Zobacz w portalu A&B!
Zostań użytkownikiem portalu A&B i odbierz prezenty!
Zarejestruj się w portalu A&B i odbierz prezenty

Ludzie się gapią!

10 października '22

Felieton z numeru A&B 07-08/2022

Niedawno znajoma dziennikarka umieściła na swoim koncie fejsbukowym wpis dotyczący sytuacji, której była świadkiem, ba, świadkinią. Otóż po grupowych ćwiczeniach jogi, w których brała udział, zobaczyła dziewczynę, która podeszła do chłopaka, mówiąc, co następuje (o ile dobrze pamiętam): „Czy my, aby się skądś nie znamy, bo pan się tak na mnie cały czas gapi?”.

Reakcja mężczyzny została w opisie pominięta, choć mogę się domyślać, że była to konsternacja, względnie „stary dobry” wstyd okraszony czerwonością lica. Dziennikarka zdarzenie skomentowała w tonie „ha, ale dogadała bezwstydnikowi!”.

Ot, mała scenka rodzajowa prosto z wnętrza bańki beztroskiej wielkomiejskiej klasy średniej, pomyślałby kto. Zaraz będą rozmawiać o rodzajach mlek roślinnych do flat white. Tymczasem, jako że szeroko rozumiana kultura wizualna i jej społeczne, tudzież obyczajowe, konteksty żywo mnie interesują, postanowiłem potraktować owo mikrotarcie na linii gapiący–gapiona jako punkt wyjścia do niniejszego felietonu.

Tu dodam, że felieton związany jest z wakacyjnym wydaniem A&B, a każdy, kto przeżył ciemną i zimną część roku w kraju północnym, wie, co oznacza w tych stronach powrót cieplejszej części wiosny i lata. Jeżeli pomyślicie „lody!”, „kłopot z bachorami!” albo „rodzinne wakacje, z których wraca się bardziej zmęczonym, niż wyjeżdżając na nie!”, to odpowiem, że owszem, tak, ciepła pora też jest na te tematy, ale prawdziwym leitmotivem jest, uwaga bracia i siostry: CIAŁO! A drugim, nieuchronnie jest na to ciało się GAPIENIE! Ciała celebrowanie, ciała chowanie, ciała wystawianie na ogląd ludzi przypadkowych, ale też ciała podsuwanie oczom osób bardzo konkretnych. Nieuchronnie ciało to też projekcja osobowości, ale też wstyd i hipokryzja służące narzuceniu kontroli i zneutralizowaniu cielesności. Ciało i gapienie się na ciała, w tym kompletnie ubrane, zdają się ulubionym passe-temps społeczeństw zdeprawowanych. W tej konkurencji wygrywają najprawdopodobniej Kalifornijczycy i Francuzi, ale nie bądźmy obłudni, są to również Kalifornijki i Francuzki. W wersji amerykańskiej rzeczy są oczywiście nieco mniej subtelne, niż w wersji łacińskiej, ale cóż, to Ameryka wymyśliła Pornhub, speed-dating i Tindera, a Francja Georges'a Bataille'a, Esparbec'a i ménage à trois. W obu wypadkach potrzebie gapienia się i wystawiania na ogląd gapiących towarzyszą nie tylko tradycje związane z zachowaniami, zwłaszcza z niepisanymi kodami postępowania, motoryką, mimiką i gestykulacją, ale również z warstwami decorum, od poziomu przyodziewku po „tło infrastrukturalne”.

