computer zapisz w ulubionych

Wciąż bardziej obcy

30 marca '21

Z jednej strony odnowiony Zamek Cesarski, z drugiej — niszczejąca dawna synagoga. W poznańskim podejściu do dziedzictwa innych kultur nie brakuje paradoksów oraz przemilczeń. Poniemiecka architektura ma się znacznie lepiej niż nieliczne ślady obecności Żydów.

W zeszłym roku, w chwilach wolnych od lockdownu poznaniacy podziwiali świeżo odrestaurowane wnętrza dawnego Zamku Cesarskiego. Zachodnie skrzydło zostało pieczołowicie odnowione i tworzy udaną całość z główną częścią zamku przebudowaną we współczesnym duchu osiem lat temu (proj.: Toya Design). Jeszcze wcześniej odnawiano zamkowe elewacje.

O zamek zadbano perfekcyjnie, mimo że jego pierwotna funkcja była wymierzona w polskie społeczeństwo. Ogromna neoromańska rezydencja dla cesarza Niemiec z 1910 roku (proj.: Franz Schwechten) miała podkreślać pruskie panowanie na wschodzie. Z kolei w czasie II wojny światowej zamek szykowany był na rezydencję Hitlera. Niemcy przebudowali go wtedy, a historyzującym dotąd wnętrzom nadali ciężkie formy bliskie berlińskiej Kancelarii Rzeszy.
Mimo symboliki zamek nie podzielił losów zburzonego soboru Aleksandra Newskiego w Warszawie. Ocalał — zarówno po zaborach, jak i po ostatniej wojnie, choć od 1945 roku — z wieżą okrojoną do 75 metrów. Wygrały względy praktyczne doprawione godnościowym sosem. W 1934 film o Poznaniu donosił:

obcy nam duchem gmach dawnego zamku cesarskiego […] stał się symbolem sprawiedliwości dziejowej, mieszcząc salony reprezentacyjne pana prezydenta Rzeczpospolitej, a na parterze — Collegium Maius uniwersytetu.

Po wojnie naukowcy i prezydent ustąpili pola Miejskiej Radzie Narodowej, a potem — kulturze. Od lat 60. w zamku działał Pałac Kultury, a od lat 90. — Centrum Kultury Zamek. Dzięki tej funkcji oraz bardzo interesującej ofercie ciężki gmach został oswojony i nie budzi już złych skojarzeń. Przeciwnie — mieszkańcy go lubią i są ciekawi jego historii oraz tajemnic.

        

zamek podczas festiwalu Ethno Port

fot.: Jakub Głaz

Skoro przetrwał zamek, to jeszcze łatwiej miały inne reprezentacyjne gmachy w jego sąsiedztwie zbudowane również po 1900 roku w ramach modernizacji i rozbudowy miasta. W II RP nikt poważnie nie myślał o burzeniu neoklasycystycznego niemieckiego teatru, neorenesansowego gmachu Akademii Królewskiej, Domu Ewangelickiego, czy nawet neobarokowej siedziby Komisji Kolonizacyjnej — instytucji służącej zniemczaniu Wielkopolski. Przed wojną Polacy znali pochodzenie tych obiektów, mieli do nich emocjonalny stosunek, ale uznali je za własne. Natomiast po wojnie nie tłumaczono zbyt dokładnie młodym pokoleniom, skąd wzięły się w mieście zabytki tak chętnie powielane na pocztówkach i w albumach.

Przez dekady milczeniem pomijano również genezę zwyczajniejszej architektury śródmieścia, historycznych dzielnic: Jeżyc, Wildy i Łazarza oraz willowego Sołacza. Już wspomniany film z 1934 roku pokazywał kamienice sprzed pierwszej wojny jako dzielnicę o

typowo współczesnej architekturze [która] zamyka obraz architektury nowego Poznania […] twierdzy polskości na zachodnich rubieżach RP.

