Zobacz w portalu A&B!
Zostań użytkownikiem portalu A&B i odbierz prezenty!
Zarejestruj się w portalu A&B i odbierz prezenty
maximize

Szczecin – najbardziej niedoceniane miasto w Polsce

18 stycznia '24

Szczecin chyba specjalnie zostawiłem sobie na koniec całego cyklu, na ostatni rozdział. To znaczy, powstaną jeszcze opracowania kilku innych miast, ale Szczecin symbolicznie ma wieńczyć dzieło. Wynika to między innymi z reguły niedostępności — zawsze najtrudniej było tu dojechać. Z jakichś względów Szczecin był po prostu poza zasięgiem.

To znaczy, byłem kilka razy w Szczecinie, mam nawet z tym miejscem szczególne relacje emocjonalne — największa miłość mojej młodości była ze Szczecina. Urodziłem się zresztą i wychowałem na Pomorzu, więc teoretycznie powinienem to miejsce jakoś lepiej znać, czuć i rozumieć. Ale nic takiego nie miało nigdy miejsca. Tych parę biznesowych pobytów w Szczecinie to były pojedyncze spotkania, muśnięcia centrum miasta, bardzo powierzchowne wrażenia i jakieś powidoki stereotypów, oraz oczywiście ogólne ­wrażenia czerpane z medialnych doniesień.

PRZE-STRZEŃ - miasto paprykarza to nie jest jakaś ciasna klitka

PRZE-STRZEŃ — miasto paprykarza to nie jest jakaś ciasna klitka

Fot.: Autor

Tak, oczywiście wiedziałem, że Szczecin leży nad Odrą, że jest portem morskim, że chyba była tu jakaś stocznia, że jest stolicą województwa zachodniopomorskiego. Oczywiście mam sentyment do Paprykarza Szczecińskiego, oglądałem „Poranek kojota” i wiem, kim jest lub nie jest szef wszystkich szefów, Krzysztof Jarzyna ze Szczecina, widziałem też „Młode wilki”. Ale poza tym Szczecin był dla mnie miastem widmem, wielką niewiadomą, tajemnicą schowaną dość dobrze za jakąś nieuchwytną zasłoną dymną. Na początku lat 90. z mojego rodzinnego Elbląga podróżowało się w stronę Szczecina jak na inną planetę — albo kilkanaście godzin jazdy autem z kumplem, przemytnikiem kradzionych w Niemczech samochodów, albo Włóczęgą Północy, jak nazywaliśmy pociąg relacji Białystok — Szczecin, wypełnionym pod sufit stłoczonymi ludźmi z torbami w kratkę, jadącymi „na handel”.

PRZE-STRZEŃ - miasto paprykarza to nie jest jakaś ciasna klitka

PRZE-STRZEŃ — miasto paprykarza to nie jest jakaś ciasna klitka

Fot.: Autor

Gdy wreszcie współcześnie wyruszyłem w drogę do Szczecina, wszystkie znaki na niebie i ziemi zapowiadały od początku, że udaję się w dobrym dla mnie kierunku. Piękna pogoda, przyjemność jazdy przez bardzo przyrodniczą, nieprzesadnie zasiedloną przez ludzi przestrzeń zachodniego Pomorza, wiatr w plecy. Umówiłem się wcześniej na kilka spotkań — wywiadów z ludźmi ważnymi dla Szczecina. Zamieszkałem na jedynym szczecińskim campingu w marinie jachtowej nad jeziorem Dąbie, tuż obok lotniska aeroklubu. Stąd, najszybciej jak się dało, wyruszyłem do miasta, oczywiście na rowerze elektryku, bo odległości są tu zaskakujące.

ależ to miasto ma oddech

ależ to miasto ma oddech

Fot.: Autor

Bardzo lubię tak zwane pierwsze wrażenie. Kocham wodę w mieście, uwielbiam miasta portowe, więc jakąś tam premię na wejściu ten Szczecin u mnie miał. Kiedy wyjechałem na wielką estakadę prowadzącą do centrum ponad rzeką Regalicą, nad kolejnymi odnogami Odry, przekopami — poczułem to, co uwielbiam: przestrzeń. Szczecin ma wyjątkową przestrzeń. Widać ją, słychać i czuć. Jechałem po łuku okrążającym wielgachny port. Port, w którym żurawie i dźwigi pracowały — a miałem pewną obawę, że może zastanę je zamarłe, zatrzymane. Patrzyłem jednak na żywy port, pełen statków, również tych największych, oceanicznych. Dzięki tej rozległości portowej Szczecin pod względem powierzchni jest piątym największym ­miastem w Polsce.