Zapytacie, co to w ogóle ma wspólnego z planami miejscowymi, żelbetem i labiryntami rurek oraz przewodów, które sporej części społeczeństwa kojarzą się z architekturą albo z tematyką pism architektonicznych. Już tłumaczę: owo tło, które, podobnie jak wszystkie tu wymienione wymiary, jest narzędziem w „grze w gapienie”, to nierzadko dzieło projektantów. Często jest efektem ugruntowania jakiejś praktyki anonimowych ludzi, która podniesiona do poziomu tradycji i swoistego comme il faut staje się wytyczną dla architektów. Na potrzebie gapienia polega na przykład tradycja ustawiania krzesełek wzdłuż i plecami do elewacji baru, zazwyczaj narożnego, w każdym francuskim mieście z dziewiętnastowieczną zabudową. Niezależnie od tego, czy bar dysponuje szerszą przestrzenią na kolejne rzędy stolików, zazwyczaj najważniejszy i najbardziej oblegany jest właśnie rząd wzdłuż ściany. Dlaczego? Bo osoby, które pojedynczo lub w parach usiądą twarzą do ulicy zyskują dogodne miejsce do obserwowania bliźnich. Starzy kawalerowie i namiętne wdówki przy porannym espresso łypią więc z krzesełek na rącze dzierlatki albo na wyposzczonych marynarzyków prosto z rejsu. Pary zblazowanych consortes będą leniwie komentować, co się da, od nieudolnego mejkapu nastolatki po piwny brzuch sąsiada. To w tym rzędzie, często wygiętym wzdłuż zaokrąglonego narożnika dwóch elewacji kamienicy, ucierają się normy estetyczne i konfrontowane są z ulicą, czyli światem zewnętrznym, który przynosi mody głównego nurtu i subkultur, pozwala bezwstydnie wejrzeć nie tylko w dekolty, ale i w życie innych homo sapiens paradujących dla nas i przed nami. Co warte zauważenia, zaraz po tym, jak wstając od stolika, zostawimy garçon napiwek i wejdziemy na chodnik, sami stajemy się podmiotami, a może przedmiotami oglądu ludzi z kawiarnianych tarasów. Wtedy nieświadomie albo właśnie bardzo świadomie, jak prawdziwi flâneurs, będziemy światu prezentować nasze uroki, niespiesznie przechadzając się w odzieży stanowiącej reprezentację naszych gustów, osobowości, statusu społecznego i przekonań. A wokół nas sztafaż stanowić będzie zabudowa odpowiedniej dzielnicy, w której warto być widzianym. Każda glorieta, pilaster i zdobna brama powiedzą obserwującym, że są tłem dla naszej wspaniałej egzystencji. W całej tej scenie rządzić będą przymioty mieszczańskie: elegancja (luxe), dyskrecja (calme) i harmonijna pełnia (volupté). No i oczywiście hipokryzja, bo potrzebujemy jakiejś formy poduszki chroniącej nas przed dylematami wynikającymi z przestrzegania podwójnych, jeśli nie wielokrotnych standardów obyczajowych rozpiętych gdzieś między sferą prywatną i publiczną.

W wersji amerykańskiej uprawomocnioną przestrzenią „ekshibowania” i gapienia są zwłaszcza bulwary lub szerokie chodniki ciągnące się wzdłuż plaż w kalifornijskich Venice, Santa Monica i brazylijskiej Copacabanie. Relacja zbudowana jest między trzema liniowymi platformami: plażą, chodnikiem i ulicą. Ulica pozwala na powolną obserwację z pokładów wolno sunących pojazdów, często ostentacyjnych i również służących przyciągnięciu uwagi przechodniów i plażowiczów/plażowiczek. Chodnik, często szeroki i okraszony zielenią, najlepiej wysoką i o wąskich, nieblokujących spojrzeń pniach (polecam palmy cesarskie) to przestrzeń flâneurs z klasy pracującej. Ze względu na odległość od plaży i oczu jadących kierowców impulsy muszą tu być znacznie mocniejsze, niż na paryskim chodniku. Tu już jesteśmy w logice „Uczyć się od Las Vegas”: cokolwiek zadzieje się wzdłuż przestrzeni, którą jadą samochody, musi być podporządkowane percepcyjnym możliwościom ludzi w nich siedzących. Nawet jeśli połowa samochodów jest pozbawiona zawężających pole widzenia dachów. Każdy usmażony na słońcu idealny pośladek, połyskująca olejkiem i ledwie ograniczona bikini pierś czy naprężony biceps plażowego kulturysty (o zawartości jego g-stringów nie wspominając) jest odpowiednikiem totemów stawianych wzdłuż autostrad. Tyle że zamiast informowania o zbliżaniu się do stacji benzynowej czy fast-foodu informują nas one o możliwości flirtu, może nawet docelowej kopulacji, a w wersji light zapraszają do kontemplacji, bo w końcu nic tak dobrze nie działa na ludzkie kształty, jak bycie wylizanym oczami innych ludzi.

