computer zapisz w ulubionych

O architekturze i namiętnościach — z Jakubem Szczęsnym rozmawia Małgorzata Tomczak

Małgorzata Tomczak
10 marca '21

Małgorzata: Uważasz, że czas skierować naszą uwagę poza wielkie miasta, bo te są Twoim zdaniem „zepsutym owocem populizmu”?

Jakub: Myślę, że w ogóle jesteśmy zepsutym owocem i to nie tylko populizmu, ale i neoliberalizmu i złogów nibysocjalizmu, z którego zostały nam takie cuda, jak ZUS. Dziś Polska wydaje mi się przestrzenią pozostałości po poprzednich systemach. Problem polega na tym, że wszędzie, nie tylko w Polsce, w ostatnich trzydziestu latach tak bardzo skupiliśmy się na wielkomiejskim samouwielbieniu, że zupełnie straciliśmy z oczu ludzi żyjących w mniejszych ośrodkach i na wsi. Daliśmy się nam samym zakląć w bąblu konsumpcyjnej i lajfstajlowej sublimacji, tracąc jakiekolwiek zainteresowanie losami milionów Polaków, których bardzo łatwo było przejąć populistom, a po ich naturalnym uwiądzie przejmą ich młodzi politycy skrajnej prawicy. Podobno przed 2015 rokiem młody garnitur PO zamówił u socjologów badania na temat potencjalnych nowych grup docelowych, czyli wyborców. Nad badaniami i raportami pracowały naprawdę duże nazwiska, wykazując, że to ostatni moment, żeby ta partia na poważnie zajęła się ludźmi mieszkającymi poza raptem kilkoma dużymi ośrodkami. Kiedy raporty trafiły do lidera partii, niestety nie tego, który wyjechał do Brukseli, ów, kolokwialnie rzecz ujmując, olał je sromotnie i odłożył na półkę. Prawdopodobnie podobnie było w wielu miejscach na świecie, gdzie wszystkich, którzy nie wyglądają jak bezpośrednie otoczenie decydentów, wyrzucono poza nawias zainteresowania. Jeżeli dorzucimy do tego dziesięciolecia zaniechań, czy to w Stanach Zjednoczonych, czy w Polsce, mamy gotowy przepis na katastrofę, przy której rajd omamionego motłochu na Kapitol to pestka. Do tego według badań ONZ do 2050 roku siedemdziesiąt pięć procent ludzi będzie mieszkać w miastach, co jest skokiem dwudziestopięcioprocentowym w raptem czterdzieści lat. Wyobraźmy sobie, jak będą wyglądać te miasta, jak poradzą sobie z takim poziomem migracji, i wyobraźmy sobie przemianę wszystkiego, co nie jest tymi miastami: śmierć małego rolnictwa, globalne przejście na zrobotyzowany model megafarm, wymarcie wiosek i wsi i tak dalej. To ostatni moment, żeby coś z tym zrobić!

Coal Heart Mother — koksownik w formie gotyckiej kapliczki zaprojektowany dla Festiwalu Gorzkie Żale w 2016 roku,
organizowanego przez Centrum Myśli Jana Pawła II

fot.: Radek Pasterski

Małgorzata: Co architekci mogą z tym zrobić? Grozi nam nadpopulacja światowa z jednej strony, właściwie ona jest już faktem, a z drugiej starzejące się społeczeństwo, silver tsunami, które może załamać systemy emerytalno-ubezpieczeniowe wielu państw tak zwanej globalnej Północy. Rządy tych państw uważają zniżkowy trend demograficzny za niepokojący i uruchamiają programy promujące dzietność. Schizofreniczna rzeczywistość staje się naszym udziałem na każdym kroku. Jaką widzisz tu rolę architektów? Czy mogliby stać się kimś w rodzaju trendsetterów projektujących nowe style życia?

