okno zamknie się za 5

computer zapisz w ulubionych

Za co odpowiada architekt? Polemika z tekstem Tomasza Malkowskiego

11 lutego '21

Tekst Tomasza Malkowskiego, który ukazał się w podsumowaniu roku 2020 w architekturze, zelektryzował na chwilę środowisko architektoniczne. Sieci społecznościowe, które zazwyczaj ospale reagują na teksty o architekturze, rozdyskutowały się jak nigdy. Dziesiątki architektów zaangażowało się w gorącą dyskusję na temat ich profesji. Chciałbym podziękować Tomaszowi Malkowskiemu za wywołanie tej dyskusji — niezależnie od tego, w jakim stopniu się z nim nie zgadzam, publiczna debata o architekturze jest w Polsce niezwykle potrzebna.

Piszę te słowa, przeczekując lockdown w wynajętym na kilka miesięcy mieszkaniu na jednym z nowych deweloperskich osiedli. Choć w promieniu kilkudziesięciu metrów nie ma ani jednego drzewa (parkingi podziemne), ze względu na gęstość zabudowy, do mojego mieszkania nigdy nie dociera bezpośrednie światło słoneczne. Na całym osiedlu brakuje nie tylko zieleni — nie ma również usług (ani prywatnych, ani publicznych) i dobrze zaprojektowanych miejsc do spędzania wolnego czasu. Są za to parkingi, Żabka i wysoki płot z drutu oddzielający nas od starszej — dużo zieleńszej — części miasta. Nie bez przyczyny drobiazgowo opisuję otaczający mnie kontekst przestrzenny. To właśnie przez pryzmat codziennego doświadczenia życia w smogu i brzydocie ocenia architekturę i architektów ogół społeczeństwa. A właśnie na błędnych kryteriach oceny architektury skupia się krytyczny tekst Tomasza Malkowskiego, z którym będę polemizować.

Tomasz Malkowski krytykuje w swoim tekście konkursy. Nie te, których zadaniem jest wyłonienie najlepszej przyszłej koncepcji. Krytyka skupia się na konkursach podsumowujących przeszłe działania architektów, takich jak popularne podsumowania roku. Zdaniem autora artykułu, coś jest nie tak z kryteriami oceny budynków w takich zestawieniach. Jak przekonuje, zamiast patrzeć na kunszt twórcy, ocenia się prospołeczne funkcje i dobre intencje, które stoją za danym budynkiem. Zamiast nagradzać w konkursach architektonicznych budynki obiektywnie najlepiej zaprojektowane, nagradza się obiekty co najwyżej poprawne, ale za to obdarzone społeczną misją. „Czy tylko mnie zapala się czerwona lampka, gdy do oceny dzieł architektury wprzęga się nacechowaną klasowością nomenklaturę?” — pyta retorycznie Malkowski, określając chwilę później opisaną przez siebie logikę kryteriów konkursowych jako moralny szantaż.

Polemikę utrudnia fakt, że autor artykułu nie wyjaśnił, jakie kryteria oceny architektury według niego powinny obowiązywać. Tu i ówdzie pisze o „ogólnym braku jakichkolwiek oznak wybitności, oryginalności, ponadprzeciętności” wysoko ocenianych prac, które jemu się nie podobają. Pisząc z kolei o dobrych — zachodnich — przykładach, chwali je za „mocny koncept”, „wizjonerstwo” i „odwagę”. Czy oznacza to, że dla Tomasza Malkowskiego prawidłowym kryterium oceny jest niepowtarzalna forma? Szkoda, że autor nie sformułował swoich propozycji, jak oceniać współczesną architekturę.

Mimo tego dojmującego braku, tekst Tomasza Malkowskiego zasługuje na polemikę. Autor niezwykle trafnie wybrał bowiem obiekt swojej krytyki. Konkursy-podsumowania są jak tunele czasoprzestrzenne, które łączą zamknięty świat architektury z bardziej ogólną publiczną debatą na temat polskiej przestrzeni. To dzięki takim zestawieniom narracje, które dotąd królowały w hermetycznych kręgach architektonicznych, mają szansę skonfrontować się z tymi, które są aktualne dla całego społeczeństwa. Rozumiem rozgoryczenie architektów takim stanem rzeczy: ich architektura oceniana jest za cechy, na które architekt ma bardzo ograniczony wpływ. Lokalizacja, program czy misja budynku są zazwyczaj jasno określone, zanim architekt przystąpi do pracy. Z tego punktu widzenia adresowanie pretensji za porażki jedynie do architektów jest skrajnie niesprawiedliwe.

Nie zmienia to jednak faktu, że architektura, choć tworzona przez architektów, użytkowana i oceniana jest głównie przez osoby z profesją niezwiązane. Natychmiast po powstaniu budynki odrywają się od swoich twórców i żyją własnym życiem, wplecione w skomplikowany współczesny kontekst społeczny. Pytanie więc, kto powinien oceniać budynki: architekci, którzy je tworzą, czy społeczeństwo, któremu one służą? Nie za bardzo rozumiem, jaki byłby pożytek z zestawień, w których architekci są sędziami we własnej sprawie.