Nie znaczy to jednak, że oswojone poniemieckie domy, szkoły czy urzędy były wtedy oceniane pozytywnie. Ich „ciężkim” lub „przeładowanym” formom przeciwstawiano nowe polskie budynki sięgające po wzorce z renesansu, baroku i klasycyzmu, art déco, a od lat 30. — architekturę umiarkowanego modernizmu. Zresztą już w czasie zaborów polscy inwestorzy zatrudniali chętniej rodzimych architektów, w tym najsłynniejszego — Rogera Sławskiego, których dzieła odróżniały się od eklektycznych czy secesyjnych realizacji niemieckich kolegów po fachu.

Przez dekady złą prasę miały też budynki o klinkierowych elewacjach. Niezależnie od formy i jakości, określano je mianem „pruskich”, często tynkowano i unikano podobnych rozwiązań w nowych obiektach. Jeszcze w latach 90. architektka, która obłożyła cegłą swoją postmodernistyczną plombę, została zrugana przez starszych kolegów za „prusackie” ciągoty. Klinkier został w zasadzie „odczarowany” i uznany za swojski dopiero podczas budowy Starego Browaru (proj.: Studio ADS, 2003, 2007), którego nowe elewacje, nawiązując do historycznych, zalało morze cegieł.

Stary Browar – mury licowane klinkierem; widok od strony parku DąbrowskiegoStary Browar – mury licowane klinkierem; widok od strony parku DąbrowskiegoStary Browar – mury licowane klinkierem; widok od strony parku Dąbrowskiego

Stary Browar – mury licowane klinkierem; widok od strony parku Dąbrowskiego

fot.: Jakub Głaz

Niemieckiej architektury nie poważał również Władysław Czarnecki — ceniony architekt i urbanista rodem ze Lwowa, który w latach 30. stał na czele Wydziału Rozbudowy Miasta. Szybko jednak docenił niemiecką urbanistykę, która ukształtowała większą część ówczesnego Poznania. Przyswoił jej zasady i twórczo je rozwijał. Dziś znaczna część poznaniaków tęskni zarówno za poniemieckim ładem, jak i architekturą. Dość powiedzieć, że w 2020 roku coroczną nagrodę Jana Baptysty Quadro za najlepszą nową (!) realizację, jury przyznało… rekonstrukcji kamienicy z przełomu XIX i XX wieku (proj.: CDF Architekci), która kilka lat wcześniej runęła w katastrofie budowlanej.

zbudowana od nowa kamienica przy ul. Ogrodowejzbudowana od nowa kamienica przy ul. Ogrodowejzbudowana od nowa kamienica przy ul. Ogrodowej

zbudowana od nowa kamienica przy ul. Ogrodowej, której elewacje są rekonstrukcją oryginału (proj.: CDF Architekci)

fot.: Jakub Głaz

Niemal zerowym sentymentem poznaniacy darzą natomiast bardzo słabo uświadomioną architekturę z okresu okupacji. Niewielu zdaje sobie sprawę, jak dużo Niemcy zbudowali lub przerobili w „alte deutsche Stadt Posen”. Zrealizowali wtedy między innymi przyzwoite osiedla mieszkaniowe na Jeżycach, Dębcu, Grunwaldzie i Sołaczu. Natomiast Polakom wysiedlanym z kamienic postawili na peryferiach baraki. Wiele stało jeszcze kilka lat temu, w niektórych — o zgrozo — poznaniacy mieszkają do dziś.

baraki dla Polaków z czasów II wojny światowej przy ul. Opolskiejbaraki dla Polaków z czasów II wojny światowej przy ul. Opolskiejbaraki dla Polaków z czasów II wojny światowej przy ul. Opolskiej

baraki dla Polaków z czasów II wojny światowej przy ul. Opolskiej

fot.: Jakub Głaz

Podczas wojny rozpoczęła się też regulacja Warty i przebudowa Starego Miasta oraz Chwaliszewa. Niemcy przerobili też nie tylko własny zamek, ale nawet kamienice i hotel z czasów zaborów przy placu Wolności uznając ich formy za zbyt fantazyjne i nie dość narodowosocjalistyczne. Dokonali nawet uproszczonej sanacji fasad kamienic Starego Rynku, o czym pomarzyć mogli tylko przedwojenni orędownicy podobnego rozwiązania.

