okno zamknie się za 5

computer zapisz w ulubionych

„Budynki są ważniejsze ode mnie” – Szymon Januszewski i jego pracownia Insomia

12 listopada '20

Nie bywa, nie błyszczy, nie lansuje się w mediach. Projektuje. Twierdzi, że budynki są ważniejsze od niego. Szymon Januszewski i jego pracownia Insomia mają na koncie jedne z najlepszych domów mieszkalnych w Poznaniu. Wyróżnik? Nie tylko opracowanie bryły, elewacji i wykończenia, ale też optymalne i elastyczne rzuty mieszkań. Pięćdziesiąt metrów kwadratowych z pracowni Januszewskiego miewa podobną funkcjonalność, jak siedemdziesiąt metrów od mniej starających się projektantów. W działającej od 16 lat Insomii powstają również oryginalne biurowce i unikalne rozwiązania: balkony ze szklarniami czy też wyjątkowe osiedle mieszkaniowe w brzozowym zagajniku. Sam Januszewski (rocznik 1976) ma jeszcze wiele pomysłów, a problematyczne rozwiązania testuje nie na użytkownikach, lecz na sobie.

Jakub Głaz: Masz ponad czterdzieści lat, bardzo dobre domy na koncie, od kilkunastu lat prowadzisz pracownię, mieszkasz na piętnastu metrach kwadratowych.

Szymon Januszewski: Z partnerką i naszym psem. Żyjemy od trzech lat w małym domku.


Jakub: Co Ci przyszło do głowy, żeby testować na sobie taki metraż?

Szymon: Lubię i projektuję niewielkie, ale dobrze wykorzystane przestrzenie. Sprawdzam, jak można mieć bardzo mało rzeczy i być szczęśliwym. Ta powierzchnia nie jest optymalna, zresztą naprawdę to piętnaście metrów plus dziesięć na antresoli. No i działka jest duża: kilka tysięcy metrów. To daje oddech.


Jakub: Co masz w tym domku?

Szymon: Salon z kuchnią i łazienkę, jest antresola i garderoba. Domek jest z drewna. Nie miałem czasu go sobie zaprojektować, więc kupiłem w fabryce, która robi takie konstrukcje z odpadów po oknach. Chatka jest z sosny, ma dwuspadowy daszek, niewiele ocieplenia. Pozbyłem się przy okazji wielu rzeczy. By wszystko przewieźć wystarczy zwykła osobówka i parę kartonów.


Jakub
: Książek też nie trzymasz?

Szymon: Książki mam, to mój wyrzut sumienia. Po przeczytaniu powinno się książkę komuś oddać. Albo nie kupować, a wypożyczyć. Ale ja je lubię jako przedmioty. Wprowadzają kolory i poprawiają akustykę.


Jakub: Ta chatka to już na zawsze?

Szymon: Nie. Ona jest w porządku, ale nigdy nie planowałem, że to stałe lokum. Zresztą pandemia poddała domek próbie. Podczas lockdownu pracowaliśmy w nim razem z moją dziewczyną. W ścisku nasz pies nauczył się chodzić do tyłu. Oczywiście da się tak żyć, ale jest ciężko.

Budynek mieszkalny Evergreen 365 u zbiegu ulic Bukowskiej i Grochowskiej (realizacja 2016)

fot.: Agnieszka Liguz Kończak, © Insomia


Jakub: Twój domek nie jest optymalny. A co jest?

Szymon: W zupełności wystarczy mi sześćdziesiąt pięć–siedemdziesiąt metrów kwadratowych. W trochę większym domku. Podobnym do tych, które teraz stawiamy na poznańskim Strzeszynie. Łączymy tam zalety mieszkania i domu jednorodzinnego. Do tego metrażu dorzuciłbym może jakiś stryszek i wiatę, a pod nią rower. To wszystko.


Jakub: Teraz minimalizm jest modny.

Szymon: W nieposiadaniu przedmiotów jest wielka przyjemność. Ale te, które mam, powinny być dobrej jakości. Jeśli narzędzia, to już takie na całe życie. Kiedy nie masz rzeczy, nie obciążasz nimi głowy. Wiem, że teraz jest taka moda, ale ja nigdy nie miałem wielkich potrzeb.