Jakub: Oczywiście, architekci mogą mało, jeśli chcą mało sobą reprezentować. To nie muszą być wielkie gesty, nie każdy może mieć moc sprawczą Fernanda Pouillona, protegowanego i przyjaciela François Mitteranda, czy prawie nieskończone (i w rezultacie zgubne) możliwości jak Robert Moses w Nowym Jorku w latach 60. Często wystarczą drobne, ale sugestywne gesty, jak pokazujący środkowy palec Trumpowi projekt huśtawek zamocowanych do ogrodzenia dzielącego przedmieścia meksykańskiej Anapry od El Paso w Stanach Zjednoczonych. Jej projektanci, Ronald Rael, Virginia San Fratello i CHOPEkE Collective, dostali właśnie Beazley Designs of the Year za najlepszy dizajn 2020 roku. Typów działań może być dużo, ale najważniejsze jest wychodzenie z inicjatywami, które dzięki konsekwentnemu lobbingowi staną się realnymi wytycznymi, które może przełożą się na fizyczne rezultaty. Jeszcze przez jakiś czas będziemy w Unii Europejskiej, zanim nas stamtąd wyproszą, wskazując, że nasze miejsce jest w objęciach bajkowego Niedźwiedzia, więc póki co korzystajmy, że są tam siły, które konsekwentnie dążą do zmian w zakresie ekologii, co przekłada się na przykład na prawo budowlane. Jeśli chodzi o kwestię nadpopulacji, to widzę następujące możliwości: zaczynamy postrzegać Ziemię jako jedność, mówimy o całej jej populacji, a nie tylko zajmujemy się jej narodowymi wycinkami, jak to się dzieje dzisiaj wszędzie, nie tylko w Polsce. Przestajemy próbować ratować dotychczasowe założenia polityk socjalnych, bezskutecznie namawiając Europejczyków, by płodzili więcej dzieci, i otwieramy w taki czy inny sposób drzwi ludziom z Afryki i Azji Południowo-Wschodniej. Otwieramy je w Polsce, na prawie bezludnej Syberii Południowej, w niezależnej lub wciąż należącej do Danii Grenlandii, środkowej Kanadzie i tak dalej. Jednocześnie globalnie kończymy z patriarchatem po to, żeby odkręcić dziedziczenie przez mężczyzn, którego efektem jest zwłaszcza „nadprodukcja ludzi” w Indiach, Bangladeszu i Pakistanie.

Wprowadzamy serię mechanizmów globalnego ograniczania, nie lokalnego promowania dzietności, zmieniając również system opieki społecznej i mając w tyle głowy, że emerytury są stosunkowo świeżym wynalazkiem udoskonalonym od czasów Napoleona przez Bismarcka i… Hitlera. I że musimy mieć na nie nowy pomysł, bo jednak kiedyś staruszkowie jakoś sobie radzili, nawet jeśli to oznaczało trzydzieści lat przespane na glinianym piecu (żartuję). Zmarginalizujmy jednocześnie wszystkie kościoły, które nawołują do ciągłego rodzenia dzieci jako głównej powinności kobiety i „czynienia sobie Ziemi poddaną”, poprzez obłożenie ich podatkami tej samej wysokości, co te płacone przez inne regularne biznesy, i wprowadzenie zasady, że każda grupa religijna ma prawo istnieć pod warunkiem, że łożą na nią tylko jej zarejestrowani wyznawcy. Wyobraź sobie, ile milionów ludzi rzuciłoby się do wypisania się z różnych kościołów, żeby tylko móc zwiększyć budżet domowy. Te kościoły, które będą chciały współpracować, mogłyby zachować swoje dotychczasowe własności, tu będziemy łaskawi. Wiem, moi chrześcijańscy koledzy i koleżanki na pewno już są bardzo na mnie źli, więc nie będę dalej mówił o aborcji i dobrowolnej eutanazji. To są zręby mojego globalnego programu politycznego, który będzie wymagał stworzenia międzynarodowej siatki powiązań, za pieniądze Sorosa i Gatesa oczywiście, by móc ukręcić łeb fundamentalistycznej Spektrze, która sponsoruje „prawicową rewolucję” i złożone z prawników swoiste organizacje terrorystyczne funkcjonujące w coraz większej liczbie państw, jak niegdyś opłacane przez Rosjan siatki Frakcji Czerwonej Armii. Pamiętasz tego anonimowego złoczyńcę z Jamesa Bonda, który w każdym odcinku głaszcze białego kotka? Ten facet na pewno ma czarne skarpetki na podwiązkach, cienkie jak brzytwa wąsiki Pinocheta, i romańską kaplicę, w której trzy razy dziennie obiecuje swojemu bóstwu, że przywróci średniowiecze dzięki milionom, które czerpie z produkcji formaldehydów i MaBeNy, czyli wynalazku pewnego genialnego profesora z dalekiego Lechistanu. Wiem, że James Bond już nie pomoże nam się rozprawić z tym dżentelmenem, ale liczę na panie Pelosi, Harris i Ocasio-Cortez.


