Wielkie projekty są „bardziej”

04 maja '21

źródło: Wielkie projekty - A&B 05/2021


„Fitter, happier, more productive” (sprawniejszy, szczęśliwszy, bardziej produktywny) słyszymy w pierwszych słowach piosenki zespołu Radiohead z 1997 roku, a „Harder, better, faster, stronger” (mocniej, lepiej, szybciej, silniej) to z kolei tytuł utworu duetu Daft Punk z roku 2001. No tak: w obu wypadkach to krytyczni, pewnie lewicowi Europejczycy i w dodatku niezależni, co za hipokryzja, artyści.


Ameryka i Chiny na szczęście nie wątpią w moc kapitalistycznych zaklęć (nawet jeżeli Chinami rządzi Niby Partia Komunistyczna), bo słowo „bardziej” liczy się najbardziej. Tylko duzi mają znaczenie, a żeby być dużym, trzeba planować wzrost i stale o niego walczyć, bo wielu jest takich, co chcą być więksi od nas. Plan Wielkości to Prawdziwe Zobowiązanie: ciągle trzeba wszystko więcej i bardziej, zwłaszcza pracować i konsumować, bo w końcu po to tyramy jak woły, czy jesteśmy prezesami, czy roznosicielami pizzy. „Podstawą wielkości jest wyznaczanie sobie kolejnych celów i strategiczne do nich dochodzenie”, powie prawie każdy coach biznesu (ciekawe, że słowo „coach” oznacza nie tylko trenera, ale i szybki powóz konny!). Za współczesnymi imperiami ciągną więc kolejni, nawet ci, których wielkość przelicza się tylko na bezsensownie wielkie terytorium i bogactwo raptem kilku oligarchów. W wyścigu biegną zarówno byłe imperia kolonialne o pokaźnym „portfolio” aktywów i globalnych wpływów, jak i etatowi przegrani, którym z powodów historycznych powikłań i własnej wsteczności nie udało się załapać na kolejne rewolucje przemysłowe. Tam, gdzie są wielkie kompleksy, tam też kwitnie megalomania. Kanał Istambulski? Proszę bardzo! Przekop przez Mierzeję Wiślaną i Centralny Port Komunikacyjny? Wytnijmy połowę lasów, jak dzielny Bolsonaro? Voilà!

Nie inaczej rzecz się ma z ponadnarodowymi korporacjami i zwykłymi firmami: albo rośniesz, albo giniesz. Nie możesz być mom and pop business, jak to pogardliwie określają nieocenieni Amerykanie, mieszkańcy kraju, w którym liczące się biuro architektoniczne musi mieć powyżej stu pracowników. Ci z kolei, niejako siłą rzeczy, muszą projektować jak największe kubatury, które trzeba przecież jak najefektywniej zbudować, najlepiej używając sprawdzonych metod, zwłaszcza konstrukcji żelbetowych, akrów (by użyć lokalnej miary) szkła i mil aluminium oraz jakoś opędzić elektryką, wodą, kanalizacją, HVAC-ami i innymi akronimami. A do tych wielkich projektów (biurowców, mieszkaniówek, przedmieść i shopping malli) potem wjadą coraz szerszymi autostradami coraz większe dowody szczęścia w postaci coraz pokaźniejszych SUV-ów i pickupów wiozących raptem tylko samego zadowolonego kierowcę, który doskonale wie, że musi 8-cylindrowego potwora wymienić na większy model tuż po upływie okresu leasingu, bo jeśli tego nie zrobi, zarówno jego sąsiedzi, jak i własna żona (która, jako dowód spełnienia, co roku ma większe usta i piersi) uznają, że nie jest wzorem sukcesu i staje się człowiekiem coraz mniejszego formatu.

Am tellin’ya! Ameryka daje dobry wzór: każdy, kto ma głowę na karku, wróciwszy ze studiów lub praktyki zawodowej w kraju Supermana do rodzimego Delhi, Beijing, Lagos, Mexico City czy Pcimia (chociaż akurat Największy z Pcimian nie studiował na żadnej amerykańskiej uczelni), będzie chciał „tak samo”, czyli jak w opisie powyżej.

Nie chciałbym, by Czytelniczki i Czytelnicy odnieśli wrażenie, że w czambuł potępiam Wielkie Ambicje Ludzkości! Wielkoskalowe myślenie, czasem bigger than life (by znowu użyć pojęcia zza Wielkiej Wody), było, jest i będzie konieczne wtedy, gdy trzeba sobie poradzić z faktycznymi i dojmującymi problemami ponadludzkiej wielkości. Zbudować tysiące znośnej jakości mieszkań dla ludzi bez dachu nad głową w powojennej Europie. Posadzić zieloną barierę złożoną z milionów drzew (a do tego je podlewać i nawozić) oddzielającą tereny rolnicze od pustyni Gobi i Sahary. Doprowadzić wodę i kanalizację do każdej indyjskiej wioski. Zminimalizować emisję gazów cieplarnianych. To rozumiem i pochwalam! Kiedy jednak zaczynamy się zachwycać najwyższymi wieżowcami powstającymi w miastach na pustyni, zespołach sztucznych wysp układających się we wzór liści palmowych (fantazja tych samych petroszejków, skądinąd), czy jakże ambitnym projektem globalnej sieci wielkich drukarek 3D, które wydrukują nasze domy, efektywnie eliminując z rynku pracy miliony budowlańców, to wówczas wysoko podnoszę brew, pytając: „Czy aby na pewno to nas pcha do przodu?”. Być może w kategoriach wzrostu gospodarczego tak, ale czy wiara w paradygmat ciągłego wzrostu uchroni nas przed ostateczną katastrofą? Nie sądzę.

Dla przypomnienia: ostatnie trzydzieści lat ery bezprecedensowego wzrostu globalnych biznesów wszelkiej maści doprowadziło do tak zwanego szóstego masowego wymierania, co oznacza znikanie około 27 tysięcy gatunków fauny i flory ROCZNIE! W owym dziele pomogły zwłaszcza następujące sektory: tekstylny (bulgocące kolorowe rzeki w Indiach), modowy („kup nowy T-shirt co tydzień, a poprzedni po prostu zniknie!”), budowlany (tak, to my, drodzy architekci!), rolnictwa (jak zamienić żywą okolicę w pustynię), chemiczny („komu dowolny rodzaj raka?”), transportu („jedź autem, nogi są dla frajerów”), produkcji żywności („weź trzy burgery zamiast jednego”). Do tego w ciągu kilku dekad o połowę zmniejszyła się globalna biomasa, postępują zmiany klimatyczne wynikające z emisji gazów cieplarnianych, a po wodach oceanów pływają wyspy śmieci wielkości Francji. Niby wszyscy to wiemy, ale wciąż dajemy się omamiać marketingowi co do T-shirtów, samochodów i hamburgerów, i to nie tylko ci z nas, którzy uważają, że Donald Trump jest geniuszem, a światem rządzą z ukrycia Mędrcy Syjonu i Reptilianie. Chcecie jeszcze pogadać oWielkich Projektach? Mam propozycję!

Głos został już oddany

Velux ArchiTips
ALUPROF