Zobacz w portalu A&B!

Otworzyć bramy, usypać górkę, zrobić targ i obserwować

20 grudnia '21

Krakowska Wesoła, centralnie położona dzielnica, która stoi u progu transformacji, od ponad roku jest przestrzenią debaty. Mieszkańcy, architekci i urbaniści zostali zaproszeni do rozmów, ale w tym samym czasie, jakby obok, trwa proces uchwalania miejscowego planu zagospodarowania, który zaprzecza idei partnerskiego wypracowywania wizji i zasad. Od czego na Wesołej zacząć? Otworzyć bramy, usypać górkę, zrobić targ i obserwować — wymienia mój rozmówca, Artur Celiński.

Katarzyna Jagodzińska: Proszę podzielić się swoją refleksją z wizyty na Wesołej.

Artur Celiński: Kluczowe nie jest to, co ja widzę, ale to, jak ten teren jest postrzegany przez mieszkańców. Celem naszych działań jest przywrócenie tego terenu miastu i jego mieszkańcom — zarówno w przestrzeni fizycznej, jak i mentalnej. Póki co jednak mieszkańcy mieli ograniczony dostęp do tego miejsca. Często pojawiali się tutaj ze względu na chorobę swoją, bądź swoich bliskich — w końcu był to szpital. Ich pierwsze skojarzenia niekoniecznie muszą więc definiować Wesołą jako dobre miejsce do spędzania wolnego czasu. Może nigdy nie będą tak go postrzegać – i to nie ze względu na złe wspomnienia, a przez brak zdecydowania władz miasta. Przygotowując się do warsztatów, widziałem różne wersje wizji przyszłości Wesołej — od kolejnego „salonu” Krakowa, poprzez „miejsce przyjazne mieszkańcom”, aż do nowej dzielnicy odpowiadającej na wyzwania przyszłości. W tle mamy jeszcze konsultacje planu zagospodarowania przestrzennego tego miejsca, które mogą dać mu jeszcze inną rolę. I właściciela w postaci miejskiej spółki, który w każdej chwili może powiedzieć, że spółki — nawet będące własnością mieszkańców Krakowa — działają dla zysku finansowego, a nie społecznego.

Katarzyna: No właśnie, myślenie o tym terenie zaczęło się od eleganckiej dzielnicy, co potem konsultacje zweryfikowały.

Artur Celiński: Nie jestem z Krakowa i nie wiem, czy mieszkańcy potrzebują kolejnego salonu. Być może rzeczywiście jest taka potrzeba w mieście i trzeba ją zrealizować. Jeśli jednak efekt konsultacji jest inny, to z pewnością społeczność miasta ma o czym dyskutować. Przyjąłem zaproszenie na warsztaty, wierząc, że pożądanym efektem jest zupełnie świeże spojrzenie, które wykorzysta potencjały tego miejsca i połączy je z troską o przyszłość planety. To by zaś oznaczało, że przyjmujemy określone wartości i zasady, np. nie budujemy nowych budynków, tylko maksymalnie wykorzystujemy istniejące. Stawiamy na bioróżnorodność, dostępność i wielofunkcyjność. Nie boimy się nieuporządkowania. I jeśli zapraszamy biznes, to przede wszystkim ten lokalny — związany ze społecznością i dzielący się z nią swoimi zyskami.

Katarzyna: A czy wydaje się Panu, że współczesne miasta są gotowe na takie myślenie? Czyli że pojawia się teren, który można zagospodarować i decydujemy się nie zagospodarowywać go w tradycyjny sposób?