Dziennikarze tworzący podsumowania roku reprezentują tymczasem punkt widzenia ogromnych i heterogenicznych grup swoich czytelników. Pan Sarzyński został skrytykowany niesłusznie: tworząc podsumowania, wypełnia swą dziennikarską misję, konfrontując dzieła architektów ze społecznymi oczekiwaniami. Niestety debata w mediach architektonicznych jest mało krytyczna. Skupiając się na rzemiośle twórców, rzadko odnosi się do kluczowych problemów użytkowników architektury. Takich jak codzienność życia w szpetocie, którą opisałem na początku artykułu.

Nie jestem wobec konkursów-podsumowań bezkrytyczny. Rozumiem rozżalenie architektów: często gani się ich niesłusznie, za błędy, które powstały już na etapie tworzenia koncepcji. Twórcy podsumowań powinni nieustannie aktualizować metodologię organizowanych przez siebie konkursów. Powinni również promować przekaz, że „miastotwórstwo” jest wynikiem współpracy wielu aktorów. Nagradzać i karać należy do spółki architektów, deweloperów, planistów, aktywistów i urzędników. Izolowanie architektury ze skomplikowanego kontekstu tworzenia budynków nie ma najmniejszego sensu. Co ważne, zasada ta powinna działać zarówno w przypadku architektonicznych porażek, jak i sukcesów.

Środowisko architektów powinno z kolei skorzystać z możliwości bezpośredniego dialogu z szerokimi grupami społecznymi, którą dają im dziennikarze. Dziś dramatycznie brakuje kanałów komunikacji pomiędzy społeczeństwem a światkiem architektury. Groteskowym (ale i przerażającym ze względu na skalę) przykładem są dziesiątki „zrewitalizowanych” w całej Polsce rynków, przekształconych — jak teraz słyszymy, wbrew oczekiwaniom użytkowników — z zielonych oaz w granitowe patelnie. Gdyby środowisko architektów bardziej aktywnie uczestniczyło w publicznej dyskusji na temat polskich miast, tego dramatu można by uniknąć. Sprawa rynków jest przygnębiająca, bo nie jest to jeden odosobniony przypadek. Okazało się, że środowisko architektów w systemowy sposób ignoruje oczekiwania społeczne.

Ta konkluzja prowadzi do kolejnego wątku tekstu Tomasza Malkowskiego, z którym się fundamentalnie nie zgadzam. Choć nie wprost, autor dość wąsko formułuje zakres odpowiedzialności architekta. Architektura traktowana jest przezeń jak rzemiosło — umiejętność skonstruowania budynku na podstawie zadanych parametrów. Kunszt pracy z materiałem budowlanym i systemem konstrukcyjnym, wiedza, jak tworzyć funkcjonalne przestrzenie, a także umiejętność zrozumienia inwestora i mieszczenia się w założonym budżecie — to, jak rozumiem, cechy idealnego architekta. Taki architekt jest co prawda odpowiedzialny za konstrukcję budynku, ale nie ponosi żadnej odpowiedzialności za konsekwencje społeczne stworzonych przez siebie dzieł.

Takie „techniczne” odczytywanie roli architekta jest zrozumiałe. Przemiany społeczno-ekonomiczne, które spowodowały w zasadzie zniknięcie publicznego inwestora (na przełomie lat 70. i 80. na Zachodzie i dekadę później w Polsce), sprawiły, że realizacja misji publicznej przez architektów stała się szalenie trudna. Nowe ich pokolenia dostosowały się do tej sytuacji, rezygnując z misji i skupiając na architektonicznym rzemiośle. To podejście jednak skompromitowało się i postawiło wielu architektów w bardzo niewygodnej pozycji. Elizabeth Diller zamiast opowiadać z dumą o swoich nieszablonowych budynkach, musi się bronić przed zarzutami, że odpowiada za gentryfikację połowy Manhattanu. Samoizolacja architektów nie oznacza bowiem, że społeczeństwo będzie inaczej patrzeć na zakres ich odpowiedzialności. W społecznym odbiorze architekt to zawód zaufania publicznego, choć lwia część klientów architektów to prywatne firmy. Wyjście z tej paradoksalnej sytuacji jest tylko jedno: aktywny i konstruktywny udział środowiska architektów w debacie publicznej na temat przestrzeni.

To o tyle istotne, że społeczne oczekiwania wobec architektury z czasem będą rosnąć. W pełni zgadzam się z obserwacją Tomasza Malkowskiego, że kryteria oceny architektury ewoluują i stają się coraz bardziej „kolektywistyczne”. Myli się on jednak, nalegając, że zjawisko coraz ciaśniejszej oceny budynków w ich społecznym kontekście dotyczy tylko Polski. Podobne kryteria obowiązują we współczesnej debacie architektonicznej na całym świecie, co autor zresztą sam zauważył, powołując się na powszechnie doceniane i nagradzane budynki Alejandra Araveny i biura Lacaton & Vassal. W polskich kryteriach oceny architektury słychać echa tych, którymi posługują się obecnie krytycy na Zachodzie. Swoją drogą, poruszanie się po wydeptanych ścieżkach jest typowe dla polskiej debaty o architekturze.