Chodnik to przestrzeń popisów idących dalej niż tylko zalotne paradowanie w negliżu, zazwyczaj umajone dodatkowym, choć pretekstowym przyodziewkiem, choćby w formie dżinsów sabrinek (to mi przypomina, że muszę sobie takie dżinsy przed sezonem sprokurować, uważając jednakowoż na wypadanie moszny). Na bulwarze kwitnie prawdziwy cyrk ekspresji wrotkarzy, mimów, ulicznych muzyków i break-dancerów filmowanych komórkami przez gawiedź i zawodowych tiktokerów. Tu tworzą się uliczne mody, które, przy dużej dozie szczęścia pójdą dalej w świat, byśmy mogli się nimi cieszyć rok później na plaży w Międzyzdrojach, ale również powstają tendencje, które mogą potencjalnie stać się estetycznymi znakami danej epoki, jak marmurkowe szarawary MC Hammera.

Teraz dochodzimy do clou programu, a więc samej plaży. Jeżeli mamy do czynienia z plażą szeroką, możemy zauważyć kilka rodzajów aktywności, z których tylko część jest niewinnymi działaniami „po prostu”, a większość wynika z potrzeby bycia widzianym/widzianą. Zresztą zarówno rudymentarne opalanie się z radiem tranzystorowym przy boku (środkowy pas plaży), granie w siatkówkę (pas przy chodniku), jak i droga do wody i z wody nie są pozbawione potencjału publicznej manifestacji. Każdy oddech, wciągnięcie brzucha i ruch włosów może nas upodobnić do obrazów widzianych w mediach. Stąpając po mokrym piasku, zmieniamy się więc w Pamelę Anderson albo Davida Hasselhoffa, choć większość z nas nie jest obrazami, ani nawet obrazy emitującymi zawodowymi aktorami. No i tu pojawia się kolejny wymiar tej historii, jako że nie jesteśmy już w XIX wieku, ani nawet w XX. Żyjemy w globalnym społeczeństwie spektaklu, którego istnienie uświadomił nam swoją książką Guy Debord, który już pod koniec lat 80. opisał relację między kulturą wizualną, rozwojem wszędobylskich mediów a przestrzenią, zwłaszcza przestrzenią miejską. Spektakl od tego czasu nabrał intensywności i przyspieszenia za sprawą dostępności indywidualnych narzędzi „unieśmiertelniania” i rozpowszechniania obrazów. Głównie za sprawą wynalazku internetu, mobilnych telefonów zaopatrzonych w coraz więcej kamer i mediów społecznościowych. Ten zestaw osiągnięć amerykańskiej myśli technicznej (DARPA, IBM, Motorola, FB i pokrewne) dał milionom nastolatek na całym świecie możliwość potwierdzenia sensowności ich istnienia poprzez wykonanie kilkudziesięciu selfie dziennie, którymi mogą i koniecznie muszą podzielić się z całym światem. Robią to zresztą też szacowni ojcowie rodzin, fotografując każde danie w restauracji w czasie urlopu i matrony uwieczniające każdy anielski dołeczek swoich pociech. I tak, na plaży ów spektakl spotyka się z sezonową „kulturą plażową”, której narzędziami są również artefakty, takie jak prysznice zewnętrzne, zestawy urządzeń do gimnastyki i fitnessu i przykryte słomą chiringuitos. Owe przybytki nieodmiennie są emanacją egzotyki, która ma stanowić sygnał szczęścia wynikającego z podróży ku słońcu, której to poddają się masy mieszkańców północy od czasów genialnego wynalazku Thomasa Cooka, który wymyślił w latach 40. XIX wieku kolejowe wycieczki objazdowe (bilet na pociąg plus nocleg plus jedzenie). W czasach Cooka tego typu bary powinny jednakowoż mieć decor à la Starożytny Egipt, jako że pierwsze organizowane przez niego zamorskie wycieczki trafiały do podbitego przez Koronę Brytyjską Egiptu. W wersji z epoki popularyzacji telewizji będzie to dla odmiany styl kula modern, czyli konstrukt na temat hawajskości, nieco analogiczny wobec naszego stylu zakopiańskiego. To w hotelach, rezydencjach i barach dekorowanych balami drewna rzeźbionego w totemiczne maski czarował damy w kolejnych filmach niezapomniany Elvis odziany w ukwieconą koszulę typu aloha shirt. Kurczę, chciałbym tak żyć!