Artur Celiński: Co to znaczy tradycyjny sposób? Wyzwania przyszłości paradoksalnie mogą się okazać powrotem do przeszłości. Poza tym nie chodzi tu o same rozwiązania, a wartości, które za nimi stoją. Proszę mi wierzyć — często w rozmowach z urzędnikami i decydentami słyszę chęć realizacji takich koncepcji jak miasto piętnastominutowe czy wdrożenie elementów ekonomii cyrkuralnej albo ekonomii obwarzanka. Wszyscy jesteśmy jednak świadomi, że z wielu powodów tego się w Polsce naprawdę „nie da zrobić”. Nie znaczy to jednak, że nie możemy przyjąć wartości, które stoją u podstaw tego typu koncepcji. Pracujemy nad tym, w jaki sposób potem te wartości zdefiniować i jak sprawić, by z konsekwencją na nich budować. W tym wariancie nie musimy wszystkiego robić od razu. Możemy zacząć od zaproszenia mieszkańców w to miejsce — otwórzmy zamknięte dziś bramy, urządźmy tam coś prostego i miłego — koncert, pchli targ, ogród społecznościowy. Dajmy mieszkańcom doświadczyć tego miejsca i sprawmy, że poczują się tam gospodarzami. Niech sami mają okazję poznać to miejsce, oswoić jego osobliwości i dodać tam coś od siebie. To żadna rewolucja. To dobre tradycje, które porzuciliśmy i powoli do nich wracamy. Jednym z moich pomysłów jest np. postulat usypania tu górki. Zwykłej górki, która zimą stanie się saneczkowym rajem, a latem świetnym miejscem na piknik lub wieczorne spotkania. Górka jest rewelacyjnym, prostym i tanim narzędziem. Jeśli ktoś chce mi powiedzieć, że taka górka byłaby rewolucyjnym przedsięwzięciem, na które mieszkańcy nie są gotowi, to bardzo proszę. Z chęcią zabiorę tę osobę na krótki spacer po moich ulubionych górkach. Gwarantuję wielki uśmiech na twarz po powrocie.

Katarzyna: Argumentem podnoszonym przez miasto jest to, że ta dzielnica musi też na siebie zarobić. Czy to idzie w parze z tym, co Pan mówi?

Artur Celiński: Na siebie, czyli na kogo lub na co? Czy lokalni przedsiębiorcy, kooperatywy i spółdzielnie nie potrafią zarabiać i dzielić się swoimi zyskami opłacając, chociażby czynsz albo dokładając się do procesu tworzenia się Wesołej? Rozumiem, że chodzi tu o potrzebę pozyskania dużej sumy pieniędzy w krótkim czasie, bo miejska spółka — właściciel tego miejsca — musi się jakoś zbilansować. To też można zrobić mądrze. Potencjalnie jest tu możliwe stworzenie mieszkań na wynajem albo przeznaczenia istniejących budynków na placówki medyczne, jednodniowe szpitale czy prywatne domy seniora. Nawet jeśli część z nich będzie luksusowa, to wciąż jest możliwość zachowania odpowiedniego poziomu różnorodności i dostępności cenowej. Miasto i spółka miejska mogą przyjąć długoterminowy model zarabiania pieniędzy i generowania zysku dla całej społeczności. Przykładów nie trzeba szukać daleko — w Bratysławie jest Stará Tržnica, dawna hala targowa w samym centrum miasta. Można było ją pewnie sprzedać i ktoś by zamienił ją na mniej lub bardziej luksusowy hotel albo mini centrum handlowe. Tymczasem blisko dekadę temu podjęto decyzję, że to miejsce zostanie wynajęte lokalnej kooperatywie. Czynsz był symboliczny, ale najem wiązał się z koniecznością corocznego inwestowania naprawdę sporych pieniędzy w remont obiektu. Dziś mamy tu nie tylko piękny budynek, ale przede wszystkim szereg dobrych biznesów — kawiarnia, firma kurierska, kwiaciarnia, agencja kreatywna, producent napojów. To oni — razem ze społecznikami — tworzą charakter tego miejsca, dają pracę i rozrywkę mieszkańcom miasta. W Wesołej jest wiele pustych dziś obiektów, które mogłyby powtórzyć tę opowieść. Może nie są eleganckie, a wciąż mogą być użyteczne. Mogłyby tu działać i zarabiać tymczasowe sklepy, warsztaty i manufaktury. Oczywiście na początek trzeba byłoby tu trochę zainwestować. Ale to może być naprawdę dobry interes — oczywiście, jeśli do Excela, obok liczb, dopiszemy także wartości.

