Kuba Snopek i Jakub Szczęsny gośćmi kolejnego spotkania w cyklu #NOWE TRENDY W ARCHITEKTURZE
NOWE TRENDY W ARCHITEKTURZE. Cykl rozmów LIVE
expand

Gdzie kuca Polska?

Kuba Głaz
22 lutego '22

Tak bardzo nam tęskno do słonecznego Południa, że własną ziemię traktujemy jak tymczasowy meldunek. Podobno przez brak słońca. Musimy być bardzo wrażliwi, bo na przykład Holendrzy jakoś nie mają tego problemu.

„Polska leży nad Morzem Śródziemnym” — powtórzył miesiąc temu za Parandowskim Kuba Szczęsny i rozmarzył się w sprawie najbliższej gwiazdy oraz ciepłych krajów: „A kiedy w styczniowy, ciemny poranek dopadnie cię czarna wściekłość (…) wtedy możesz zamknąć oczy i przypomnieć sobie fioletowe cienie. Cykady. Pnącza na pergoli. Smak winogron. Grubą poduszkę ciepłego powietrza. (…) I twój okrągły, szczęśliwy pyszczek dziecka w słońcu”.

Recepta w dechę, sam tak czasem robię, żeby odgonić polski styczeń oraz potworności, które ujawnia. Dotyczy to i polityki, o której pisał Szczęsny, i przede wszystkim — przestrzeni, z którą zamiast się jakoś przyjemnie ułożyć mamy od wieków kosę. Tak jesteśmy obrażeni na okoliczności przyrody, że traktujemy krajobraz per noga, zagracając go formami oderwanymi od rzeźby terenu, historii, pogody i logiki. Brak słońca rekompensujemy wściekłą żółcią elewacji. Zapóźnienie okadzaliśmy biedamodernizmem. Z zerwaną tożsamością miały nas fastrygować postmodernistyczne wygibasy. 

Szczęśliwe pyszczki zmieniają się zatem w pyski zaraz po opuszczeniu czarteru przybyłego z namiastki nigdy nieposiadanych słonecznych kolonii: „polskiej strefy” gdzieś w Turcji lub Egipcie. „Polacy są tak agresywni, a to dlatego, że nie ma słońca nieomal przez siedem miesięcy w roku, a lato nie jest gorące” — skandował dawno temu Kazik. Coś jest na rzeczy, ale, zaraz, zaraz, spójrzmy w statystyki: słonecznych godzin jest w Polsce rocznie przeciętnie tysiąc sześćset. Podobnie, jak w Królestwie Niderlandów, gdzie — na dokładkę — wicher robi to, co u nas w Kieleckiem. Holendrzy jednak jakby mniej ponurzy, bardziej konstruktywni, przyjemniejsi w obyciu. Nie obrazili się na nudny krajobraz. Zagospodarowali go pierwszorzędnie, poukładali się jakoś i z trudnymi warunkami, i z pogodą, a morze nie tyle zaślubili, co przerobili na stały ląd. 

Już czterysta lat temu, w czasach kolonialnych, urządzili się u siebie na tyle wygodnie, że mało komu chciało się opuszczać kraj w poszukiwaniu lepszego życia, nawet jeśli nogi trzeba było grzać na podnóżkach opalanych torfem, stawy wykręcała wilgoć, a wiatr zrywał czarne kapelusze znad twarzy, które do dziś patrzą na nas z niderlandzkich obrazów. Zmalowali zresztą tych płócien Holendrzy tysiące i one również dowodzą, że docenili, co mieli. Urok mają i chmurne północne krajobrazy, i zimowe pejzaże, i statki poniewierane sztormem, i miejskie sceny rodzajowe. Owszem, są i fikcyjne landszafty z górami, które wyobraźnia malarza przeniosła z wędrówek po południu Europy, ale nawet ten krajobrazowy import nie obrósł we włoskie landrynkowe barwy. Holendrzy mocno trzymali się realiów. 

Kiedy byłem gówniarz, zimową pociechą były mi zatem raczej nie abstrakcyjne wspomnienia lata, ale właśnie albumy z holenderskimi obrazami. Nadawały szarym miesiącom sens, pokazywały, że można oswoić mizerny krajobraz, zaczarować, zapełnić porządnymi miastami i architekturą, znaleźć piękno w kiepskim świetle. A jeśli trzeba odskoczni, to jest wyobraźnia. Od Boscha chyba się uzależniłem.

