Wystawa Casa Decor 2022. Kreatywny potencjał hiszpańskiej architektury

O kolorach

07 marca '22

Kiedyś pewna, była już na szczęście, narzeczona, wiedziona wrodzoną złośliwością, której ja sam jestem zupełnie pozbawiony (żeby było jasne), rzekła: „Ty żeś się na Ursynowie wychowywał w małym mieszkanku, rodzice jeździli maluchem, a potem Daihatsu Charade, mebelki mikre były z pedetu, nawet wasz telewizor był maleńką Velą, więc nic dziwnego, że słabość masz do rzeczy małych. Małe domki, wąskie domki, nisze jakieś, pawlacze, wszystko to lubisz z tego nasiąknięcia Ursynowem”. Być może nie bez racji.

Idąc tropem wpływu lat szczenięcych na preferencje estetyczne w wieku dojrzałym, można pójść dalej. Pomyślcie na ten przykład o architektach, zwłaszcza rodzaju męskiego. W pokoleniu moich rodziców wśród panów nie rozmawiało się o kolorach. O świetle tak. O prawdzie materiału — i owszem. Ale jak kolor, to tylko dlatego, że cegła ruda, a beton szary. Tynk na kolor jakiś pomalowany już pachniał zbrodnią, a przynajmniej hucpą. Może poza sgraffito albo mozaiką jak się jakiemuś architektowi trafiła robota przy kościele z wnętrzami za proboszczowe dolary.

Panie o kolorach musiały najwidoczniej rozmawiać, bo desperacko go poszukiwały i łaknęły jako odtrutki na wszystkie odcienie szarości ówczesnej rzeczywistości. Skąd, myślicie, wzięła się miłość do Cepelii, łowickich pasiaków i pomarańczowym skajem wykończonych taboretów? Rustykalne czy futurologiczne, żywe kolory lądowały we wnętrzach, a wnętrzami nieodmiennie zawiadowały kobiety. To one zdobywały materiały w rolkach przywożone z zagranicy albo przynajmniej pigmenty do farbowania bawełny. To one studiowały bezwstydnie kolorowe „Burdy”, zdobywały ceramikę i szkło ze śląskich wytwórni. W zewnętrzach panie i panowie barw żywych raczej nie szukali, albo znaleźć nie mogli.

Bo i skąd miała brać i siostrzeństwo architektoniczne brać przykłady? Jak się człowiek interesował fotografią w nastolęctwie, to w krajowym podręczniku mógł przeczytać, że, cytuję z pamięci, „zdjęcia należy robić z rozmysłem i najlepiej na materiale czarno-białym, bo klisza kolorowa do kraju sprowadzana jest za ciężkie dewizy”. Słowem, brachu, sublimuj ujęcie w skali szarości, bo inaczej narażasz PRL na straty z powodu czczej marnacji rozbestwionego amatora. Wstyd! W latach 70. były jeszcze naścienne malowidła epoki powojennej, przydymione i odpadające mozaiki kamienne i szklane, w tym te wykwity kreatywności niebywałej w postaci wielkich panneau z odpadów z hut szkła. W ciemnych końcowych latach 70. wszystkie te formy i kompozycje przykrywała już jednak mieszanka smogu, błota i gołębiego łajna, bo pomijając pluchę i biedę, pojęcie utrzymywania i remontowania było wciąż podejrzanie „nie nasze”. Poza tym tu trzeba było nowe budować, a nie stare pieścić! Do tego w zdobytym w Empiku „Baumeistrze” zdjęcia też były tylko czarno-białe, więc architekci wiedzieli o ewentualnej barwności drukowanych tam realizacji tyle, co dziewiętnastowieczni archeolodzy o kolorach farb na greckich antycznych rzeźbach. Czyli nic. Kolor był w pachnących pisakach Pentela, jak je ktoś dostał z zagranicy, w obrazach malarzy i tkaninach artystycznych, a jak się dało, to w zdobytych w Domach Centrum ciuchach Barbary Hoff.

