ich na kartach terenów prywatnych właścicieli. Umowa między samorządem a inwestorem powinna być obopólna. Jeżeli chcemy, aby pobudował nam drogi itp., a jeszcze nad to dał część lokali, to miasto nie może mu w rewanżu podać śliskiej ryby i się następnie ulotnić po angielsku, tylko musi wejść w rolę gospodarza, którym winno być w tej relacji, i wziąć na klatę zaplanowanie i utrzymanie infrastruktury, tak aby była funkcjonalna, bo jak zostawimy to deweloperom to potem mamy dwa różne chodniki, kończące się po dwóch stronach płotu, w dwóch różnych miejscach. Na przedmieściach gdzie diabeł mówi dobranoc, a barbarzyństwo w przestrzeni jest szanowaną praktyką, to może i uchodzi na sucho, ale na historycznym obszarze Śródmieścia po zarzuceniu go piardyliardem pieniędzy, gdy nadal widać takie rzeczy, no to jest, delikatnie mówiąc, nie na miejscu i fatalne świadectwo nam to wystawia, prawda?

Nikt za nas nie ocali tego świata. A znając przykład Wenecji czy Gdańska powinniśmy sobie zdawać sprawę, że nie istnieje żadna granica, która nas powstrzyma przed dalszym zabijaniem centrów miast. Wyspa Spichrzów jest moim zdaniem już stracona bezpowrotnie, tak samo, jak Wenecja, ale Wrocław albo Kraków, które są bardzo mocno zagrożone tą gnozą, można jeszcze ocalić. Tam tli się życie w centrum, miejscami nawet nieźle. Jeszcze nie wszyscy wnuczkowie sprzedali mieszkania pod dziadkach cwaniakom. Czy ja wierze, że ten kraj się w jakiś przemyślany sposób zmieni i będzie lepiej? Nie. Ale wierzę w to, że jesteśmy w stanie jako społeczeństwo walczyć i robić pod górę bezmyślnym procesom i ludziom, którzy dla swojego zysku pragną niszczyć naszą przestrzeń. Nie bądźcie jak Gdańsk. Nie dajcie się zabić. Stawiajcie opór. Alternatywy dla tej walki nie ma. This is your final warning. Jeżeli nie chcecie za 10, 15 lat pisać w rozpaczy sprejami po murach „Turyści do domu”, bo w pogoni za pieniądzem zamordowano wasze miasto, bo staliście się gośćmi we własnym domu, musimy dziś zacząć zmieniać prawo na szczeblu centralnym. Naciskać polityków, posłów, ministrów. To nie są żarty, to nie są ćwiczenia. Tak giną miasta. W ciszy i samozadowoleniu. Gdańsk co miał zabić, to już zabił i to jest już temat, jak ten luksus teraz rewitalizować, ale inne miasta, dla których jest szansa, nie muszą iść w jego ślady. Potrzeb rewitalizacyjnych zawsze będzie więcej niż naszych sił. Trochę głupio wyszło, jeśli musisz rewitalizować coś, na co wydano parę lat wcześniej miliardy. Nie stać nas na to, aby palić pieniędzmi w piecach jak w Katarze, zatem naszym kapitałem muszą stać się wiedza i doskonała organizacja. Od tego, co dziś zrobimy zależy, czy za pięćdziesiąt lat będziemy w tym samy miejscu, czy będziemy liderem jakości życia.

Co? Za pięćdziesiąt lat? Eee. To dobranoc. Nic się nie stało. Można się rozejść.
Hej.

 
Paweł Mrozek

Głos został już oddany

Seria Austin – klamki do drzwi wewnątrzlokalowych
IC Project – narzędzie stworzone dla biura architektonicznego
Nowoczesne Biurowce – Trendy