Po obrazach przyszedł real. W połowie lat 80., wciąż jako dzieciak, doświadczyłem, na chwilę, Holandii na żywo. Od razu poczułem się jak trzeba. Poukładane wsie i miasta, domki małe, ale przytulne, ludzie otwarci, ale bez służalczej gościnności. Przybytki kultury skromne, przyjazne, funkcjonalne. Kościoły nie o woni stęchłej myszy, a pachnące kawą dla gości. Ciepłe światło na ulicach i we wnętrzach, w sam raz, by oswoić zimowe miesiące. Wszystko, jak to w Holandii, dopieszczone, czasem za bardzo, ale — zero lukru. Spójne z niebem, wodą i krajobrazem. Płaską, nudną ziemię udało się Holendrom okiełznać modelowo, bo wzięli życie serio, nie roją sobie, jak my, że żyją we Włoszech. Ich skrawek ziemi to nie chwilowy przystanek, a stały meldunek. Stały, na ile pozwoli jeszcze klimat. 

Na razie Holendrzy trzymają się mocno. Pisze o nich z podziwem Piotr Oczko we właśnie wydanym wspaniałym zbiorze esejów „Pocztówka z Mokum”. Co kilkanaście stron docenia niderlandzkie wyczucie formy, barwy, podejście do przestrzeni i zieleni.

Gdy jestem w Amsterdamie robię na piechotę około dwudziestu kilometrów dziennie — pisze Oczko — w Krakowie zaś z uporem siedzę w domu. Po co mam się denerwować, patrząc na wszechobecne graffiti, szmaty z reklamami i brudne okna? 

Może zatem jakoś skopiować tę Holandię? Cóż, nie tacy próbowali. Oczko przypomina fascynację Niderlandami, której doświadczył car Piotr I podczas swojej słynnej europejskiej study tour. Siedział w tej Holandii, niby incognito, podglądał, najął się nawet jako robotnik, by wykorzystać doświadczenia podczas budowy Petersburga. Ale coś poszło bokiem. Zerknijmy do „Listów z Rosji” z 1839 roku pióra markiza Astolphe’a de Custine. Coraz bardziej przerażony Rosją nazwał jej stolicę „granitowym obozem”. Nieludzka skala obezwładniła go na równi z nierozumnym importem wzorów z południa Europy nieprzystających do klimatu i krajobrazu. 

Oddajmy mu zresztą głos:

Półkole gmachów robi (…) wrażenie chybionego amfiteatru antycznego; trzeba nań patrzeć z daleka, z bliska widzimy tylko dekorację tynkowaną na nowo co roku, by naprawić szkody wyrządzone przez zimę. Starożytni budowali z niezniszczalnych materiałów pod przychylnym niebem — tu, bez względu na klimat niszczący wszystko, wznosi się pałace z drzewa, domy z desek, świątynie z gipsu.

Zmutowane Włochy i Grecja! Żadnej Holandii — zapewne zbyt skromnej i dalekiej od architektonicznej pompy. Najwyraźniej Rosjanie obrazili się na swoją rzeczywistość i postanowili ją pozaklinać. Ta obraza na północne realia rymuje się z czymś rodzimym.

O tak pożądanym przeszczepie holenderskiego myślenia trudno jest zatem marzyć i u nas. Niderlandy też byśmy sobie pewnie przetłumaczyli bez głowy. Zresztą kto wie, czy kanał (w końcu rzecz holenderska) w Mierzei Wiślanej nie jest tego dowodem. Polska myślami leży nad Morzem Śródziemnym. Nad poślubionym przez siebie Bałtykiem tylko kuca i robi to, co czasem robi się w przykucu. Kupę — dziwnych rzeczy: fioletowe cienie pensjonatu w Mielnie, grubą poduszkę ciepłego powietrza ze smażalni flądry.

Gdybym był Bałtykiem, dawno wniósłbym o rozwód.

Jakub Głaz

Głos został już oddany

Klasyczny urok drewna – profile okienne VEKA SPECTRAL
Stal COR-TEN®. Naturalne piękno
Okna, drzwi – trendy 2022