Less is enough. Mieszkanie własne architektów z Pracowni 111

Dobrawa Bies
21 maja '21
Dane techniczne
Nazwa: mieszkanie własne
Lokalizacja: Polska, Gdynia
Pracownia: Pracownia 111
Architekci: Dominika Miąskiewicz, Tomasz Miąskiewicz
Powierzchnia: 68 m²
Zdjęcia: Hanna Połczyńska, kroniki.studio

Kalendarium:

  • projekt
  • realizacja

 

2015
2016-2020

W 2015 roku architekci z Pracowni 111 kupili od dewelopera trzypokojowe mieszkanie w Gdyni, będące na późnym etapie sprzedażowym — zaaranżowane i wykończone. Zastane problemy funkcjonalne i kompozycyjne spowodowały, że prace projektowe rozpoczęli od czystej kartki, czyli samego początku. O projektowaniu dla siebie, szczerości materiałów, zaufaniu i mocy pomysłów rozmawiamy z Tomkiem Miąskiewiczem.

Kuchnia
w drewnianej zabudowie

kuchnia przybrała formę drewnianej, wysuniętej szuflady

fot.: Hanna Połczyńska, kroniki.studio © Pracownia 111

Dobrawa Bies: Czy projektowanie dla siebie znacznie różni się od tego dla klienta?

Tomek Miąskiewicz: Dla nas jest to olbrzymia różnica. Sedno tkwi w zaufaniu. Etos architektów w Polsce nie jest zbyt wysoki. Utarło się wiele szkodliwych przekonań, jak choćby to, że architektoniczny dyskurs jest „kwestią gustu”, a „o gustach się nie dyskutuje” — czyli projektowanie jest ujmowane jako dziedzina mało poważna, nieobiektywna, daleka od sfery wiedzy. W sferze twórczej polscy inwestorzy są dość nieufni wobec architektów: patrzą na nas nie jak na fachowców w swojej dziedzinie, a raczej jak na stylistycznych konsultantów. Projektowanie wnętrz wkroczyło właśnie w nową erę globalnych, ulotnych i odtwórczych trendów — które stopniowo wypierają głębszą, autorską myśl projektową. Mam wrażenie, że jeszcze nigdy świat architektury wnętrz nie był tak bliski światowi mody — i mam tu niestety na myśli zakupy w sieciówce, a nie haute couture. Nie pomagają popularne media, które podsycają mitologię wciąż „nowych”, efektownie nazywanych „filozofii” i sezonowych stylów. Architekci, nęceni gotowymi inspiracjami wylewającymi się z coraz sprytniejszych przeglądarek, dość dobrowolnie rezygnują z twórczej samodzielności, chętnie przyswajając nowe, „płytkie” reguły i wygodne narzędzia pracy. Tworzone w ten sposób wnętrza są jednak zazwyczaj obarczone grzechami pierworodnymi: twórczą niekonsekwencją i bezrefleksyjnością, stylistyczną odtwórczością, słabością idei i nietrwałością efektu. Ostatecznie klienci po krótkim czasie czują niedosyt i obwiniają o to architektów. I moim zdaniem mają tu sporo racji.

Rzut mieszkania
w Gdyni    Fragment salonu mieszkania
w Gdyni

trzypokojowe mieszkanie od dewelopera zyskało zupełnie inny kształt

fot.: Hanna Połczyńska, kroniki.studio © Pracownia 111

Projektowanie dla siebie pozwala wyjść poza szufladkowo-obrazkowy sposób myślenia i rozmowy. Nie zaczynamy pracy od poszukiwania stylistyki, tylko ciekawych pytań i mądrych odpowiedzi na oznaczone problemy. Tu rozpoczyna się proces, który można porównać do zjawiska erozji: stopniowe odsłanianie się trwałego pomysłu, który początkowo nie posiada nawet graficznej formy. Ale gdy projektujesz dla siebie, to nie jest problem — nie masz obowiązku przedstawienia fotorealistycznych wizualizacji po dwóch czy trzech tygodniach. Jeśli idea jest silna, czujesz ją, wierzysz w nią i konsekwentnie ją rozwijasz, aż w końcu ją zobaczysz — od materiału posadzki po wybór sofy. Nagle okazuje się, że pomysł przybrał materiał i formę, stał się namacalny i przekonywający, wykształcił indywidualną stylistykę, której moc tkwi w wyczuwalnym związku z konkretnym ujęciem konkretnego miejsca. Żaden składnik projektu nie jest wówczas przypadkowy — możesz z łatwością wytłumaczyć genezę każdego detalu ani razu nie sięgając po trywialne i mało przekonywające: „tak jest ładnie”, „tak jest modnie”, „lubię taki kolor”, „widziałem coś takiego na Pintereście i mi się spodobało”. Cały żart polega tu na właśnie na tym, że nie zaczynasz od gotowego obrazu, inspiracji, przykładu, szybko skleconego wariantu przedstawionego komuś do oceny, a od czystej kartki i zaufania samemu sobie.

