Kliknij i zobacz jak w prosty sposób opublikować swój projekt w A&B

Polska leży nad Morzem Śródziemnym

06 grudnia '21

felieton Jakuba Szczęsnego z numeru A&B 12 | 2021


Na żółtej, wyciętej w fantazyjną falkę półce w pracowni mojego ojca stoi książka Mieczysława Twarowskiego pod tytułem „Słońce w architekturze”. Sięgam po nią za każdym razem, kiedy wpadam z wizytą i kiedy nie angażuje nas rozmowa o bieżących tematach. Mogę powiedzieć, że jako dziecię architektów wychowałem się nie tylko na albumowych wydawnictwach Arkad, ale przede wszystkim w kulcie Wielkiej Żółtej Kuli.


Tak, drżyj Ministrze z Lublina: w domu mojego dzieciństwa pewien chodzący po wodzie żydowski brodacz był mniej istotny od rozmów o światłocieniu i ważności słońca. Może byliśmy ukrytymi wyznawcami Boga Słońca albo jakimiś podejrzanymi (z punktu widzenia pana ministra) zoroastrianami? Co więcej, mój własny ojciec po regularnej robocie w państwowym biurze projektowym niejedną noc spędził, kreśląc meczety (!) dla pewnego przedsiębiorczego Syryjczyka, co jedną ręką odbierał tuby z rysunkami od „anonimowych” warszawskich architektów, a drugą płacił bardzo zieloną walutą, w drodze z i na lotnisko Okęcie. Meczety, hotele, wille i nowoczesne wersje souków oczywiście później sygnowane były nazwiskiem owego dżentelmena, a mój ojciec, ani zapewne inni polscy wyrobnicy, nigdy nie dowiedział się, ile z nich powstało, a jeśli tak, to ile z nich potem zniszczyły wojny, czas albo pochłonęły piaski pustyni.

Na tym chałturniczym procederze zyskiwałem także ja — i to nie tylko poprzez bycie obdarowywanym resorakami z Pewexu, ale i poprzez bycie zapraszanym przez rodziciela do udziału w rysowaniu perspektyw. Moją rolą było wypełnianie szrafem kresek połaci ukochanych przez Arabów angielskich trawników, jakże naturalnych i oczywistych w Maghrebie i Azji Mniejszej. Rysowałem też palmy dowolnych rozmiarów oraz, kiedy trochę dojrzałem warsztatowo, postaci na dalszych planach, zwłaszcza zakutane w nieokreślone „szmaty” kobiety — ich zakutanie zwalniało mnie nieco z konieczności trzymania proporcji, których wymagało rysowanie mężczyzn. Światłocieniem zajmował się jednak mój ojciec: to on wiedział, zapewne również dzięki „linijce słońca” opisanej przez Twarowskiego, jak dokładnie ułożą się cienie rysowane szarym flamastrem na rapidografowej kresce. Kilka lat później, jako piętnastoletni ilustrator „Nowej Fantastyki”, a jeszcze później polskiego wydania „Playboya”, stosowałem podpatrzone u ojca światłocieniowe triki do opowiadania o fikcyjnych miastach czy budowlach i wspierając ilustracjami felietony niejakiego Korwin-Mikkego, wówczas pisującego do magazynu z „króliczkami”.