Katarzyna: Postulat, aby ta przestrzeń ożyła, pojawia się nieustannie. Kwestią, co do której nie ma zgody, jest wprowadzenie tu funkcji mieszkaniowej. Teraz nikt tam nie mieszka, mieszkańcy są na obrzeżach. Jakie jest Pana zdanie, wprowadzać funkcję mieszkaniową, czy nie?

Artur Celiński: Funkcja mieszkaniowa, czyli też mieszkania na wynajem. I te droższe o wyższym standardzie i te tańsze — wciąż świetne do zamieszkania, ale z czynszem niższym dzięki rezygnacji z marży właściciela. Tym zaś powinna być miejska spółka albo samo miasto. Nie rekomendowałbym zaś sprzedaży budynków lub terenu zewnętrznym inwestorom. Bardzo szybko by się okazało, że w takiej lokalizacji intratnym interesem jest budowa mieszkań w celu czysto inwestycyjnym. Zamiast mieszkańców mielibyśmy więc inwestorów i tymczasowych użytkowników. Wtedy pustka, przegoniona z kasy miejskiej spółki przeniesie się na przestrzenie Wesołej. Nie o takie życie chyba tu chodzi.

Katarzyna: Warsztaty miały pokazać możliwe kierunki, którymi można podążyć.

Artur Celiński: Tylko miasto zapomniało ustawić drogowskaz, który pomógłby uczestnikom w uzyskaniu maksymalnie użytecznych efektów. Byłem pod wielkim wrażeniem łatwości, z jaką pracowały osoby z mojej grupy warsztatowej. Udało mi się zarazić ich koncepcją uzdrowiskaczyli myśleniem o Wesołej jako miejscu, w którym można odetchnąć i doświadczyć zupełnie innego miasta. Podobała mi się tam wymiana myśli — ja proponuję zrobienie tu największego ogrodu społecznościowego, a ktoś szybko dorzuca, że przecież uczniowie pobliskiej szkoły mogliby stać się jego opiekunami, a pracownicy sąsiedzkiego ogrodu botanicznego doradzaliby wszystkim chętnym w uprawach. To było bardzo ożywcze i z pewnością byłoby jeszcze ciekawiej, gdyby nie to, że pracowaliśmy bez konkretnej wiedzy na temat oczekiwań władz spółki i miasta. Stąd często przeskakiwaliśmy w zupełnie inne rejony myślenia o tym terenie. Chyba za bardzo chcieliśmy to wszystko pogodzić. Sprawić, by jednocześnie był to teren dziki i uporządkowany. Niektórzy krzywili się, słysząc o wizji mieszkań komunalnych, inni próbowali ukryć brak entuzjazmu, widząc zgrane chwyty i ich zachowawczy charakter. Jednym słowem — to było świetne doświadczenie. Żałuję tylko, że nie mieliśmy okazji na powrót do pracy po konfrontacji z decydentami.

Katarzyna: Jak ten proces transformacji powinien dalej, Pana zdaniem, przebiegać? Co by było najlepsze dla miasta?

Artur Celiński: Dla miasta, czyli dla kogo? Decydentów? Mieszkańców? Których mieszkańców? To władze miasta — Prezydent i Rada Miasta muszą najpierw sami powiedzieć, czego zdaniem reprezentowanych przez nich mieszkańców Kraków potrzebuje. Jeśli nie ma tu jasności, to jak w takiej sytuacji interpretować projekt planu zagospodarowania przestrzennego dla tego terenu? Kto jest jego autorem? Jakie cele polityki miejskiej definiowanej jako troska o dobro wspólne ten plan spełnia. Jeśli nie umiemy sobie odpowiedzieć na te pytania, to oznacza, że musimy się cofnąć. A tymczasem rekomenduję otwarcie bram Wesołej, usypanie tam górki, przeniesienie targu i wynajęcie wolnych przestrzeni tym, którzy mają chęć tu działać. I obserwować. I dopiero potem decydować o przyszłości tego miejsca.

 

Obszerny materiał dotyczący Wesołej oraz warsztatów znajdziecie w grudniowym wydaniu miesięcznika „A&B”.

 

 Katarzyna Jagodzińska

Głos został już oddany

Druga edycja konkursu „Wnętrze Roku Pfleiderer” - www.wnetrzeroku.pl
Trendy wnętrzarskie 2022