Mechanizm opisany przez Tomasza Malkowskiego będzie się z czasem pogłębiać. Gdy zmieniają się ramy dyskusji publicznej, automatycznie zmienia się odbiór społeczny architektury. Ten z kolei wpływa na kryteria oceny budynków w konkursach. Przykładem niech będzie pozornie bardzo odległa od polskich problemów dyskusja wokół rasy i kolonializmu. Jej pośrednim rezultatem jest chęć dowartościowania architektury zlokalizowanej daleko od jądra Zachodu. Jurorzy takich konkursów jak Nagroda Miesa van der Rohe patrzą z coraz większą uwagą na budynki zlokalizowane w krajach postkolonialnych, albo... postkomunistycznych. W imię równości dowartościowują odległe realizacje, nawet jeśli oznaczać by to miało nagradzanie architektury dysponującej mniejszym dostępem do nowych technologii i mniejszymi budżetami. Jeśli polska krytyka poszłaby kiedyś w podobnym kierunku, większe szanse na nagrody będą miały na przykład budynki w byłych stolicach powiatów albo na terenach upadłych PGR-ów.

Zmiana ram dyskusji nie dotyczy wyłącznie architektury: nagrody literackie i filmowe również ewoluują. Patrząc na to, jak zmieniła się w zeszłym roku (nie bez skandalu) nagroda Oscara, możemy antycypować możliwe trajektorie rozwoju nagród architektonicznych. Być może w niedalekiej przyszłości jurorzy konkursów architektonicznych będą próbować zrównoważyć liczbę nagród przyznawanych mężczyznom i kobietom. A może będzie miało znaczenie, jak zorganizowany był proces budowy i kto w nim uczestniczył? To się powoli dzieje: już dzisiaj przyznanie ważnej nagrody na przykład stadionowi, który budowany byłby przez skandalicznie traktowanych imigrantów, wydaje się mało prawdopodobne.

Podsumowując: zgadzam się z diagnozą postawioną przez Tomasza Malkowskiego. W konkursach-podsumowaniach ocenia się architekturę według nie-architektonicznych kryteriów. Nie zgadzam się jednak, że jest to zjawisko złe dla zawodu architekta. Współpraca z dziennikarzami spoza świata architektury to najlepszy sposób systematycznej aktualizacji tej hermetycznej profesji. Zjawiska opisane przez Tomasza Malkowskiego będą się pogłębiać. Przewartościowania polityczne, ekonomiczne czy ekologiczne, które zachodzą w Polsce (a szerzej: w Europie i na Zachodzie) będą na nowo definiować ramy debaty publicznej. Wszystkie wymienione aspekty zmian są bezpośrednio połączone z kształtem przestrzeni miejskiej. To architekci mają nań bezpośredni wpływ, trudno więc oczekiwać, że architektura będzie wyłączona z debaty publicznej w tych najistotniejszych kwestiach.

Czas przygotować się do dyskusji. Zacząć można od publicznej rozmowy na temat kryteriów oceny architektury i zakresu odpowiedzialności społecznej architektów. Artykuł Tomasza Malkowskiego był świetnym początkiem i krytyką obecnego porządku. Następnym krokiem powinna być konstruktywna dyskusja (moderowana przez „Architekturę & Biznes”?) na temat kryteriów oceny architektury. Proponuję włączyć w nią osoby spoza profesji, na przykład zasłużonego dla polskiej debaty o miastach Piotra Sarzyńskiego. Być może następne podsumowanie roku w „Polityce” zostanie stworzone na podstawie nowych kryteriów oceny architektury, wyłonionych w rozpoczynającej się właśnie dyskusji.

Kuba SNOPEK

Łódź, 17.01.2021

PS Artykuł Tomasza Malkowskiego pełen był odwołań do literatury Ayn Rand — zapalczywej wolnorynkowej fundamentalistki i miłośniczki niczym nieskrępowanego indywidualizmu. Zastanawiałem się, czy, w duchu absurdu, nie zrównoważyć powoływania się na Rand cytatami z Maksima Gorkiego. Postanowiłem tego jednak nie robić — jeśli chcemy rozmawiać konstruktywnie, wykluczmy z debaty ekstremistów.

Kuba Snopek — urbanista, badacz miast, pedagog. Jest autorem książki „Bielajewo: Zabytek przyszłości”, poświęconej ochronie niematerialnego dziedzictwa, i projektu „Architektura VII dnia” — badań kościołów wybudowanych w Polsce w drugiej połowie XX wieku. Kuba jest również współautorem „Sceny” — wielokrotnie nagradzanej przestrzeni publicznej w mieście Dniepr, stworzonej za pomocą crowdsourcingucrowdfundingu. Stypendysta programu Fulbrighta i absolwent Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley. Obecnie pracuje nad projektem „Real Estate Art” — badaniami sztuki fundowanej przez deweloperów.

Głos został już oddany