Zobacz w portalu A&B!
Zostań użytkownikiem portalu A&B i odbierz prezenty!
Zarejestruj się w portalu A&B i odbierz prezenty

Ewa Twardoch: Musimy nauczyć się patrzeć na zieleń długofalowo

Wiktor Bochenek
29 września '22

Czy określenie betonoza jest poprawnie używane? Jak zmieniło się nasze podejście do tego zjawisko? Czy jest ono wyłącznie znakiem naszych czasów? O adaptacji do zmian klimatu, wielkości drzew, jakie powinno się sadzić i kiedy powinniśmy się wstrzymać z używaniem określenia betonoza, rozmawiamy z Ewą Twardoch, architektką krajobrazu i współzałożycielką pracowni 44STO.

Wiktor Bochenek: Warto rozpocząć naszą rozmowę od definicji betonozy. Czy jest używane poprawnie i czy przypadkiem nie pojawia się zbyt często?

Ewa Twardoch: Betonoza jest to zabetonowywanie powierzchni biologicznie czynnych. Wydaje mi się, że ten termin jest używany poprawnie. Słowo betonoza zrobiło karierę po wydaniu książki Jana Mencwela o tym tytule. Muszę przyznać, że jestem tym zjawiskiem zachwycona, ponieważ z tematem betonozy w mieście spotykam się od bardzo dawna.

Ten temat pojawiał się już na początku XXI wieku w środowisku architektów krajobrazu. Dla mnie było jasne, że traktowanie zieleni w mieści jako problemu, którego trzeba się pozbyć, doprowadzi nas do katastrofy. Wiedzieliśmy jako środowisko, jak nieodwracalnych zmian dokonuje się poprzez nieodpowiedzialne gospodarowanie zasobem przyrodniczym w mieście. Nikt z nas jednak nie potrafił się przebić do szerszej publiczności, wyjść z naszej bańki i opowiedzieć o problemie w sposób zrozumiały dla szerszego grona odbiorców.

Zrobiła to za nas książka Betonoza napisana nie przez eksperta, a przez dziennikarza i społecznika Jana Mencwela. Ta książka rozpoczęła dyskusje o betonozie w szerokich kręgach. Szczególnie mnie cieszy, że dyskusja przeniosła się również do środowiska architektów.

Czy sama ocena zjawiska nie poszła za daleko? Mam pewne wątpliwości. Przeglądając konta aktywistów miejskich, wydaje mi się, że krytykują oni w tej chwili powstanie i istnienie każdego placu miejskiego. A przecież nie jest tak, że nagle każdy plac powinien stracić funkcję miejską i zostać przekształcony w teren zielony.

Ewa Twardoch

Ewa Twardoch

© Ewa Twardoch

Wiktor: Postanowiłem zacząć rozmowę od poprawności definicji, ponieważ spotkałem się z komentarzami o betonozie pod postem prezentującym projekt osiedla z mieszkaniami na wynajem budowanymi przez miasto. Stąd pojawiło się moje pytanie, czy nie nadużywamy tego pojęcia.

Ewa: Nie spotkałam się dokładnie z takim przykładem, o którym Pan mówi, ale zgadzam się, że hasło betonoza jest w tej chwili traktowane jako słowo wytrych do krytyki wielu inwestycji niemających nic z nią wspólnego. Może jednak musi tak być, że po latach bezwzględnych wycinek, musimy, jako społeczeństwo, trochę „ponadużywać” tego słowa. 


Wiktor
: Czy jako działająca architektka krajobrazu zauważa Pani tę społeczną zmianę w myśleniu o betonozie i roli zieleni w mieście?

Ewa: Tak, i to w ogromnym stopniu. Zmiana społeczna w tym temacie jest gigantyczna. Nas, architektów krajobrazu uczono, jak ważne są drzewa w mieście, ale na początku mojej pracy zawodowej spotykałam się z absolutnym niezrozumieniem u osób spoza środowiska.

To była walka z urzędnikami, mieszkańcami, ale też z innymi projektantami. Drzewa były wrogiem, a moje branżowe tłumaczenie nic nie dawało. Od kilku lat widać ogromny zwrot w tym temacie, przynajmniej u jakiejś części społeczeństwa. Problemem jest to, że w pojedynczych przypadkach ten zwrot przyjmuje charakter zbyt radykalny. Niektórzy chcieliby teraz odbetonowania wszystkiego i stuprocentowego zakazu wycinek. To jest jednak niemożliwe. Jak do wszystkiego, do zieleni w mieście trzeba podchodzić z rozsądkiem i przede wszystkim z merytoryczną wiedzą.