Korytarz
w gdyńskim mieszkaniu    Fragment kuchni

moc pomysłu, architektoniczna konsekwencja, materiałowa naturalność i szczerość opowieści to uniwersalne zasady architektów

fot.: Hanna Połczyńska, kroniki.studio © Pracownia 111

Dobrawa: Jakie były założenia i inspiracje projektowe?

Tomek: Gdybyśmy sześć lat temu (bo wtedy zaczęło się projektowanie) wyszli od jakichkolwiek skonkretyzowanych inspiracji, dziś mielibyśmy pewnie heksagony w łazience i ochotę na remont. Był jeden, prosty i oczywisty postulat — czyli jak najmądrzej zagospodarować konkretną przestrzeń deweloperską dla 4-osobowej rodziny. Początkowo nie wiedzieliśmy nawet, ile będziemy mieć pokoi — bo najpierw musieliśmy sobie odpowiedzieć na pytanie o naszą definicję słowa „pokój”. Od czego zatem wyszliśmy? Od kilku uniwersalnych zasad, którymi zawsze się kierujemy: mocy pomysłu zrodzonej z dobrze postawionych pytań, architektonicznej konsekwencji postawionej przed pokusą łatwego dekoratorstwa, materiałowej naturalnościszczerości opowieści.

Dobrawa: Proszę opowiedzieć o rozwiązaniach projektowych oraz o meblo-kubikach.

Tomek: W projekcie naszego mieszkania zaczęło się oczywiście od ścian działowych. Jednak nie chodziło o to, jak je poprzesuwać lub pomalować. Pierwsze pytania miały zabawnie banalne brzmienie: Po co są ściany? Co pociąga nas w otwartych przestrzeniach? Czym właściwie jest wnętrze bez ścian, a czym sama ściana? Zgodziliśmy się, że aranżacja od dewelopera była zła i zaczęliśmy od pustej kartki. Pokusa, by po wyburzeniach tak już zostawić, przyszła natychmiast. O ile jednak awangardowe, jednoprzestrzenne lofty zawsze nas pociągały, uznaliśmy, że pewne funkcje po prostu chcemy wydzielić — dla nas łóżko i wanna w salonie to utopia. Pozornie błahe pytania zaprowadziły nas do tego kluczowego: Czy można zjeść ścianę i mieć ścianę?

Meblo kubiki,
biblioteczka    Kubiki w mieszkaniu
w Gdyni

trzy meblo-kubiki aranżują przestrzeń

fot.: Hanna Połczyńska, kroniki.studio © Pracownia 111

Tak przyszedł pomysł trzech meblo-kubików, luźno ustawionych w otwartej przestrzeni. Białe pudełko mieści sypialnię i wielki regał w salonie. Drewniane wchłonęło szafy przy wejściu, pralnię, instalacyjne szachty i kuchnię, która przybrała formę wysuniętej szuflady. Czarne zawiera łazienkę i sypialnianą wnękę w przestrzeni dzieci. Do tej ostatniej prowadzi wąski przesmyk — zamykany nie drzwiami, a ruchomym panelem, który w dzień chowa się w obudowie sypialni, wpuszczając trochę światła do strefy wejściowej.

Usunęliśmy także tynk ze stropu, odsłaniając najpiękniejszy beton, jaki istnieje — czyli nie taki ze sklepu, tylko ten, który dostaje się wraz z budynkiem. Betonową posadzkę dobraliśmy tak, by była dla stropu lustrzanym odbiciem. Obie płaszczyzny tworzą czytelną obudowę przestrzeni, nadając jej ciągłość. Z żelazną konsekwencją potraktowaliśmy wszystkie obudowy kubików: własnoręcznie dobraliśmy, bezsęczną sklejkę sosnową oraz panele z olejowanego lub lakierowanego MDF. Pomieszczenia zrosły się z meblami w nierozerwalne hybrydy, więc granice między dwiema skalami zostały ostatecznie zniesione. Elegancko wykończone kubiki nigdy nie spotykają się z betonowym tłem „na styk”, oddzielone od podłogi i stropu wąskimi szczelinami, przypominają obiekty ruchome, które można bez wysiłku przesunąć w inne miejsce.

Fragment salonu    Meble z IKEA

IKEA to ulubione targowisko projektantów

fot.: Hanna Połczyńska, kroniki.studio © Pracownia 111

Dobrawa: W mieszkaniu dominują jasne kolory, geometria i... meble z IKEA. Skąd taka decyzja projektowa?

