okno zamknie się za 5

computer zapisz w ulubionych

Lekcja trzeciej… światowej

31 sierpnia '20

O kierunkach zmian na świecie z Zuzanną Skalską rozmawia Katarzyna Jagodzińska

Zuzanna Skalska zajmuje się badaniem i analizą sygnałów zmian dla biznesu. Jej kariera rozpoczęła się w roku 1998 w Philips Design, gdzie przez wiele lat pracowała w grupie odpowiedzialnej za Analizę Trendów Zmysłowych (Sensorial Trends) w powstających tam wizjonerskich projektach przyszłości. Następnie przez prawie piętnaście lat odpowiadała za badanie i analizę tendencji rozwoju przemysłu w wiodącym studiu projektowym w Holandii. W roku 2014 założyła firmę 360Inspiration, która pracuje z klientami z różnych branż. Jest wśród nich wiele światowych gigantów i rynkowych liderów. Specjalizuje się w takich dziedzinach, jak radykalne innowacje (Up-front innovation) i strategiczne myślenie o przyszłościach (Future(s) Thinking®).

Zuzanna Skalska

Katarzyna Jagodzińska: Jeszcze przed pandemią prognozowałaś, że wśród kierunków zmian na świecie znajdą się skandynawizacja, przejście od „ja” do „my”, przejście od imperiów do grodów. Mówiłaś, że centra miast stają się małymi wsiami, bo infrastruktura wraz z mieszkańcami przenosi się na przedmieścia, a prezydenci miast mają teraz duże problemy, bo zmniejszają się wpływy z podatków i brakuje pieniędzy na utrzymanie miast. Czy dzisiaj, w obliczu rozprzestrzeniającej się pandemii, ten kierunek wciąż jest aktualny?

Zuzanna Skalska: Przede wszystkim nie chcę używać słowa „trend”, bo jest ono dla mnie w tej chwili trądem współczesnego kapitalizmu, hasłem sprzedażowym. Mówimy o kierunkach. Zajmuję się sygnałami zmian — badaniem i analizowaniem sygnałów zmian dla biznesu. Te analizy polegają na ciągłym badaniu różnych branż przemysłu oraz zagadnień związanych z technologią, polityką, ekonomią, rozwojem społeczeństwa czy środowiskiem naturalnym. Odwiedzam najbardziej liczące się targi w ośmiu różnych branżach na świecie, uczestniczę w wielu opiniotwórczych konferencjach, czytam, rozmawiam, przysłuchuję się. Szukam iskier, które mogą być zapalnikiem zmian. Interesuje mnie proces łączenia różnorakich, często nieoczywistych informacji. 

Prawie pięć lat temu mówiłam o skandynawizacji, ona rzeczywiście trwa. Wszyscy patrzą teraz na Szwecję, choćby i z tego powodu, że jest jedynym dużym krajem, który nie zrobił lockdownu. Wiąże się to z gęstością zaludnienia — Szwecja ma jedną wielką aglomerację miejską, która liczy dziewięćset tysięcy mieszkańców, a cała reszta to niewielkie osady, w których ludzie mieszkają oddaleni od siebie o parę kilometrów. Nie mają takiego problemu, jaki mamy my — w Europie i Azji — w naszych bardzo zagęszczonych miastach. Dlatego przejście z „ja” na „my” było dla nich od samego początku bardzo naturalną drogą rozwoju świadomości społecznej. Stamtąd właśnie, czyli z północy, bo tutaj dołożę jeszcze Finlandię, pochodzi też pierwszy popularny telefon komórkowy — Nokia, z hasłem firmy „Connecting people” — czy system Bluetooth szwedzkiej firmy Ericsson. 