wielkie zaskoczenie - nowiutkie Morskie Centrum Nauki

wielkie zaskoczenie — nowiutkie Morskie Centrum Nauki

Fot.: Autor

Gdy dojechałem do centrum, z zaskoczeniem odnotowałem, że kilka lat temu pustawa jeszcze wyspa Łasztownia zapełniła się czymś istotnym — to sporych rozmiarów wesołe miasteczko, dynamicznie oświetlone, na moje oko nie najgorszej jakości w sensie estetycznym, choć zazwyczaj wesołe miasteczka z estetyką mają w Polsce niewiele wspólnego (­­na ­przykład potworek w centrum Krakowa).

 to coś zastąpiło pierzeje średniowiecznych kamienic

to coś zastąpiło pierzeje średniowiecznych kamienic

Fot.: Autor

Obok życiodajnego — w dawniej martwej przestrzeni — Holiday Parku, bo tak się nazywa to miejsce, wyrosła budowla istotniejsza: masywna, nowoczesna, rdzawa bryła, przypominająca nieco Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku, a kształtem niewątpliwie będąca metaforą sylwetki wielkiego statku, oznaczona olbrzymimi flagami manifestującymi solidarność z Ukrainą. Ta architektura budzi podziw, tym budynkiem Szczecin mnie zaskoczył — Morskie Centrum Nauki (proj. Płaskowicki & Partnerzy Architekci) wyrosło po cichu, w czasie pandemii i już po niej, otwarte zostało na wiosnę 2023 roku, więc jest to sprawa ­absolutnie świeża.

na szczęście dalej od portu zachowała się oryginalna architektura i jest jej dużo, a szczecińskie gwiaździste ronda, które organizują tę część miasta, naprawdę robią wrażenie

na szczęście dalej od portu zachowała się oryginalna architektura i jest jej dużo, a szczecińskie gwiaździste ronda, które organizują tę część miasta, naprawdę robią wrażenie

Fot.: Autor

Przepedałowałem to centrum szczecińskie kilka razy wte i wewte. I już czułem, że będzie nie dobrze, tylko bardzo dobrze. Woda, statki, port, architektura, street art, estakady, fascynacja Szczecinem zaczęła się rozkręcać. Postanowiłem odkryć klasyczne centrum miasta, uświadomiłem sobie, że nigdy chyba w nim nie byłem. Wiecie, na jakimś rynku, starówce, w każdym mieście przecież takie są.

średniowieczny, hanzeatycki ratusz - gdyby tylko uchowało się całe szczecińskie Stare Miasto…

średniowieczny, hanzeatycki ratusz — gdyby tylko uchowało się całe szczecińskie Stare Miasto…

Fot.: Autor

Ale nie w Szczecinie. Nawet jeśli drogowskazy „Starówka” dokądś cię kierują, nigdzie nie trafisz. Nawet jeśli ktoś powie, że to jest to centrum, to mu nie uwierzysz. Bo Szczecin po prostu nie ma centrum.

szczecińskie rozdroże

szczecińskie rozdroże

Fot.: Autor

To znaczy, z technicznego punktu widzenia — niby ma. Ale nie ma. Historyczne hanzeatyckie miasto nie miało prawdopodobnie jednego głównego rynku, tylko kilka małych, wyspecjalizowanych tematycznie. Potem to zapewne piękne niegdyś hanzeatyckie miasto padło ofiarą całej serii dewastacji: alianckich nalotów dywanowych, sowieckich szturmów, rosyjskich i polskich rabunków, po zakończeniu wojny trwało to jeszcze ponad czternaście lat, co najmniej do 1959 roku. W ich wyniku oraz chaotycznej, haniebnej jakości powojennej zabudowy tych ruin dziś Szczecin normalnego centrum po prostu nie ma, a Starówka — no cóż, jest chyba jedną z najbrzydszych, jakie w życiu widziałem. Z ­nielicznymi wyjątkami zachowanych zabytków.