Wiktor: Czy ta „zielona rewolucja” w myśleniu w pewnym momencie nie zacznie przysłowiowo „zjadać własnych dzieci”? Czy pewne projekty, dobrze organizujące przestrzeń i zieleń nie zaczną być oskarżane o betonozą?

Ewa: Widzę tu dwa oddzielne problemy związane z betonozą. Problem skali i problem rozwiązań technicznych. Problem skali dotyczy perspektywy dużych miast i bezkrytycznego sposobu, w jaki patrzy się na zdjęcia niewielkich miejscowości, które utwardzają place lub rynki. Wydaje mi się, że z tej perspektywy nie widać kontekstu przestrzennego, a wystarczy, że na mapach google'a sprawdzimy co dzieje się w najbliższym sąsiedztwie takich betonowanych rynków i okaże się, że cała okolica jest zielona, a plac miejski to jedyna utwardzona przestrzeń. Często będzie to jedyny plac, który pozwali na zorganizowanie miejskiego życia — istotnych wydarzeń lokalnych. Ta krytyka jest wtedy bardzo wielkomiejska, bez zrozumienia problemu. Te małe miejscowości powinny mieć prawo do utwardzonych przestrzeni. Zdążają się oczywiście przykłady ekstremalne i złe, ale jednak jak zawsze, nie można wrzucać wszystkich do jednego zbioru „złej betonozy”

Na poziomie rozwiązań technicznych problem „zjadania własnych dzieci” było ostatnio widać przy poruszeniu na temat Placu Pięciu Rogów w Warszawie. Z tego, co wiem, ta krytyka była w dużej mierze niesłuszna. To naprawdę może być dobry projekt, mimo że drzewa wydają się zabetonowane do pnia, to one są posadzone w specjalnych systemach umożliwiających prawidłowy wzrosty bryły korzeniowej i przykryte nawierzchnią przepuszczającą wodę. Istnieją już rozwiązania techniczne, które pozwalają na sadzenie drzew pod zabetonowanymi nawierzchniami. W takich rozwiązaniach stosuje się szkieletowy system wypełniony urodzajnym podłożem, który zapobiega nadmiernemu zagęszczeniu, czyli największemu wrogowi miejskich drzew. Bryła korzeniowa może się prawidłowo rozwijać pod betonową nawierzchnią, dzięki zachowaniu optymalnych warunków powietrzno- wodnych. Jest to rozwiązanie szyte na miarę miasta. Dzięki wiedzy na temat tego, w jaki sposób rosną drzewa i czego potrzebują, jesteśmy w stanie projektować przestrzenie miejskie, która pogodzą potrzeby użytkowników. Krytyka tego konkretnego placu wynika moim zdaniem z niewiedzy osób, które betonozą zajmują się „aktywistycznie”, a nie zawodowo. Niektórzy nie widzą tego, co znajduje się pod spodem i że to faktycznie zostało przemyślane. I to może właśnie doprowadzić do zahamowania takich projektów, ponieważ inwestycje wymagające tak dużych nakładów finansoww, jakie są potrzebne do realizacji takich przedsięwzięć, nie udźwigną złego PR-u.

Plac Pięciu Rogów w Warszawie (proj. WXCA)

Plac Pięciu Rogów w Warszawie (proj. WXCA)

fot. R. Motyl, źródło UM Warszawa

Wiktor: Czy to nie problem braku komunikacji, w której Architekci i Architekci Krajobrazu mogliby bronić swoich projektów?

Ewa: Nie wiem, w jakim stopniu projekt Placu Pięciu Rogów był konsultowany społecznie. Na swoim podwórku mieliśmy podobną sytuację z zaprojektowaniem drzew na Rynku w Gliwicach. Na rynku, na którym historycznie tych drzew nie było, ale miasto uznało, że w ramach przeciwdziałania powstawaniu wyspy ciepła i najzwyczajniej w świecie polepszaniu warunków przebywania tam mieszkańców, wprowadzi na płytę rynku drzewa. Cały proces uzgodnień z konserwatorem zabytków i odbiór inwestycji przez mieszkańców pokazał nam, jak istotna jest prawidłowa komunikacja. Zarówno nam w pracowni, jak i inwestorowi wydawało się, że akurat ta inwestycja spotka się z pozytywnym odbiorem mieszkańców. Jednak krytyka była dużej mierze związana z brakiem wiedzy na temat tego, co znajduje się pod płytą Rynku. Podstawowym zarzutem jest oczywiście to, że w betonie drzewa nie rosną, a kolejnym, że należało posadzić dużo większe drzewa, żeby od razu uzyskać efekt zacienienia. Jednak drzewa potrzebują czasu na adaptację, a czym większe drzewo, tym szanse przyjęcia się spadają. Musimy nauczyć się patrzeć na zieleń w mieście inaczej, niż patrzymy na architekturę, bardziej długofalowo. 