Simple House — dom szkieletowy

fot.: © Simple House

Małgorzata: Porozmawiajmy chwilę o Twoim najbardziej znanym ostatnio projekcie, czyli Simple House. Uważasz, że będziemy się przesuwać w kierunku minimalizmu życiowego? Będziemy tym samym mniej konsumować, mniej potrzebować i skromniej żyć? Simple House jest sukcesem, ludzie interesują się małymi domami, które są tańsze zarówno przy zakupie, jak i w eksploatacji. To staje się już trendem.

Jakub: Od kiedy właściciele Simple House zgłosili się, żeby im wymyślić produkt i całą markę w 2013 roku, możemy obserwować daleko idące zmiany zachowań konsumenckich w zakresie wyboru miejsca do mieszkania. Wszyscy wtedy podjęliśmy ryzyko „zrewitalizowania” budownictwa szkieletowego w nowej, energooszczędnej odsłonie, wychodząc z założenia, że to ma być „produkt” dla szeroko rozumianej klasy średniej, ale nie za wszelką cenę tani kosztem jakości technicznej i projektowej. Jednym z podstawowych założeń było projektowanie od wnętrza, przy wykorzystaniu mebli popularnych globalnych i lokalnych marek, tak by zminimalizować niewykorzystane przestrzenie i jasno powiedzieć, że to nie są domy do których pasują dziewiętnastowieczne szafy. Simple House mają być efektywne i stosunkowo małe, z jak najmniejszą ilością komunikacji. Udało się stworzyć dużo modeli domów trzysypialniowych o powierzchniach od 75 do 92 metrów kwadratowych. Nagle okazało się, że Polacy chcą domów trzy razy mniejszych niż te, którymi leczyli pokomunistyczne kompleksy w latach 90., że na spotkania przychodzą obeznani w zakresie technologii energooszczędności, że chętnie korzystają z metod proponowanej przez nas indywidualizacji, godząc się na ograniczenia. Kiedy w 2015 roku zaproponowałem Simple House stworzenie gamy mikrodomów, właściciele mieli podejrzenia, że próbuję im wciskać moje inteligenckie fantazje z czasów Domu Kereta, ale niecałe trzy lata później ruszyła fala zamówień na domy na zgłoszenie o powierzchni do 35 metrów kwadratowych. Covid te falę spotęgował, bo po kilku tygodniach znoszenia rodziny w za małych mieszkaniach Polacy postanowili wreszcie odkurzyć działkę rekreacyjną po babci. W osłupienie wprawili nas bardzo zamożni ludzie biznesu i menadżerowie przychodzący po nasze mikrodomostwa, których koszt jest równy temu, co potem zobaczyliśmy we wnętrzach ze wszystkimi atrybutami polskiej wyższej klasy średniej, od Smega po KitchenAid. Patrząc teraz na zalew „domków bez pozwolenia” na Instagramie, czuję się, jakbym współtworzył jakąś ważną zmianę. Myślę, że sytuacja jest dynamiczna, ale też mam podejrzenie, że na długo odwróci się trend budowania coraz większych bąbli oddzielających nas od otoczenia, czy to w formie prze-inteligentnych rezydencji, czy prze-ogromnych SUV-ów. Jej przejawem jest podróżowanie po własnym kraju rowerem, albo chęć nomadycznego życia w kamperach, morsowanie, małe domki rodem z Cabin Porn i różne próby odrywania się od prze-komputeryzowanej rzeczywistości, w tym budowanie nowych sprawczości na przykład poprzez naukę stolarstwa. Simple House ma się dziś świetnie, a ja startuję niedługo z nową marką domów w innej technologii, dziękując losowi, że spotkałem ludzi pieniądza, którzy nie bali się zaufać architektowi z przeszłością reklamiarza.

Małgorzata: Czyli wyraźnie widać potrzebę zmian — z mieszkań na kredyt, dużych domów przenosimy się do mniejszych, a nawet bardzo małych, właśnie trzydziestopięciometrowych, na które nie potrzebujemy nawet pozwolenia na budowę. Okazuje się, że można tak żyć, w dodatku jest to nawet przyjemne. Na blogach i Pintereście roi się od pięknych przykładów rodem z Cabin Porn gdzieś na skraju lasu. Mamy tu obietnicę prostszego życia i wytchnienia. Odnoszę jednak wrażenie, że wynika to z mody i chwilowego zmęczenia życiem w mieście, zwłaszcza w pandemicznym mieście, a mniej ze zrozumienia, że nie da się żyć w paradygmacie ciągłego wzrostu gospodarczego, którego efektem są bańki spekulacyjne na rynku nieruchomości, co z kolei skutkuje niską dostępnością mieszkań. Styl życia nastawiony na prostotę zaczyna być zwyczajnie modny, ale czy tego rodzaju myślenie przebije się do mainstreamu? Jak architekci powinni moderować tę dyskusję?