Południowo-zachodnie słońce zalewało wnętrze naszego ursynowskiego pokoju dziennego. W jego kącie stała deska kreślarska, a wzdłuż prostopadłej do szerokich okien ściany regał — biblioteka z ikeowskiego systemu Ivar. Padając pod dużym kątem, wchodziło głęboko do pomieszczenia, zwłaszcza zimą, a my mogliśmy udawać, siedząc w fotelach Kontiki, że rezydujemy na tarasie naszego (niestety tylko wymarzonego) domu na Ibizie. Słońce ratowało nas przed beznadzieją i szarością schyłkowego PRL. Dopiero wyjechawszy z rodzicami na kontrakt, poznałem intensywne, pionowo świecące słońce wpływające na architekturę basenu Morza Śródziemnego. Wylądowaliśmy w Algierii. Pyzato-różowe pszenno-gminne gęby z Dudy-Gracza zostały zastąpione przez typy z moich fantazji i ojcowskich perspektyw: brodaczy w burnusach, kobiety w haikach i bogato wyszywanych chaoui, a gdzieniegdzie przez starszych panów w otomańskich fezach, bezwstydnie czerwonych i z wesoło dyndającym kutasem, przepraszam, chwostem. Nad kolorowym, arabsko-kabylsko-europejskim tłumem górowały domy pokryte grubą warstwą tynku, a niemiłosierne, atakujące z góry słońce natrafiwszy na pergole, wykusze czy markizy, tworzyło fioletowo-niebieskie cienie, jak z akwarel Bernarda Rudofsky’ego. Od słońca uciekało się, w upalne dni zamykając drewniane ażurowe okiennice i włączając podsufitowe wiatraki leniwie młócące powietrze. Ze słońcem się igrało, przestawiając leżaki w ogrodzie hotelu Beau Rivage, gdzie mieszkała kolonia polskich architektów i inżynierów i gdzie moja mama wraz z innymi paniami architektkami w wolnych chwilach zażywały słonecznych kąpieli. Wtedy zazwyczaj my, dzieci, grupka polskich blondasów i blondynek, szukaliśmy po wypielęgnowanych rabatach i w cieniu cyprysów jadowitych stonóg i kryjówek skorpionów ukrytych w odpadającym od ściany tynku.

Słońcem bezczelnie się zachłystywaliśmy, nurkując w morzu, a potem grzejąc złociste ciałka na „skałkach”, jak nazywaliśmy przystającą do wody, odosobnioną kamienną kotlinę, do której przedzieraliśmy się nielegalnie wzdłuż ogrodzenia pozostałości rzymskiego miasta. Światło zalewało wszystkie budynki, zlepiając je gęstym cieniem, niezależnie od tego, czy były dziewiętnastowiecznymi kolonialnymi résidence particulière, lichym arabskim domostwem czy modernistycznym ośrodkiem turystycznym projektu Fernanda Pouillon, o którym mówiło się w polskiej kolonii z wielkim szacunkiem. Wiele lat później, kiedy zacząłem zgłębiać jego architekturę i niesamowitą wprost biografię, zrozumiałem, że był on czcicielem słońca, który w swoich projektach łączył tradycje budowlane francuskiego południa z algierskimi. O umiłowaniu słońca mówią liczne detale jego budynków — galerie, maleńkie okienka osadzone w grubych murach, wszelkiej maści brise-soleils służące do rzutowania cienia, ale też większe gesty: od ogólnej dyspozycji na działce po wąskie uliczki między budynkami.

Po powrocie do Polski, w tumulcie dojrzewania przeżyłem kilka lat dogorywającego w szarości systemu, ale potem znów pojawiło się słońce. Pomarańczowa Alternatywa, lato wyborów z Garym Cooperem na plakacie Solidarności, upadek Janajewa, przyjazd wystawy o tradycjach amerykańskiego teatru, a z nim występy aktorów Actors Theatre z Louisville, w tym mojej nowej, amerykańskiej ciotki. Szło i przyszło nowe, a dla mnie, nastolatka, musiało oznaczać lepsze i musiało oznaczać nadejście świata kolorów i nowego słońca. Świata, z którego znikli aparatczycy o rumianych twarzach wieprzków, milicyjne suki, szklana pogoda i szyby niebieskie od telewizorów. Ja i moi rówieśnicy uwierzyliśmy, że nadszedł wieszczony przez Fukuyamę koniec historii. Wokół upadały reżimy i mury, poza Białorusią, na którą patrzyliśmy z żalem, jak po rozpadzie Związku Radzickiego staje się południowo-amerykańską, przaśną dyktaturą. Paskudnym rechotem odchodzącego XX wieku, który słońcem ludzi nie uzdrawiał, a spalał, jak w pewnym rosyjskim filmie.