Najważniejszy jest sposób życia przyjęty w państwach północy. Przed wojną i po wojnie państwa skandynawskie były bardzo biedne. Wyszły z tego kryzysu dzięki pracowitości, rozwojowi przemysłu czy złożom naturalnym, to akurat przypadek Norwegii. We wszystkich rankingach właśnie te społeczeństwa należą do najszczęśliwszych na świecie. Każda prywatna fabryka — ile przecież jest duńskich, szwedzkich czy fińskich marek, od mody poprzez samochody aż po wszystkie rzeczy do domu — skupia całą społeczność w danym miasteczku, jest ostoją i gwarancją bytu. Fabryka inwestuje również w strukturę miejską, utożsamia się ze swoim miastem. To myślenie: co ty możesz zrobić dla miasta, a nie, co miasto może zrobić dla ciebie; bez przekonania, że skoro płacą podatki, to im się należy. To też filozofia, że należy zwolnić i umiejętnie znaleźć skandynawskie hygge, ten moment błogości, kiedy możesz się dobrze poczuć i nie potrzebujesz do tego prawie niczego, to jest stan świadomości.

Dominika Krzych i Kasia Basiewicz z Inspekty.pl sadzą warzywa w skrzyniach ogrodu społecznego na terenie krakowskiego Parku Stacja Wisła (2018 rok)

fot.: Katarzyna Zolich

To jest to, czego my w naszej Europie Wschodniej nie potrafimy do końca zrozumieć, bo dotyczy to niematerialnych rzeczy. Dla nas wszystko musiało być materialne: ćwiczę mindfulness, ale do tego potrzebuję koszulki za trzysta złotych, legginsów za pięćset pięćdziesiąt, oczywiście specjalnej marki, bo w innej marce tego mindfulnessa nie osiągnę. Do jogi potrzebuję też specjalnej maty, bo na czymś innym przecież nie mogę się pokazać. To wszystko było sztuczne, na pokaz. Próbowaliśmy przyczepiać sobie wartości, które tamte społeczeństwa osiągnęły nie mając takiej ilości dóbr materialnych, za to posiadając najważniejszą wartość, jaką jest społeczność. W nazwie „skandynawizacja” nie tyle chodzi o samych Skandynawów, ale o sposób myślenia, o ich mentalność. Skandynawizacja określała przejście z ekonomii „ja mam” na ekonomię „my mamy”.

W przypadku miast — rzeczywiście potężne aglomeracje miejskie zaczęły wychodzić już poza granice nazewnictwa. Miasto jako takie nie ma swojej definicji, a raczej nie ma jednej definicji — każde państwo ma własną, ponieważ ma swoją historię i swoje prawa, zgodnie z którymi zbudowane jest miasto. Okazuje się, że każde miasto jest indywidualnym organizmem. Rosnące w wielkim tempie miasta azjatyckie to prawdziwe kolosy, „metropolia” to niewystarczające słowo. Wiele jest ponaddziesięciomilionowych miast w Azji, których my nawet nie znamy, tymczasem liczba ich mieszkańców przekracza populację większości państw. Pamiętam, że kiedy byłam na misji gospodarczej z rządem holenderskim w Stambule, premier Holandii przywitał się z prezydentem miasta Stambułu i padły słowa, że zarządzają taką samą liczbą ludzi — po siedemnaście milionów mieszkańców. Przy kolacji odbyła się interesująca rozmowa o tym, czym jest państwo, a czym miasto. 

Kiedy spojrzymy na mapę Europy (do Uralu), to mamy Londyn, Paryż, Berlin, Stambuł i Moskwę. To są największe aglomeracje. Gdybyśmy w tej chwili przedefiniowali słowo „miasto”, tylko one w Europie byłyby miastami. A skoro cała reszta nie jest miastem, to jest po prostu wsią. To ujęcie, o którym można już przeczytać w wielu książkach. Moją ostatnią lekturą w tym temacie jest książka szwedzkiego autora Pera Stenholma „City Village of To-Morrow”. Argumentuje w niej, że najlepszym rozwiązaniem dla dzisiejszych miast jest ich „wsiowienie”, czyli patrzenie na nie z perspektywy nie jednej wielkiej organizacji zarządzanej z góry, tak jak na państwo, tylko dzielnic stanowiących swojego rodzaju zjednoczone wsie, znajdujące się pod parasolem jednego miasta. Wiemy, że razem jesteśmy mocniejsi, razem jesteśmy w stanie stworzyć lepszą gospodarkę. Ekonomiczny byt to jeden z wyznaczników miasta i w tym momencie zespół małych wiosek, które składają się na te miasta, zapewnia lepsze przygotowanie na przyszłość niż molochy.