Jakub: On już się przebił do mainstreamu, tyle że nie jest to mainstream widza Polsatu, a raczej tendencja dotycząca odbiorców Netflixa czy Canal Plus, by użyć odniesień do mediów. Z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że, moim zdaniem, poszerzanie zakresów oddziaływania wygląda jak cebula. Mała grupa, która nagle albo często, albo nawet nieprzerwanie ma dostęp do narzędzi wytwarzania jakościowych treści, znajduje się w jądrze cebuli, a kolejne warstwy to kolejne zakresy oddziaływania. Najszersza grupa to oczywiście najbardziej zewnętrzna warstwa. Do niej idee trafiają już przefiltrowane przez poprzednie warstwy, często wyblakłe i pozbawione głębi, ale jeżeli owe idee jakimś cudem będą dla niej przekonujące, mogą „się osadzić”, dając bardzo długotrwały efekt. Drugi powód jest taki, że ów widz Polsatu zazwyczaj już żyje w małych, ba, rażąco małych mieszkaniach i domach, które są schedą desperackiego łatania deficytu mieszkaniowego po dwóch wojnach. Nie jest łatwo ludziom gnieżdżącym się w gomułkowskich norkach o wysokości dwustu czterdziestu centymetrów powiedzieć, że to w sumie fajnie, że mają je takie małe, bo nie niszczą Matki Ziemi w takim stopniu, jak ci, którym udało się w latach 90. wybudować czterystumetrowe rezydencje. Logika „kupuj mniej, ale lepszej jakości” nie jest łatwa do sprzedania szerokim masom, bo one pamiętają jedną parę butów i gołe stopy swoich dziadków, więc oferujące tanie ubrania i obuwie globalne firmy, które produkują modnie wyglądający chłam za dwa złote w krajach rozwijających się to dla tych ludzi zbawienie. Dobrze mówi o tym książka „Factfulness” Hansa Roslinga. Zmiana powinna dotyczyć raczej narracji: „bądźmy dumni z tego, kim jesteśmy, nie udawajmy bogaczy tanim botoksem i dwudziestoletnim mercedesem”. Na razie „bądźmy dumni” to przestrzeń nacjonalistycznego patriotyzmu, ale przy dużej dozie Tokarczukowej czułości mądrzy politycy, którzy na pewno kiedyś tu zawitają, może będą w stanie przekierować te potrzeby bycia uznanym w kierunku bycia szanowanymi za współtworzenie dbającej o wspólny interes społeczności. Jeżeli tak się nie stanie, to biada nam: zewnętrzna warstwa cebuli zostanie zagospodarowana przez plemienny terytorializm i nienawiść do elit, którą od kilku lat umiejętnie wykorzystują populiści, przy niemałej zresztą pomocy, często nieświadomej, niektórych lewicowych intelektualistów. Ale wracając do tendencji pod nazwą „chcę mniej”: na naszych oczach dokonuje się zmiana trwającego przynajmniej trzydzieści lat paradygmatu, gdzie wszystkie możliwe tuby marketingowe wołały „chciej więcej!”, bo ekonomię oparto na ciągłej masowej konsumpcji łatwo wymiennych i niskiej jakości dóbr tanio wytwarzanych w Chinach. Jeżeli covid zrobił cokolwiek dobrego, to przede wszystkim pokazał korporacyjnym menadżerom wyższego szczebla, w moim wieku i młodszym, zazwyczaj dzieciatym, że to oni muszą podjąć się zmian paradygmatu. Słuchając głosu Grety czy nie, ale jeśli nadal będą robić tani szajs, który zanieczyszcza Ziemię, to swoim dzieciom zrobią źle, bo o ile możesz bogatemu dzieciakowi zapłacić za studia w Londynie, to nie możesz go potem wysłać na niezanieczyszczony backup Ziemi. To ci menadżerowie, rady nadzorcze i większościowi akcjonariusze są dziś kluczowi, to oni rządzą światem, podczas gdy Borsunie rządzą tylko Lechistanami. A jeszcze jeśli na dodatek ci menadżerowie nie zarządzają nawet dużą, ale polską firmą, tylko Amazonem, Uberem, Microsoftem czy innym wywodzącym się ze Stanów gigantem, to pieniądze stojące za nimi zmieniają grę, być może tym razem jednak w pozytywnym dla Ziemi kierunku. Zamykamy te trzydzieści lat nowymi tendencjami, między innymi ugruntowaniem roli internetu i mediów społecznościowych, ale też ogólnym zmęczeniem owym internetem i pleplaniem na fejsie, do czego przyczynił się covid właśnie. Myślę, że zmęczeni też jesteśmy lansowanym przez neoliberalizm skrajnym indywidualizmem i wyrażaniem naszych niezwykle oryginalnych osobowości przez kolejne zakupy robione za cenę dłuższej, ale wcale nie coraz lepiej opłacanej pracy, co widać zwłaszcza w USA. Chcemy mieć więcej czasu dla rodzin, przyjaciół, znajomych. „Tego nie kupisz kartą kredytową”, by sparafrazować pewną reklamę. I dotyczy to też architektów, tak samo jak każdego zjadacza chleba.