Od powrotu z Algierii nie byłem w stanie twardo stąpać po rodzimej ziemi. Unosiłem się nad nią i czułem jakbym patrzył na własne życie we wschodnio-europejskim kraju przez filtr chmur. Uciekałem na południe — do słońca — kiedy i jak się dało. Na stypendia, do pracy, na rezydencje artystyczne, czasem po prostu na wakacje. Byle oddychać pełną piersią, wystawiać okrągłą słowiańską buzię do żółtej tarczy i morskiej bryzy. Jakimś cudem zawsze jednak wracałem, jak bumerang. „Polska leży nad Morzem Śródziemnym” przypominali zaklęcie Jana Parandowskiego moi wykładowcy na warszawskim Wydziale Architektury. Mógł mieć Parandowski na myśli zarówno naszą chęć materialnej i kulturowej przynależności do świata łacińskiego, jak i sentyment za europejskim Południem jako kolebką wszelkich idei, z którymi się utożsamiamy. Od greckich szkół filozoficznych po oświeceniowy humanizm, z myślami chodzącego po wodzie żydowskiego brodacza włącznie, choć te, w interpretacji dużej części moich pobratymców nie mają wiele wspólnego z humanizmem, o oświeceniu przeklętym przez prof. Zybertowicza nie wspominając.

W końcu każdy europejski naród na północ od Alp chce mieć swój kawałek widoku na południe, fizycznego lub symbolicznego. Jacobsen zaprojektował Duńczykom towarzyszącą plaży dzielnicę Bellevue, Estończycy mają Pärnu — jedną z niewielu skierowanych na południe plaż w kraju, celebrowaną jak skarb narodowy, a Niemcy chełpią się kolońskim karnawałem żywcem przeklejonym z łacińskiego. My mamy „Barbarzyńcę w ogrodzie”, loggię na Wawelu, włoskie lody i łacińską pisownię. No i oczywiście jesteśmy doskonałą reprezentacją i prawdopodobnie ostatnią europejską ostoją interesów pewnego miasta, a w zasadzie dzielnicy Rzymu. A w końcu Rzym jest na południu! Ale, by uciąć kontrowersyjne żarty, muszę dodać, że mam pewne podejrzenie, co do kolejnej możliwej interpretacji zdania Jana Parandowskiego. A co, jeśli Morze Śródziemne i owo symboliczne południe to w rzeczywistości „etatowy” punkt odniesienia dla rodzimych eskapistów o silnym, wschodnioeuropejskim przywiązaniu do fatalizmu? Odległy, umiłowany i idealizowany świat różnych „słonecznych Italii”, do którego można podróżować, ale z którego zawsze się wraca do północno-wschodniej szarości? Tak, jak to się działo z pokoleniami rodzimych inteligentów udających się na wymarzone południe od XVII wieku. Z Konopnicką, Herbertem, Iwaszkiewiczem i Żeromskim na czele (poza Herlingiem-Grudzińskim i Bobkowskim, rzecz jasna!). Jedziesz, leżysz w słońcu na kamieniu jak jaszczurka, pokąpiesz się trochę, popiszesz piórem lub na maszynie na golasa przy otwartym oknie z widokiem na jakiś paros, a potem pakujesz walizkę i jedziesz po „za-trzewia-chwytającą-prawdę” i te wszystkie dojmujące emocje czy moralne dylematy do swojej Warszawy, Moskwy albo innego Mińska. A kiedy w styczniowy, ciemny poranek dopadnie cię czarna wściekłość na ministra o twarzy warchlaka, na carską małość aparatczyków, na nazistów i rodzimych Talibów czy inną współczesną żałość, wtedy możesz zamknąć oczy i przypomnieć sobie fioletowe cienie. Cykady. Pnącza na pergoli. Smak winogron. Grubą poduszkę ciepłego powietrza. Kwadratowe otworki w rondzie słomkowego kapelusza. I twój okrągły, szczęśliwy pyszczek dziecka w słońcu.


Jakub Szczęsny

Głos został już oddany

Obiekt roku 2022 w systemach ALUPROF
Stal COR-TEN®. Naturalne piękno
Okna, drzwi – trendy 2022