są estakady, więc jest na czym uprawiać street art

są estakady, więc jest na czym uprawiać street art

Fot.: Autor

Czy te doznania zakłóciły mój dotąd pozytywny odbiór tego miasta? Otóż nie. Wszyscy ludzie, z którymi po drodze spontanicznie nawiązywałem kontakt, byli super. Uśmiechnięci, jacyś niespięci, zakochani w swoim nierozumianym przez resztę świata mieście. Z poczuciem humoru, kontaktowi, jacyś… inni. Niezrażony więc tragicznymi peerelowskimi bloczkami, które zastąpiły piękne, stojące tu niegdyś kamienice, ruszyłem w kierunku szczecińskiego Paryża — wielkich gwiaździstych skrzyżowań i niezniszczonych przez wojnę dzielnic. Wspaniałe! Rowerem przez dzisiejszą ulicę Marszałka Piłsudskiego (dawniej Friedrich-Karl-Straße), przez plac Grunwaldzki (Kaiser-Wilhelm-Platz), tu kółko z liczeniem odchodzących promieniście ulic; doliczyłem się ośmiu. Ta okolica to dla wielbicieli architektury i ­urbanistyki ­prawdziwa uczta dla oczu.

z murali wyłania się coś w rodzaju szczecińskiej narracji zgłaszającej tożsamość buntownika, społeczności autoironicznej, dowcipnej i dysponującej temperamentem i charakterem… lubię to!

z murali wyłania się coś w rodzaju szczecińskiej narracji zgłaszającej tożsamość buntownika, społeczności autoironicznej, dowcipnej i dysponującej temperamentem i charakterem… lubię to!

Fot.: Autor

Zaciągnąłem się tym Szczecinem jak mocnym papierosem po długiej przerwie w paleniu. Pamiętam, jak paliliśmy na przerwie w ogólniaku francuskie gitanesy: efekt włączenia trybu „Szczecin mnie wsysa” okazał się bardzo podobny. Zakręciło mi się w głowie. Już wiem, dlaczego dla większości mieszkańców dzisiejszej Polski Szczecin jest bytem enigmatycznym, częściowo ukrytym. Powodem są — jak to najczęściej bywa w takich sytuacjach — historia i geografia. Geografia — bo Odra jest naturalną barierą, granicą, a Szczecin właściwy leży „po drugiej stronie”, na lewym brzegu. A historia, zwłaszcza ta powojenna — bo Nikita Chruszczow ostateczną decyzję o tym, do kogo przynależeć będzie Szczecin lewobrzeżny, podjął dopiero w 1959 roku. Wyobraźcie sobie konsekwencje tak późno podjętej decyzji o tak fundamentalnym znaczeniu. Po 1945 roku, kiedy z terenów dzisiejszej północnej i zachodniej Polski wysiedlano Niemców, którzy sami nie uciekli wcześniej przed frontem, stopniowo zaczęły napływać w ich miejsce fale polskich przesiedleńców, głównie ze wschodu, ale również po prostu z całej zniszczonej wojną Polski. Poniemieckie nieruchomości i infrastruktura, choć miejscami mocno zniszczone, były niezwykle atrakcyjną motywacją do migrowania. Przed migrantami zazwyczaj pojawiali się na tym dzikim zachodzie szabrownicy rozkradający resztki poniemieckiego mienia ruchomego, którego nie ukradli wcześniej Rosjanie. Mieliśmy więc na tych ziemiach do czynienia z następującą sekwencją zdarzeń: alianckie bombardowania lotnicze, zniszczenia wywołane przez przechodzący front, I faza rabunków (na skalę przemysłową prowadzona przez sowieckie władze i armię, a na skalę indywidualną polegająca na rabowaniu dóbr luksusowych — kosztownych, ale małych i lekkich, by sołdat mógł zabrać je z sobą w dalszej drodze na Berlin, jak słynne zegarki zapinane na obu rękach sowieckich żołnierzy). Potem zaczynała się II faza rabunku — w pustawych i niepilnowanych jeszcze przestrzeniach pojawiali się polscy szabrownicy, kradnący resztki — były to przede wszystkim meble, wyposażenie kuchni i łazienek. Dopiero potem do pustawych domów napływali nowi osadnicy i rozpoczynał się proces oswajania się przybyszów z ich nowym ­miejscem pod słońcem.

z murali wyłania się coś w rodzaju szczecińskiej narracji zgłaszającej tożsamość buntownika, społeczności autoironicznej, dowcipnej i dysponującej temperamentem i charakterem… lubię to!

z murali wyłania się coś w rodzaju szczecińskiej narracji zgłaszającej tożsamość buntownika, społeczności autoironicznej, dowcipnej i dysponującej temperamentem i charakterem… lubię to!

Fot.: Autor

Głos został już oddany

KOS Elektro System – jakość, funkcjonalność i styl
Prisma Collection – 50 kolorów farb proszkowych Super Durable
CAD projekt design – 3. edycja spotkań z projektantami wnętrz
INSPIRACJE