Potem monopartyjny i monochromatyczny system zaczął w przyspieszonym tempie więdnąć, a czerwone szarfy, sztandary i gwiazdy zrobiły się wyblakło-bordowe, różowawe i w końcu zniknęły zupełnie. Pojawiły się, jak to kiedyś określił Czesław Bielecki, „zachodnie technologie z drugiej ręki” w postaci zalewu materiałowej tandety przełomu lat 80. i 90. upodabniającej centra polskich miast do dalekich przedmieść niemieckich, gdzieś między zjazdem z autostrady a zapleczem lotniska cargo pod Stuttgartem. Zielone profile aluminiowe zastąpiły skorodowane, ryflowane profile enerdowskie z czasów Rotundy i stacji Powiśle. Daszki z poliwęglanu, panie kochany, mamy też takie w miłą dla oka falkę: można taki przykręcić do wejścia do zakładu pracy, a ten się magicznie zamieni w biurowiec w niepolskim downtown, hejże ha! W falkę można też ścianę zrobić z luxferów, w tym luxferów ze szkła w kolorze dowolnooczojebnym. W ofercie mamy też fluorescencyjne folie samoprzylepne, gresy nibymarmurowe, tynki akrylowe w kolorze pistache prestigepink flamingo, co je mogą drodzy Państwo na żywo zobaczyć na kasecie VHS w serialu Majami Wajs. Technologie szły ręka w rękę z postmodernistycznymi trendami, które niejeden polski architekt z „zagranic” importował albo przynajmniej zgapiwszy, kopiował. Duchowe dzieci Leykama, Bogusławskiego i Lacherta entuzjastycznie poszły w plastikowo płaski, za to żywy i kurczę taki wesoły, kolor. Dzyń, dzyń i blink!

Tymczasem ich dzieci, jeśli nie daj Boże przyszło im do głowy pójście w ślady rodziców, lądowały w szkołach architektury, które tkwiły w zawieszeniu między dawno pogrzebanym modernizmem (pamiętacie wyburzenie osiedla Pruitt Igoe w Saint Louis?) i cyrkiem nowych, choć potencjalnie niebezpiecznych możliwości. Tu jednak lokalne mieszanki wyliniałych kotów, bezbarwnych asystentów, marcowych docentów i hop-do-przodu nowych architektów-przedsiębiorców o kolorach rozmawiać nie chciały. „Gust i kolory to nie nasza sprawa. My się o tym nie wypowiadamy”, powiedział mi kiedyś profesor mojej alma mater. Facet w wypłowiałej samodziałowej marynarce łypał przy tym na mnie tak, jakby chciał dopowiedzieć: „Kolory to skrajne pedalstwo, młodzieńcze, wiesz o co mi chodzi...”. Cóż, mogłem rzeczywiście dać mu do tego powody, bo byłem podówczas zafascynowany kulturystyką, farbowałem włosy i nosiłem zbyt obcisłe podkoszulki ze spandexu, pod którymi wyraźnie rysowały się moje zazwyczaj wzwiedzione od podrażnienia materiałem sutki. Hej, niech rzuci kamieniem ten, kto jako dwudziestolatek nie przechodził przez okres błędów i wypaczeń w poszukiwaniu własnej tożsamości stylistycznej!

Kreski, szrafy i lawowania światłocieni były równie monochromatyczne co za czasów studiów architektonicznych rodzicieli, więc i o projektowanych budynkach myślało się… czarno-biało. Miało to zresztą dobre strony, bo nie stawiało nas w sytuacji, w której musielibyśmy zestawiać z sobą różne kolory. Nieudane relacje barw narażałyby nas na uwagi w typie tej, którą usłyszałem z kolei w liceum plastycznym, gdzie koleżanka, niezła malarka, stanąwszy przed moją „próbą olejną”, wywróciła oczami, a potem przyjacielsko poklepała mnie po ramieniu. „Wiesz, hmmm, kolor jednak to nie twoja domena”. Potem na zawsze poczułem się naznaczony jakimś defektem zaklinającym mnie w czarno-białej ilustracji. Wprawdzie nobliwie odwołującej się do dziewiętnastowiecznych grawiur, ale jednak nudniejszej niż radosny nowy świat za oknem z obrazów Korolkiewicza.

Może zresztą dobrym tropem w tej niemożności poradzenia sobie z kolorem wielu architektek i zwłaszcza architektów jest właśnie świat druku. W końcu wszyscy, nawet architekci, musieli czytać jakieś książki i niechybnie również mieć do czynienia z przesądami estetycznymi pochodzącymi z czasów wynalazku taniego oleodruku. Do tego można dorzucić wizyty w wiejskich domostwach, gdzie ze ścian straszyły podmalowywane, przeraźliwie rozczulające monidła i reprodukowane tajemniczymi technikami przez odpustowych handlarzy święte obrazki. Kolor w tej logice był naiwny, tani, tandetny i powiązany z niespecjalnie szlachetnym pochodzeniem. A fe!

Głos został już oddany

Obiekt roku 2022 w systemach ALUPROF
Stal COR-TEN®. Naturalne piękno
Okna, drzwi – trendy 2022