Dominika Krzych, współzałożycielka Inspekty.pl, opowiada: „Ogródek powstał, żeby być bliżej natury i żeby nasze dzieci mogły mieć to, co myśmy miały w dzieciństwie: ogródek pełen roślin. Zależało nam na tym, żeby dzieci wiedziały, skąd się biorą warzywa i zrozumiały, że one nie rosną w sklepie warzywnym lub markecie. Pomysł wziął się z podróży do Wiednia, gdzie Kasia widziała takie skrzynie pełne warzyw i postanowiłyśmy zrobić je u nas. Nie zajmowałyśmy się wcześniej ogrodnictwem, ale kiedy byłam dzieckiem, moi rodzice uprawiali warzywa na własne potrzeby (wciąż to robią). Rodzice Kasi mają ogródek z podniesionymi grządkami i szklarnią. Reszty nauczyłyśmy się w praktyce, na naszym podwórku”.

fot.: archiwum Inspekty.pl

Dlaczego? Nawet kiedy popatrzymy na dzisiejszą sytuację, lockdown, ludzie, którzy mieszkają w potężnych domach wielorodzinnych, potocznie zwanymi blokami (dziedzictwo czasow PRL), i mają tylko maleńkie balkoniki, a czasem jeszcze za kratami, to borykają się z dużym problem — jak znaleźć spokojny kąt do pracy. Tak jest w wielkich aglomeracjach. Tam, gdzie miasta były budowane na miarę człowieka, każdy dom ma swój ogródek, duży balkon i zupełnie inną przestrzeń do dyspozycji. Nie mówię tu o aglomeracji podmiejskiej, bo ten obszar nie należy do miasta i nie wzbogaca gospodarki miejskiej, tylko swoje mały gminy. To dla miasta jest problem.

Te strategie zostały przyjęte w rozwoju. Berlin od samego początku postawił na aglomerację ogrodową, podobnie wiele holenderskich czy duńskich miast — dążą do wsiowienia — redukują samochody, zwiększają ilość zieleni, tworzą miasta na miarę człowieka, miasta, które możesz ogarnąć jednym spojrzeniem i je zrozumieć.

Cały czas trzymam się tych samych zagadnień, mogłabym w tej chwili tylko zmienić ich nazewnictwo.

Katarzyna: Podałaś przykłady miast, w których te zmiany zaczęły się już chwilę temu. Czy uważasz, że pandemia i związane z nią zamknięcie i zawieszenie sprawią, że zarządzającym innymi miastami otworzą się oczy i że też będą chcieli podążać w tym kierunku?

Zuzanna: To jest generalizowanie, zawsze staram się być ostrożna. Nie można powiedzieć, że nam wszystkim otworzą się oczy. Jak otworzą się trzem zarządzającym, to i tak będzie dużo. To są problemy dzisiejszych włodarzy miast — jak wyżywić swoje miasto, w jaki sposób umożliwić przetrwanie? Na pewno w tej chwili na wsi jest większa szansa na przetrwanie, bo można mieć swoje kury, a za domem uprawy, jeśli masz blisko do rzeki, to możesz łowić ryby, jak masz las, możesz latem zbierać jagody i jesienią grzyby. W jakiś sposób zbieractwo mamy w tradycji, tylko że zaczęliśmy się tego bardzo wstydzić. Robienie dżemów, robienie czegoś samemu, było w pewnym momencie wstydem. Woleliśmy z przyjaciółmi pójść na obiad do restauracji. To było w dobrym tonie, zwłaszcza w dużych aglomeracjach miejskich. Nie zapraszało się do domu, chyba że był to dom jak z żurnala, który trzeba było pokazać, ale wtedy najczęściej gospodynie nie gotowały same, tylko zamawiały catering.

