Móżdżek po polsku

Kuba Głaz
22 lipca '21

felieton Jakuba Głaza z numeru 7/8 A&B


Niejasne ustawy, niespójne rozporządzenia, kiepskie plany, głupi politycy. Słuchać się już nie da marudzenia polskich architektów. Nie chcą dostrzec, że wszystko czemuś służy. Jaki tutaj jest cel? Nie dać zgnuśnieć projektanckim mózgom.

Z przepisów Polacy najbardziej poważają te kulinarne. W ogóle gotowanie urosło do roli jednoczącego naród kultu, z manichejskim podziałem na diaboliczną Gessler i świętego Makłowicza. Gdybyśmy do innych spraw przykładali wagę tak wielką jak do pichcenia, gdybyśmy, na przykład, w planowaniu przestrzennym z równym pietyzmem trzymali się ducha ustaw i rozporządzeń, to pewnie by nas zemdliło z nudów. Na szczęście nie jesteśmy tępymi kucharzami własnego losu. My wirtuozi. Co dzień walczymy o złotą patelnię legislacji, smażąc przepisy, jakich świat nie widział.

Wszystko, by później ćwiczyć mózgi w interpretacji lub obchodzeniu prawnych szyfrów, które przyklepują na Wiejskiej politycy. Bo choć w zamierzchłej erze przed PiS-em poprzednia partia władzy kusiła sloganami „Nie róbmy polityki. Budujmy Polskę/drogi/mosty/szkoły”, to jednak budowanie na szerszą skalę zawsze jest polityką. Ale Platforma wiedziała inaczej i — jaka porządna partia! — dotrzymała słowa. Polityki, we właściwym rozumieniu tego słowa, nie robiła. „Niech idą do lekarza”, radziła amatorom jakiejkolwiek wizji przyszłości. A budowała — jak obiecała — bez politycznej strategii. Do mistrzostw w kopanej piłce brała jeszcze krótkoterminowy azymut na stadiony, drogi i pendoliny. Potem wyrzuciła busolę. Następcy niby inni, ale w zasadzie jeden pies.

Bo szczęśliwie ani Platforma, ani PiS nie naruszyli status quo zmuszającego do ciągłego umysłowego wysiłku. Owszem, już przed 2015 rokiem szykował się zamach na obecny system. Na horyzoncie majaczyło widmo Kodeksu urbanistyczno-architektonicznego, który to kodeks za obecnej władzy witał się z sejmową gąską. Ale na salę obrad nie dokuśtykał. W zamian, deus ex machina, wyskoczył „lex deweloper”, wzbogacając zbiór łamigłówek, które nie pozwolą zgnuśnieć mózgom.

Dzięki tym enigmom nie tylko fałdują się zwoje, ale i rośnie serce, kiedy śledzi się w sieci dyskusje architektów z całego kraju. Pytania, wątpliwości, zdziwienia, intelektualny ferment. Najlepsze są świeże przepisy. Nikt nic nie wie. Co przyjęło się w jednym powiecie, w innym jest herezją. Tu urzędnik skreśli, tam dopisze, gdzie indziej każe uzupełnić. Mózg cały czas jest w trybie standby, żeby odgadnąć co też znaczy ten lub inny paragraf. A i to zawodzi, bo jakość przepisów budowlanych o wiele długości wyprzedza postęp w informatyce. Kwantowe komputery raczkują, a my mamy już kwantowe ustawy i rozporządzenia. Efekt obserwacji zależy od obserwatora. Do ostatniej chwili, do momentu, w którym urzędnik nie odkryje, co kryje się pod tym lub innym artykułem, nie wiadomo, co on będzie oznaczał. Może to, a może przeciwne tamto. Przepis Schrödingera.