Najbardziej spektakularną i zarazem barbarzyńską przeróbką była natomiast przebudowa Nowej Synagogi na Starym Mieście. Niemcy uprościli i obniżyli okazały gmach o cechach neoromańskich i neomauretańskich z 1907 roku (proj.: Julius Senft, Gotthold Riegelmann) przerabiając go na miejską pływalnię. Po wojnie Polacy, bez większych wyrzutów sumienia, kąpali się w dawnej bóżnicy aż do 2011 roku.

        

dawna synagoga

fot.: Jakub Głaz

Wreszcie — i tu dochodzimy do spraw do niedawna niemal przemilczanych — okupanci utworzyli nowy akwen rekreacyjny (dzisiejsze jezioro Rusałka) na Golęcinie oraz rozpoczęli budowę podobnego zbiornika na Malcie (ukończonego po wojnie; dzisiejsze jezioro Maltańskie). Oba wybudowano rękami więźniów, przede wszystkim żydowskich. Brzegi i dno Rusałki umocniono macewami ze zlikwidowanego żydowskiego cmentarza. I tak od 75 lat poznaniacy wypoczywają tuż przy ukrytych pod wodą nagrobnych płytach.

Widać zatem wyraźnie, że nieliczne ślady obecności Żydów w mieście mają się znacznie gorzej niż obiekty stawiane przez ich prześladowców. Przez lata ani samorząd, ani środowisko historyków lub architektów nie postawiło stanowczo sprawy dawnej synagogi. Do niedawna gmach należał do gminy żydowskiej, ale ta nie poradziła sobie z zagospodarowaniem zdesakralizowanej świątyni na Centrum Judaizmu i Tolerancji. Ze strony lokalnych władz nie popłynął jednak czytelny i stanowczy sygnał, by partycypować w odnowie budynku. Gorzej: znany historyk sztuki (i prawicowy polityk) Marcin Libicki zaproponował w 2006 roku, żeby gmach wyburzyć, bo był narzędziem Kulturkampfu i miał na celu „umniejszenie przejawów wpływów polskich i katolickich w mieście”.

Po fiasku ambitnych pomysłów gminy żydowskiej media informowały o planach urządzenia w dawnej synagodze hotelu. Wyciekały wstępne i niezbyt udane wizualizacje adaptacji. Nawiązywano w nich do pierwotnej formy bóżnicy, jednak bez prób dosłownej rekonstrukcji. Ostatecznie gmina sprzedała w 2019 roku budynek prywatnej firmie, ogłaszając, że powstanie w nim Muzeum Żydów Wielkopolski. O muzeum niewiele wiadomo, natomiast nabywca zlecił opracowanie kolejnej wersji projektu hotelu. Sprawa się wlecze, tylko budynek niszczeje coraz szybciej.

dawna synagogadawna synagogadawna synagoga

dawna synagoga, widok od strony ul. Wolnica

fot.: Jakub Głaz

Władzom miasta nie spieszy się też z wydobyciem potłuczonych macew z jeziora Rusałka. Dwa lata temu sprawie nadali rozgłos działający społecznie Maciej Krajewski i Aleksander Przybylski. Zaapelowali o wydobycie wszystkich tablic, ale — jak dotąd — z Rusałki płyty wyławiane są sporadycznie, gdy opada poziom wody. W zeszłym roku część trafiła wreszcie do lapidarium przy ulicy Głogowskiej, obok terenu żydowskiego cmentarza zlikwidowanego przez Niemców i zajętego potem przez targi.

A co z apelem społeczników? Samorząd jest „za”, ale studzi zapał, tłumacząc się brakiem finansów oraz skomplikowanym charakterem przedsięwzięcia. Na razie, we wrześniu zeszłego roku, nad brzegiem jeziora społecznicy doprowadzili do ustawienia pylonu informującego o historii Rusałki. Opłacili go pieniędzmi z internetowej zbiórki.

 
Jakub Głaz

Głos został już oddany

okno zamknie się za 5

Odkryj przyszłość już teraz: platforma cyfrowa GROHE X
Advertisement
Odkryj przyszłość już teraz: platforma cyfrowa GROHE X