Teraz mamy odwrotną sytuację. Kilka lat temu w Wielkiej Brytanii zaczęła się moda na pieczenie ciast i tortów. Program „The Great British Bake Off” na państwowym kanale BBC bije rekordy oglądalności. Ten sam program przyszedł do Holandii [„De heel Holland bakt”] i nagle okazało się, że największym show offem jest pieczenie swojego ciasta. Wczoraj oglądałam dziennik telewizyjny, pokazywali kolejkę w małej wsi na północy Holandii do wielkiego młyna, oczywiście z ludźmi stojącymi co półtora metra od siebie. Okazało się, że ludzie podczas lockdownu pieką. Moi przyjaciele, Holendrzy i Polacy, jeden za drugim wrzucają do mediów społecznościowych zdjęcia chlebów i ciast pieczonych z dziećmi. Potrafimy sami robić rzeczy, tylko do tej pory ich nie robiliśmy, idąc z falą społecznego przymusu pokazania się z metką.


Zielony Blok to ogród sąsiedzki na dziedzińcu krakowskiego bloku, powołany do życia w roku 2017 przez jednego z mieszkańców — Łukasza Szydłaka (na zdjęciu). Rosną tu w większości rośliny ozdobne, ale nie brakuje też ziół czy warzyw. Ogród uprawiany jest w sposób naturalny, bez stosowania środków chemicznych, wodę zapewnia zbierana deszczówka, infrastrukturę ogrodową dopełnia kompostownik.

fot.: Mateusz M. Kłagisz

Katarzyna: To też pokazuje jak bardzo ponadgraniczny jest to trend. Europa piecze. Produktem deficytowym w Polsce są właśnie drożdże, małe piekarnie zaopatrujące się w młynach też mają problemy z mąką.

Zuzanna: W momencie kryzysu nagle stajemy się zaradni. Miałam dziesięć lat, kiedy został wprowadzony stan wojenny i doskonale pamiętam, jak ludzie sobie wtedy radzili. Kiedy w sklepach nic nie było, jedliśmy przecież normalnie. W takiej sytuacji mamy mnóstwo inicjatywy, jesteśmy zaradni, pomagamy, dzielimy się, jesteśmy dobrzy. A jak jest nam dobrze, to zaczynamy się rozleniwiać, zazdrościć, wychodzą z człowieka najgorsze cechy.

Katarzyna: Mówisz o działaniach oddolnych. A co zrobić, aby szansy, jaką daje pandemia — na reset i zmianę reguł gry — nie zaprzepaścić?

Zuzanna: Potrzeba świadomych i mądrych włodarzy miast. Jeśli takich nie będzie, wszystko przepadnie. W Polsce jest takich kilku, zarządzają miastami już którąś kadencję — prezydent Krakowa, prezydent Gdyni czy Sopotu, tak było też z prezydentem Gdańska. Ludzie im ufają i dają im mandat wyborczy. Nie zapominajmy jednak o tym, kto tak naprawdę jest właścicielem miasta. Rząd? Urząd miasta? No właśnie nie — właścicielem miasta jest ten, kto płaci podatek w tym mieście. Wszyscy mieszkańcy miasta są współwłaścicielami miasta, a urząd miasta pełni tylko funkcję usługową. My wynajmujemy urząd miasta do tego, aby prowadził sprawy administracyjne naszego miasta. Co kilka lat wybieramy osobę, która całym tym majątkiem będzie zarządzać.

Urząd miasta często jednak zapomina o tym, że jest wyłącznie dzięki temu, że my — właściciele miejscy — płacimy podatki, i to oni są dla nas, a nie my dla nich. Każdy urzędnik miejski jest na usługach osób zamieszkałych w miastach, a nie odwrotnie. Niezrozumienie tej roli jest denerwujące. Myślenie tylko o wygraniu kolejnych wyborów i robienie tylko rzeczy kadencyjnych, na przykład otwarcie muzeum, nic poza tym, to żaden wyczyn. Miasto nie potrzebuje otwierać muzeum, niech otwiera je ministerstwo kultury przy współpracy z lokalnymi inicjatywami i biznesem (system PPP, Public Private Partnership). Mieszkańcy potrzebują lepiej zaprojektowanych przystanków, lepiej zaprojektowanej komunikacji miejskiej, więcej mostów (jeśli nasze miasto ma rzekę), lepiej oświetlonych ulic, równych nawierzchni, aby ciągle nie wpadać w dziury, sprawnie funkcjonujących urzędów. Dobrzy włodarze to rozumieją.