Zespoł handlowo-usługowy Implant w Warszawie — zielona wielofunkcyjna przestrzeń składająca się z 272 kontenerów;
Implant zawiera trzy strefy: gastronomiczną, usługowo-handlową oraz eventową przeznaczoną na działania o charakterze społeczno-kulturowym

fot.: Jakub Szczęsny

Małgorzata: Mam jeszcze pytanie dotyczące tego, jak dzisiaj budować, żeby nie szkodzić — planecie, powietrzu, nieludzkim współmieszkańcom, klimatowi? Mierzymy się z kryzysem klimatycznym, gospodarczym, pandemicznym, air pollution, light pollution, których skutki odczuwamy wszyscy na co dzień. Najprościej byłoby powiedzieć: nie budować! Tylko takie stwierdzenie zamyka dyskusję. Architekci i inwestorzy, także włodarze miast stoją przed wyzwaniem zdefiniowania na nowo potrzeb i sposobów ich zaspokajania. Czy po roku pracy zdalnej wciąż potrzebujemy kolejnych biurowców typu premium? Jaka jest tutaj rola architektów?

Jakub: Mój kolega, wzięty warszawski architekt, osoba niezwykle obrotna, powiedział mi kiedyś, że doradzał jakiemuś deweloperowi i wpadł mu w ręce wydruk z „drabinki kosztów” jakiejś inwestycji. Pozycje były ustawione od najdroższych do najtańszych. Zobaczył wtedy, że „obsługa architektoniczna” była druga od dołu, tuż nad „sprzątaniem i utrzymaniem”. Wtedy zrozumiał, że projektowaniem może się zajmować bardziej dla radości niż dla pieniędzy i że nie chce stać się ofiarą własnych ambicji architekta twórcy. Święta prawda: nie jesteśmy w Szwajcarii, ale z drugiej strony nie chcemy też oddać naszych dusz, zmieniając się w merkantylnych technokratów. Jako architekci wiemy bardzo dużo, rozumiemy logiki różnych sektorów, możemy łączyć fakty, możemy pomagać sprytniejszym od nas zarabiać, ale też ukierunkowywać ich aktywność wizjami, jak do jakiegoś stopnia starali się to robić moderniści epoki CIAM-u. Teraz naprawdę dużo się zmienia. Sam doradzam różnym firmom i widzę, że zwiększyła się otwartość na to, co mówię, bo podskoczył nam wszystkim poziom instynktu zachowawczego i wiemy, że samozadowoleni i z napełnionymi brzuchami nie zdołamy uciec przed niebezpieczeństwami nowej rzeczywistości. Teraz kształtują się rozwiązania, które jeszcze nazywamy „hybrydowymi”, ale zaraz część z nich będzie normą. Na szczęście biurowce łatwiej przerabia się na mieszkania niż odwrotnie, jak w wizjach rodem z „Hotelu Polonia” z Pawilonu Polskiego na Biennale w Wenecji. Myślę, że czas zachłystnięcia się aktywnością budowlaną rozumianą jako stawianie od zera jak największych struktur mamy już za sobą. Teraz czas sprytnych adaptacji, przebudów i również wyburzania, zmian programu albo zmniejszania aktywności. Pamiętajmy, że architekci przy wspomnianych już przeze mnie szerokich kompetencjach mogą robić naprawdę bardzo różne rzeczy, nie tylko rysować hektary mieszkaniówek na polu pod Radomiem i wykłócać się na koordynacjach.

Małgorzata: Dziękuję za rozmowę! Powiedz jeszcze na koniec, czy udało się z tymi sandałami?

Jakub: Nie, ostatecznie kupiliśmy kalosze z ekogumy, w których rzekomo noga się nie poci, ale to ściema.

rozmawiała: Małgorzata TOMCZAK

Ilustracje z archiwum Jakuba Szczęsnego

Głos został już oddany

okno zamknie się za 5