       

instalacja rozwiązań pozwalających na utrzymanie lepszego stanu drzewa w przestrzeni zabudowanej

© Ewa Twardoch

Wiktor: Biorąc to pod uwagę, że drzewa wymagają kilku, a nawet kilkunastu lat adaptacji, to jak unikać wysp ciepła w trakcie procesu przemian?

Ewa: Największe znaczenie dla zmniejszania efektu wysp ciepła ma zieleń i woda. W miastach, w których ten problem występuje, należy zacząć od zaprzestania wycinania drzew i od retencjonowania deszczówki.

Architektka krajobrazu Halina Szczepanowska w latach 80. XX wieku pisała, o tym, że drzewo z dużą koroną daje więcej cienia niż jakiekolwiek inne rozwiązanie techniczne, tj. na przykład parasole. W 2001 roku ukazała się jej książka Drzewa w mieście, która powinna być podręcznikiem dla osób zajmujących się zielenią w miastach. To jest fascynujące, że od bardzo dawna mamy naukowe podstawy tego, dlaczego drzewa w miastach są tak potrzebne, a dopiero teraz zaczynamy bardzo powoli się tym tematem zajmować. Betonoza to nie jest coś, co wymyślono teraz. Sam proces i jego skutki zostały opisane już w zeszłym wieku. Teraz możemy stwierdzić, że te przewidywania się sprawdziły.

Oprócz zaprzestania wycinek, konieczne są oczywiście nasadzenia. Niekoniecznie drzew dużych i starych, ponieważ jest to ekonomicznie nieuzasadnione. Należy sadzić drzewa młode i dostosowane do warunków miejskich, a być może również należy już zacząć się zastanawiać nad dostosowaniem doboru gatunkowego do zmian klimatu. Bardzo istotne jest przygotowanie miejsc do ich prawidłowego rozwoju. To jest bardzo ważny aspekt, niejednokrotnie finansowo przewyższający koszty samych nasadzeń.

 

Wiktor: W takim razie, dlaczego dopiero wracamy do takich rozwiązań? Dlaczego o nich zapomnieliśmy?

Ewa: Zastanawiam się nad tym od bardzo dawna. Dlaczego coś tak, dla środowiska architektów krajobrazów bardzo oczywistego, musiało tak długo czekać na przejście do szerokiej publiczności. Odpowiedzi należy pewnie szukać w filozoficznych rozważaniach na temat miejsca człowieka w środowisku przyrodniczym. Dyskusja na temat przyczyn i skutków zmian klimatu od początku była bardzo trudna i zradykalizowana. Mam wrażenie, że stanie się prostsza dopiero od momentu, w którym ekstremalne zjawiska pogodowe odczujemy na własnej skórze.

Wiktor: Wyobraża sobie Pani taką sytuację, w której w pewnym momencie ten trend przeciwny betonozie się załamuje, a my jako społeczeństwo wracamy do zamiłowania betonowych placów?

Ewa: Nie wydaje mi się. To, co nas czeka za chwilę, w związku ze zmianami klimatycznymi na to nie pozwala. W tej chwili miejscy aktywiści są w stanie walczyć o każde drzewo. Dobrym kierunkiem byłoby złapanie balansu pomiędzy zrównoważonym rozwojem dla człowieka i dla przyrody. Miasto, które jest przyjazne mieszkańcom, musi być zielone.

Wiktor: Dziękuje za rozmowę!

Dodatkowe zadrzewienia na rynku w Gliwicach

dodatkowe zadrzewienia na rynku w Gliwicach, które wprowadzono po dyskusji z mieszkańcami i konserwatorem

© Ewa Twardoch

rozmawiał Wiktor Bochenek

Głos został już oddany

Seria Austin – klamki do drzwi wewnątrzlokalowych
IC Project – narzędzie stworzone dla biura architektonicznego
Nowoczesne Biurowce – Trendy