przydomowy kurnik i gołębnik w krakowskich Bronowicach (7 km od Rynku Głównego), obudowany nowymi osiedlami mieszkaniowymi

fot.: Katarzyna Jagodzińska

Katarzyna: Mnie się wydaje, że realizacja podstawowych potrzeb, które wymieniasz, i potrzeb kulturalnych wcale nie musi być rozłączna i dobrzy włodarze powinni zaspokajać je wszystkie. Muzeum, mimo że będzie służyć wszystkim mieszkańcom, na pewno wynika z potrzeb środowiska kultury. Poza tym są też muzea, o których utworzenie zabiegają na przykład mieszkańcy dzielnicy. Tak było w Krakowie z Muzeum Podgórza, które po dziesięciu latach starań powstało jako oddział Muzeum Krakowa, aby opowiedzieć historię dzielnicy Podgórze i stać się zwornikiem dla mieszkańców.

Zuzanna: Taką inicjatywę miejską jak najbardziej się chwali. Najgorzej jest, kiedy taki pomysł zostaje narzucony i realizowany z góry, na siłę.

Katarzyna: Dzisiaj w czasie lockdownu przestrzenie publiczne przestały funkcjonować — zamknięto parki i przestrzenie rekreacyjne, nie wolno było spacerować, gromadzić się. Czy te przestrzenie trzeba będzie teraz przedefiniować?

Zuzanna: Na pewno tak. Zewsząd płyną komunikaty, że na pewno do momentu, kiedy nie mamy lekarstwa i szczepionki, czyli prawdopodobnie do 2022 roku, będziemy mieli do czynienia z „ekonomią półtora metra”. To będzie dotyczyć wszystkich przestrzeni — parków, autobusów, banków, samolotów, kin, teatrów, restauracji, szkół czy muzeów. Wszystko będzie musiało być zaprojektowane z myślą o nowej rzeczywistości. Musimy zacząć się do tego przyzwyczajać. Nasze zachowanie — angielskie słowo behaviour lepiej to oddaje, bo obejmuje nie tylko zachowanie, ale też mentalność i kulturę — będzie dotyczyło zupełnie innej przestrzeni. Wnętrza restauracji będą musiały zostać przemeblowane lub przebudowane. W parkach trzeba będzie zabezpieczyć ławki albo też inaczej na nie spojrzeć. Pani prezydent Wiednia jeszcze przed świętami wielkanocnymi stworzyła nową przestrzeń ulicy w centrum miasta, którą współdzielą samochody, rowerzyści i piesi. Dopuszczalna prędkość to dwadzieścia kilometrów na godzinę.

Katarzyna: Warunki są różne. W Skandynawii jest większe rozproszenie. Miasta molochy są gęsto zaludnione, mają dużo wieżowców, mieszkania są niewielkie. Czy wszyscy, niezależnie od geografii, będą musieli zastosować się do ekonomii półtora metra?

Zuzanna: Wiadomo już, że nieprędko otworzą się północne Włochy, Nowy Jork czy część Hiszpanii. To poniekąd strzał w kolano, są zamknięci dla tych, którzy wjeżdżają z pieniędzmi — mówimy tutaj o hotelach, restauracjach, muzeach, czyli o turystyce. Prawie wszędzie mamy zabitą służbę zdrowia. To trzecia wojna światowa, główną siłą zbrojną nie jest tym razem wojsko, a służba medyczna. Tyle że myśmy służby medycznej nigdy do takiej sytuacji nie przygotowywali. Nigdy nie zarabiała tyle co wojsko i nie była strategiczną gałęzią państwa. Mamy wypalenia psychiczne ludzi, którzy pracują w szpitalach, mamy traumę. Na odbudowanie tego potrzeba będzie czasu. To podobne obserwacje do tych po 11 września. Zaczęliśmy wtedy obserwować ludzi z plecakami, staliśmy się wyczuleni na ludzi i sytuacje. Ktoś zostawił bagaż i pojawiała się ekipa saperów. Teraz musimy się przyzwyczaić do podobnych skutków w przestrzeni publicznej. Ludzie będą się omijać szerokim łukiem.

