reklama

Zrób to sam? „Witaj w świecie bez architektów” - książka Jakuba Szczęsnego

Kuba Głaz
04 lutego '22

Takiej książki polskiego autora jeszcze nie było. „Witaj w świecie bez architektów” Jakuba Szczęsnego to żywe i osobiste opowieści o budowlach i przestrzeniach, które obyły się (niemal) bez projektantów. Od europejskich wsi, przez algierską Kazbę, fawele i kibuce, po obozy dla uchodźców. W sumie 21 przypadków z całego świata.

Zapytaliśmy autora m.in. o to jaki był klucz wyboru miejsc i przykładów, dla kogo jest ta wielowątkowa publikacja oraz do czego potrzebni są architekci.

Jakub Głaz: „Witaj w świecie bez architektów”. Nie bałeś się takiego tytułu w Polsce, gdzie architekt jest i tak postacią niemal niewidzialną?

Jakub Szczęsny: Faktycznie, to chyba prowokacja w polskich warunkach. Jednak to nie jest książka o tym, że architekt jest nieważny, a o tym, że w każdym drzemie potencjał, by organizować przestrzeń dookoła siebie. I to właśnie pokazują przykłady, których dostarczam, zarówno te odległe w czasie, jak i współczesne. W kapitalistycznych realiach, gdzie do każdej, nawet błahej czynności potrzebna jest usługa specjalisty, warto przywrócić jednostce większe poczucie sprawczości, także w dziedzinie kształtowania przestrzeni.

Głaz: Czy polskie społeczeństwo ma wystarczające kompetencje, żeby samorzutnie tę przestrzeń organizować? Wygląd naszego kraju każe w to wątpić.

Szczęsny: Jak już powiedziałem, architekt nie jest nieważny, ale – być może – inna powinna być jego rola. Widzę go jako przewodnika, eksperta, tego który szerzej ogarnia realia, zarówno przestrzenne jak i prawne. Znam coraz więcej ludzi, którzy sami, często po godzinach nudnej pracy w korpo, dokształcają się w dziedzinie architektury. Więcej: nawet próbują coś projektować i, na podstawowym poziomie, im to wychodzi. Rolą architekta jest wejść w dialog z takimi osobami, prowadzić je przez trudny proces dochodzenia do rezultatu, a nie tylko przedstawiać im gotowe warianty projektu do wyboru.

Głaz: To sytuacja idealna. Tymczasem na horyzoncie majaczy wizja kraju upstrzonego domami do 70 m kw. bez pozwolenia.

Szczęsny: Owszem. Proces realizacji tego pomysłu jest fatalnie zorganizowany, choć dostrzegam konieczność ułatwienia budowy skromnego małego domu. Skoro zatem znaleźliśmy się w tak nieciekawej sytuacji, to rolą architektów nie jest ignorowanie realiów, tylko działania projektowe i regulacyjne. Takie, które – być może – sprawią, że te siedemdziesięciometrowe domy będą nie tylko przyzwoite, ale i sensownie sytuowane.

szczesny 1

"Witaj w świecie bez architektów" Jakuba Szczęsnego

materiały wydawnictwa

Głaz: W książce uświadamiasz, że – w skali świata – obiekty stworzone przez architektów, to mniejszość. Dwa procenty całej budowlanej masy. Prowadzisz czytelnika w bardzo luźny sposób przez kraje, epoki oraz własne doświadczenia.

Szczęsny: To rodzaj pitavalu. Przegląd przypadków bez pretensji do systematyzowania czy katalogowania czegokolwiek. Punktem wyjścia jest moja własna biografia: od letnich pobytów w małej polskiej miejscowości i lat spędzonych z rodzicami architektami w Algierii, aż do dzisiaj. Tematem mikrodomów, czy obozów dla uchodźców, które również opisuję, zainteresowałem się stosunkowo niedawno. Ten przegląd różnych form budowania i towarzyszących im uwarunkowań ma trafić do bardzo szerokiej grupy odbiorców. Nie tyle wyczerpać temat, co zainspirować do dalszych poszukiwań i poszerzania wiedzy. Mój ojciec, jak już wspomniałem, architekt, był zaskoczony wieloma przykładami i od razu zaczął zgłębiać kilka z nich. Odezwało się też wielu architektów zafascynowanych opisanymi przeze mnie przypadkami.

Głaz: A przecież we wstępie piszesz, że to książka dla młodzieży, dla osób zaczynających interesować się architekturą.

Szczęsny: Taki był pierwotny zamysł. Najpierw pisałem z myślą o moim nastoletnim synu, ale potem treść ewoluowała od pierwotnego dydaktyzmu, w stronę bardziej skomplikowanej opowieści. Do tego stopnia, że Łukasz Wojciechowski poinformował mnie, że zalecił lekturę studentom pierwszego roku architektury.

Głaz: Dobra lekcja pokory na początku drogi. Zresztą, książka ma też częściowo charakter podręcznika. Wyróżnionymi inną barwą przypisami opatrujesz wiele pojęć, które pojawiają się w tekście. To hasła nie tylko ze świata architektury, ale i historii oraz polityki. Czasem bardzo podstawowe.

Szczęsny: I jak się okazuje, wcale nie tak oczywiste. Wielu czytelników informowało mnie różnymi kanałami w mediach społecznościowych, że te przypisy bardzo pomagają im w lepszym zrozumieniu treści, otwierają oczy. Z wyborem i selekcją było dużo pracy, w której nieocenioną rolę odegrały trzy redaktorki, które opiekowały się tą książką. W redukcji niektórych didaskaliów, którymi opatrzyłem pierwotnie tekst, bardzo pomogła mi Ola Kędziorek. Gdyby nie ona, przypisy miałyby taką samą objętość, jak główny tekst. Te dopiski oraz nietypowy charakter książki były zresztą przyczyną problemów z poszukiwaniem zainteresowanego wydawnictwa. Jestem bardzo wdzięczny zespołowi Muzeum Sztuki Nowoczesnej, że uwierzył w ten projekt. Książka sprzedaje się bardzo dobrze.

Głaz: Może pomaga w tym prowokacyjny tytuł. Choć, tak naprawdę, opisujesz też przypadki, w których architekci brali czynny udział. To przykład upiornego hiszpańskiego kurortu Benidorm. Tamtejsze hotele projektowali jednak profesjonaliści.

Szczęsny: Owszem, ale powstaje pytanie, czy architekci nie byli ofiarami systemu, który wprzągł ich w budowanie tej żałosnej struktury. Świadomymi, ale jednak ofiarami. Kiedy patrzy się na Benidorm, ma się wrażenie, że nikt nie panował nad powstaniem tej nieracjonalnej betonowej dżungli podporządkowanej jedynie chęci zysku. Opisuję zresztą więcej sytuacji, w których architekci byli jednak obecni. To między innymi przypadek kibuców. Niektóre były projektowane przez profesjonalistów. W innych określali oni tylko ramy całej struktury, a kibucnicy podążali za danymi im wskazówkami.