Przy odpowiednim natężeniu zabudowy znajdującej się po drugiej stronie drogi dochodzi w wielu miastach nadmorskich i części miast nadrzecznych do spotkania logiki „paryskiej” z „kalifornijską”. W owym spotkaniu celują zwłaszcza miejscowości włoskie. Fetysz samochodu na dobre zagościł we Włoszech w epoce powojennego wzrostu gospodarczego i upowszechnienia urządzeń mechanicznych produkowanych przez tamtejszy przemysł w latach 50. i 60. XX wieku. To wówczas dzięki planowi Marshalla marki, które rozpoczęły swój żywot jeszcze za czasów Mussoliniego, mogły obsłużyć bogacącą się klasę średnią, a nawet klasę robotniczą. Od rowerów Bianchi i skuterów Vespa po Fiata 500 i luksusowe bolidy Ferrari czy Maserati. Ulice zapełniły się więc ucieleśnieniami marzeń i dowodami ich spełnień w postaci wszelkiej maści wehikułów, w i na których nażelowani chłopcy i panny w sukienkach w grochy à la Gina Lollobrigida mogli robić to, co Włosi robią najlepiej (wybaczcie mistrzowie renesansu!): szpanować. Włosi stali się nowoczesnymi centaurami przyrośniętymi do koni mechanicznych. W ten sposób powstała kolejna kategoria spektaklu odbywającego się w przestrzeni będącej skrajem jezdni i kawiarnianego tarasu. Z nią pojawiła się cała choreografia podjeżdżania, parkowania, zdejmowania kasku lub wystawiania nóg z kabrioletu, zasiadania na tarasie, najlepiej zacienionym i z widokiem na maszynę, którą się właśnie przyjechało. To Włochom zawdzięczamy motocykle typu café racer stworzone, by z przytupem (albo jak kto woli straszliwym pierdzeniem) ruszać spod knajpy. Oczywiście trzeba zaznaczyć, że Amerykanie też to wszystko mieli, ale Włosi mieli to molto piú bello.

No a cóż my mamy? My mamy swój język, bośmy nie gęsi przecie. Niestety żartuję: starając się przeszukać w pamięci jakiekolwiek oryginalnie polskie elementy kultury wizualnej związanej z gapieniem się i byciem obgapianym, nie przychodzi mi do głowy nic poza łypiącą na ulicę staruszką opartą o poduszkę w oknie. Nawet nieszczęsne podglądanie parafianek przez parafian (i vice versa) odbywa się też w innych krajach i kościołach różnych denominacji. No, może poza częścią krajów arabskich, gdzie obowiązuje surowe rozdzielenie płci. Skrutatorskie ocenianie bliźnich w czasie zakupów na bazarze też zobaczymy w dowolnym miejscu na świecie, z niefortunnym targiem w Wuhan włącznie. Mamy nawet francuskie bistrot, włoskie café racers i plaże, choć tu jest nieco oryginalniej ze względu na rodzimą „kulturę parawanu”.

A, no i przecież mamy naszą polską jogę, gdzie możemy, jeśli nas nikt nie przyłapie, podglądać ludzi w dziwnych pozycjach. Wyobraźcie sobie te wszystkie niemożebnie powyginane ciała w kolorowych ciuszkach ze spandexu, rysujące się pod skórą żebra i chude kości łonowe, tłuszczowe prucle i czerwone z wysiłku twarze ludzi zastygłych w jakiejś bardzo wymagającej asanie. Toż to wyżerka dla oczu! Chyba pójdę za sugestią znajomej dziennikarki i jednak zapiszę się na jogę.

 
Jakub Szczęsny

Głos został już oddany

Seria Austin – klamki do drzwi wewnątrzlokalowych
IC Project – narzędzie stworzone dla biura architektonicznego
Nowoczesne Biurowce – Trendy