Katarzyna: To pierwsza tak globalna epidemia, ale na pewno nie pierwsza, która zatoczyła szerokie kręgi. Wcześniej był SARS, cały czas jest ebola. Czy z tych doświadczeń zostały wyciągnięte wnioski?

Zuzanna: Wiele krajów patrzy nie tyle na ebolę, co na hiszpańską grypę [1918–1920]. W Polsce hiszpanka nie miała aż tak tragicznych skutków, ale w Europie Zachodniej już tak. Żołnierze przywozili tę chorobę, wracając z frontu pierwszej wojny światowej. Cała Europa Zachodnia, Stany Zjednoczone i jeszcze wiele państw przechodziły bardzo ciężką epidemię. Ludzie nauczyli się wtedy social distancing, masek, mycia rąk. To była ogromna lekcja, także tego, że służba zdrowia jest ważną instytucją. Ale cóż, szybko o tym zapomnieliśmy. Służba zdrowia w ogóle miała odejść do lamusa, bo uwierzyliśmy w świętą technologię, która miała nas badać i leczyć. Lekcje zostały na pewno wyciągnięte w krajach, które się z tą epidemią zmagały. Ale wszyscy przygotowywali się raczej na zupełnie innego wirusa — cyfrowego. Mamy szczęście w tym całym nieszczęściu, bo mamy prąd, wodę, system bankowy, telefonię. To wszystko działa. Gdyby przyszedł wirus cyfrowy, to byśmy tego wszystkiego nie mieli.

Katarzyna: Niestety jedno nie wyklucza drugiego.

Zuzanna: Właśnie, może być jeszcze gorzej, więc cieszmy się z tego, co mamy. To brzmi absurdalnie, ale to mogło pochłonąć jeszcze więcej ofiar. Epidemiolodzy mówią teraz, że grypa korony będzie wracać co roku, a my po prostu będziemy się na nią uodparniać. Musimy się do tego przyzwyczaić. Koronawirus jest wynikiem globalizacji. Inne teorie mówią, że wraz z topnieniem lodowców czy pożarami, jakie miały miejsce w Australii, wirusy szukają nowych nosicieli.


ogród społecznościowy Motyka i Słońce na warszawskim osiedlu domków fińskich (Otwarty Jazdów); powstał w 2015 roku, skupia ludzi związanych z ekologią i miejskim ogrodnictwem facebook.com/motykaislonce

fot.: Maciej Lepkowski

Katarzyna: Teraz, kiedy nie możemy się poruszać i siedzimy w zamknięciu, okazało się dzięki technologii można załatwić bardzo wiele rzeczy i że wielu z nas może nadal pracować. Czy to ma szansę się utrzymać, gdy pandemia minie?

Zuzanna: Na pewno nastąpi weryfikacja sposobu pracy. Niektórzy pracodawcy zobaczą, że wiele rzeczy może się odbywać online. Duże linie lotnicze analizują rynek i przypuszczają, że najprawdopodobniej nastąpi weryfikacja kosztów i redukcja liczby lotów. Lufthansa właśnie postanowiła zamknąć podlegającą jej linię Germanwings. Czy będziemy pracować z domu, czy nie, będzie zależało od pracodawcy. Jeśli pracodawca jest jak ekonom na folwarku, uzna, że pańskie oko konia tuczy. Jeśli jest nowoczesny, świadomy i światły, to będzie szedł ludziom na rękę. Ważne dla niego będą szczęście, dobrostan i czas wolny, jaki ludzie mają, będąc w domu, bo mogą sobie sami ten czas rozłożyć — nie muszą pędem lecieć do pracy, tylko mogą w spokoju z dziećmi zjeść śniadanie, odprowadzić dzieci do przedszkola, a potem pójść z nimi dajmy na to do dentysty, a i tak swoją pracę wykonają. Są mądrzy zarządzający firmami, którzy doskonale sobie z tego zdają sprawę. Wolą mieć zdrowych psychicznie, wypoczętych i lojalnych ludzi, którzy będą dla tej firmy otwarci na wiele różnych rzeczy. Będą jej ambasadorami i będą się przyczyniać do rozwoju tej firmy. Jak traktujesz swojego klienta czy swojego pracownika podczas koronawirusa, tak ten klient czy pracownik będzie cię traktował po. To moment prawdy. Nie dotyczy to jednak firm produkcyjnych, czyli stanowisk przy produkcji.