Tomek: Zgodnie z przytoczoną wyżej filozofią projektowania, w doborze wykończeń kierowaliśmy się raczej architektoniczną logiką i materiałową szczerością, niż rozmową o ulubionych kolorach. Kolorystyka jest w dużej mierze wynikowa i właściwie wcale nie są to same jasne barwy — korytarz jest wręcz nieco mroczny, czego nie waham się przyznać. Projektując to wnętrze, konsekwentnie realizowaliśmy przestrzenną opowieść, w którą uwierzyliśmy na początku pracy. Wobec tego mogę nieco przewrotnie powiedzieć, że na kolorystykę nie mieliśmy wielkiego wpływu — była ona jakby spredefiniowana i należało ją po prostu odgadnąć. W życiu jesteśmy minimalistami, a w pracy — architektami, więc również we wnętrzach architektoniczną logikę zawsze stawiamy przed dekoratorstwem. Stworzyliśmy więc dla siebie przestrzeń wytchnienia: prostą, jednorodną, logiczną, wolną od imitacji, wypełnioną materiałami, na które lubimy patrzeć i których lubimy dotykać. I tylko nimi, bez zbędnych ozdób. Kochamy naturę — zaprosiliśmy ją zatem do domu, na przykład samodzielnie montując za łóżkiem sosnowe deski, które pięknie pachną nam do dziś. I właściwie tylko one zdobią naszą sypialnię Dobór mebli i „luźnych” detali jest dla nas trochę jak posypanie dobrze przyrządzonego dania garścią aromatycznych ziół — bardzo przyjemna czynność wieńcząca dzieło, pod warunkiem, że najpierw powstało smaczne danie. Żartobliwie powiem, że IKEA to nasze ulubione targowisko — z masą ziół wystawionych w wielkich workach przed sam nos. Niektóre z tych worków kryją prawdziwe skarby w dobrych cenach. Ale, jak to zwykle na takim targu, trzeba mieć naprawdę wyrobiony węch, by samodzielnie odnaleźć to, co naprawdę dobre. Jakaż jest jednak satysfakcja, gdy nam się to uda! Powracając ze świata kulinariów, na którym w sumie się nie znam, do świata designu: Ilse Crawford, HAY, Tom Doixon, Virgil Abloh, Chris Stamp — to argument dla snobów i niedowiarków, którzy nie wierzą, że na targowisku można znaleźć najwyższą jakość.

Korytarz
w mieszkaniu    Wnętrze łazienki

architektoniczną logikę autorzy zawsze stawiają przed dekoratorstwem

fot.: Hanna Połczyńska, kroniki.studio © Pracownia 111

Dobrawa: Jak mądrze zaaranżować przestrzeń, aby zachować spójność wizualną?

Tomek: Każdy architekt ma swój własny, ulubiony przepis na mądre projektowanie, który sprawdza się w jego twórczości. Myślę, że uniwersalny kodeks nie istnieje. My lubimy zaczynać od poszukiwania celnych spostrzeżeń, mini-odkryć, oddających istotę danego miejsca i jego problematykę. To z nich wyłania się pomysł wart konsekwentnego poprowadzenia przez wszystkie warstwy projektu. Szukając go, warto odrzucić aksjomaty i przyzwyczajenia, bo to przez nie tracimy czujność. Nie można spieszyć się z odpowiedziami, dopóki nie postawimy szeregu podstawowych, pozornie trywialnych pytań. Istnieje bowiem mnóstwo skrótowych zasad, które często są pomocne, ale nigdy nie należy im bezrefleksyjnie ufać. Zwróćmy uwagę choćby na Pani pytanie: już w nim mamy założenie, że dobrze zaaranżowana przestrzeń ma być wizualnie spójna. A co jeśli będziemy kiedyś projektować w miejscu, w którym lepiej będzie podzielić przestrzeń na zupełnie odrębne światy? Takie miejsca istnieją i warto je dostrzec, gdy przyjdzie nam kiedyś projektować w jednym z nich — a wizualna spójność jest jedynie jedną z możliwych do przyjęcia ścieżek. Oto kilka przykładów popularnych półprawd, które w gruncie rzeczy są całkiem zabawne: „biały sufit jest lepszy, bo optycznie podwyższa wnętrze” (czyli najlepsze wnętrza to te z lustrami na sufitach), albo: „białe jest gorsze, bo bardziej się brudzi” (dwa powszechnie uznane wyjątki od tej zasady to wytwórnie mąki oraz ceramika łazienkowa). Moja ulubiona, z dziedziny architektury kubaturowej: „tynk na ścianie jest lepszy od drewna, bo drewno brzydko się starzeje” (trwałość estetyki tynków, sięgająca nawet dwóch sezonów, jest przecież legendarna — a tynki białe najwyraźniej dołączyły ostatnio do wyjątkowego grona uwielbianych przez Polaków, białych wyjątków z taryfą ulgową, na czele z ceramiką łazienkową).

Dobrawa: Dziękuję za rozmowę.

 

rozmawiała : Dobrawa Bies

Głos został już oddany

okno zamknie się za 5

Velux ArchiTips
FAKRO Innoview