Drapowaniu fałd mózgowia sprzyja również zetknięcie z produktem polityki lokalnej — planami miejscowymi. Bardzo tu różnorodnie. Kraina fantazji. Jak by to był festiwal na najosobliwszy dokument. Poruszają nie tylko zapisy, które nierzadko pozwalają postawić domy dla populacji kilkakrotnie przekraczającej liczebność mieszkańców gminy. Rysunki też dobre. Nawet graniczące z sobą plany potrafią zaskoczyć odmiennymi środkami artystycznego wyrazu i ich szczegółowością. Oryginalne kombinacje szrafów, zaskakujące oznaczenia, barwne niespodzianki i zabawy typu „wytęż wzrok”.

Jeszcze bardziej stymulują mózg plany nieistniejące. Nie. Tu nie ma pomyłki. Politycznie rzecz biorąc, plany, których nie ma, to fascynująca zagadka. Niemal śledztwo. Dlaczego ich nie wywołano? Komu to służy? Oraz — ile się na tym zaoszczędzi. Bo o tym, jak planuje się przestrzeń, decyduje nierzadko tajemniczy spec, który liczy potencjalne straty samorządu związane z uchwaleniem planu. Stąd też polska innowacja: plany na przeszłość — owszem, wywołane, ale uchwalane, gdy wszyscy już się wybudują po warunkach zabudowy — nie wołając o forsę od gminy. Trzeba tylko poczekać i przyklepać to, co wyrosło.

Widać, że plany, których nie ma, są jak smoki prawdopodobieństwa z „Bajek robotów” Lema. Nie istnieją na wiele sposobów. Są plany niepoczęte oraz poczęte, ale nadal nienarodzone. Te drugie, wywołane przed wieloma laty, bywają tylko obietnicą, unoszącym się nad wodami duchem, który gdzieś, kiedyś, być może się zmaterializuje. Nie przypadkiem Kazik Staszewski w clipie nowego songu na klęczkach zanosił ostatnio modły do Urzędu Dzielnicy Białołęka. Ducha trzeba przebłagać, gdy plan, jak na Białołęce, rodzi się od trzynastu lat. Polskie planowanie jest zatem nie tylko ćwiczeniem mózgu, ale i muzą artystów. Może po rapach o (C)HWDP, rodzi się nurt piosenki MPZP? Tematów nie zabraknie. W Poznaniu są plany poczęte ponad piętnaście lat temu i końca nie widać.

Nie wszyscy jednak chcą docenić tę prawną stymulację umysłów. Wtedy krzyczą „deregulacja”. Bo, jak wiadomo, kiedy mechanizm działa tak sobie, trzeba go jeszcze bardziej rozregulować. Zapewne na wieść o domach bez pozwoleń ogłoszonych w Nowym czy też Polskim Ładzie ręce liberalnych deregulantów zanurkowały pod kołderkę. Dłonie innych polityków nie sięgnęły za to po rozwiązania regulacyjne, którym można by nadać bardziej sprawczy, ustawowy charakter. Na przykład, po „Polską Politykę Architektoniczną” pod redakcją Krzysztofa Chwaliboga, która wisi sobie (oraz decydentom) na stronie Narodowego Instytutu Architektury i Urbanistyki. Nie brak też wielu innych opracowań — od dzieł naukowych po opracowania ruchów miejskich, które razem z „Polską Polityką…” NIAiU mógłby przedstawić politykom jako dogłębnie przemyślaną propozycję środowiska zmęczonego rozwiązywaniem prawnych i systemowych łamigłówek.

Na razie jednak brak nadziei. Może to nudne? Może trzeba szalonego show? Wtedy Polak się zainteresuje. „Przestrzenne rewolucje” i ktoś na miarę diabolicznej Gessler. Pójdzie taka lub taki przez Sejm i ministerstwa, niszczarka do dokumentów w jednej ręce, megafon w drugiej i — jazda z posłami. „Co za pasztet tu głosujecie?”, „Wyjąć mi te ustawy z zamrażarki!”, „Tego bym nawet teściowej nie uchwaliła”. A potem w samorządach: „Ile już kisicie te plany? Chcecie wykończyć ludzi?”.

I na koniec, rzeczowe: „Studium srudium!”.

Jakub Głaz

Głos został już oddany

Velux ArchiTips