Katarzyna: Żyjemy w czasie pandemii już dłuższy czas, w Europie to już ponad miesiąc. Ten czas pozwolił na snucie różnych scenariuszy świata po koronawirusie. Dyskutują wszyscy. Jakie miejsce w tych dyskusjach zajmują projektanci — dizajnerzy i architekci? Czy są ważną stroną tej dyskusji?

Zuzanna: Bardzo ważną. Projektant ma ciekawą rolę: jest tą osobą, która przenosi idee i myśli na rzeczywistość. Rola projektanta zmienia się tak, jak zmienia się rzeczywistość i potrzeby.

Katarzyna: Można zatem zaryzykować stwierdzenie, że do pewnego stopnia projektanci są odpowiedzialni za to, w jakim świecie żyjemy?

Zuzanna: W ogromnym. Jeśli stoisz na przystanku, który w czasie upału nie chroni cię przed słońcem, w czasie deszczu przed deszczem, a w czasie zimy przed zamiecią, to stoisz pod atrapą, a nie na przystanku autobusowym. Kiedy masz system zakupu biletów i ktoś nowy przyjeżdża do miasta i nie wie gdzie i jak kupić bilety, to znaczy, że usługa została źle zaprojektowana. Dla mnie najlepszy dizajn to taki, który jest niewidzialny. Nie widzisz go, bo działa. Widzisz, gdzie jest przystanek autobusowy, dzięki grafice informacyjnej wiesz, w jaki sposób autobusy i tramwaje jeżdżą. Nie musisz znać języka, widzisz i rozumiesz. Siła projektu jest ogromna. Jeśli nie musisz czytać instrukcji obsługi i od razu wiesz, jak coś działa, to jest to świetnie zaprojektowana rzecz, usługa czy rzeczywistość. Produkty i usługi wpływają na kształtowanie rzeczywistości, a ona kształtuje naszą świadomość i kulturę.

Katarzyna: Teraz wiele branż liczy straty. Rozmaite projekty i realizacje zostały wstrzymane. Czy po koronawirusie zawód projektanta przeżyje renesans, bo wiele rzeczy trzeba będzie zaprojektować na nowo?

Zuzanna: To jest dobre pytanie, tyle tylko, że mamy bardzo wiele nieświadomych firm, które nie będą nawet wymawiały słowa „projektant”. To będzie raczej „agencja reklamowa”, która to, co trzeba, zrobi szybko i najlepiej tanio. Dla mnie ważny tu jest angielski skrót ROI — return on investment. Najważniejsze jest to ostatnie słowo — „inwestycja”. Wielu polskich przedsiębiorców ma z nim problem, bo oznacza wydatek. Kiedy inwestujesz, nie oczekujesz natychmiastowego zwrotu. Firmy często oczekują natychmiastowego zwiększenia obrotów. Nie ma zwrotu z wydatku, jest tylko zwrot z inwestycji. Teraz okaże się, ile firm potrafiło zainwestować tak, aby przeżyć kryzys. Prawdopodobnie więcej jest firm, które na bieżąco wydawały pieniądze, aby pokazać, jakie są genialne, a to było ubierane w piękne słowa przez tuby marketingowe. Pojedyncze firmy zdecydowały się zainwestować w taki sposób, aby stać się elastyczną i organiczną firmą, która da sobie radę w każdej sytuacji.

Ale, co najważniejsze, nie musisz mieć teraz wszystkich odpowiedzi. To, czego potrzebujesz na ten moment, to: bądź ciekawy i otwarty na tyle, aby ciągle móc się uczyć.

rozmawiała: Katarzyna JAGODZIŃSKA

Głos został już oddany