Jakub: To optymalne podejście jest u Ciebie bardzo widoczne. Mieszkania z Twojej pracowni prawie nie mają pustych metrów, są dobrze doświetlone, często dwustronnie, a pokoje da się umeblować. Na niecałych sześćdziesięciu metrach mieścicie bardzo wygodne trzy pokoje. Trzydziestometrowa kawalerka potrafi mieć dwa całkowicie osobne pokoje, jasny aneks kuchenny, który da się wydzielić i dwustronne doświetlenie. Trudno uwierzyć, ale tak dobrze zaprojektowanych nowych mieszkań jest bardzo mało.

Szymon: Zanim do tego doszliśmy, narobiłem wiele błędów. Lista jest długa. Przede wszystkim złe strefowanie: sypialnie porozrzucane po całym mieszkaniu albo wejście do sypialni przez salon. Następnie: nieodpowiednie proporcje, a także mieszanie stref. Kolejny błąd: niemożność wydzielenia kuchni z oknem. Do tego za dużo zbędnej komunikacji. I jeszcze jedna pomyłka: pionowe okna, wąskie portfenetry.

       

przykładowe rzuty małych mieszkań z powstającej obecnie inwestycji w Dębienku k. Poznania
od lewej: mieszkanie 3-pokojowe, 46,82 m², mieszkanie 3-pokojowe, 49,34 m²

rys.: © Insomia


Jakub: Większość mieszkań ma teraz takie.

Szymon: To wynika z projektowania elewacją. Możesz pograć rytmem, pobawić się formą. Tyle że najbardziej efektywne jest okno poziome. Teraz robię głównie takie. Pionowe nie działają. Wiem, bo też je projektowaliśmy. Odbiór takiego pomieszczenia jest słaby: masa ścian i nikły kontakt z tym, co na zewnątrz. Kolejna sprawa: fatalna ustawność. Wreszcie światło, które wpada wąską szczeliną. Poziome okno sprawia, że to samo wnętrze wydaje się znacznie lepsze.


Jakub: Dostrzegłeś to sam?

Szymon: Przychodziły uwagi z działu sprzedaży, że jest kłopot z ustawnością. Niby to wypierałem, ale musiałem się zgodzić. Teraz, kiedy widzę błędy, których jestem świadomy, męczę się tak długo, aż będzie dobrze. Czasem, kiedy jedno lokum nie chce się udać, trzeba zmieniać cały budynek. Dla nas męczarnia, ale każde mieszkanie staramy się projektować tak, żebyśmy sami chcieli w nim żyć. Jestem kompletnie nieracjonalny biznesowo. Moglibyśmy powiedzieć „dość”, ale tego nie robimy. Inwestor jest zadowolony, my — nie. Często wynika to z faktu, że nawet duże inwestycje to dzieło firm rodzinnych. Nie mają wielkiego doświadczenia, ufają, że wiesz, co robisz. Mówią „super”, ale ty wiesz, że jest takie jedno miejsce, które zaburza ci wszystko. No i przewalasz cały projekt.


Jakub: Inwestorzy to znoszą?

Szymon: Wkurzają się. Naprawdę. To się przecież wiąże z opóźnieniami. Ale siedzi we mnie coś takiego, że nie odpuszczam.


Jakub: Jak ich przekonujesz do tych poprawek?

Szymon: Sam nie wiem. Może dostrzegają, że to ma sens. Widzą, że to, co robimy, dobrze się sprzedaje.


Jakub: Inne mieszkania też schodzą na pniu. Znacznie gorsze.

Szymon: Inwestorzy jednak z nami zostają. Czasem decyduje porównanie z konkurencją. Kiedy odpada kwestia lokalizacji i klient porównuje dwie inwestycje położone obok siebie, to zaczyna zwracać uwagę na szczegóły. Kupcy mieszkań pod wynajem są na nie bardzo wyczuleni. Każdy metr ma się im jak najszybciej zwrócić. Cztery metry korytarza to rok lub więcej spłacania kredytu. Poza tym mam to szczęście, że inwestorzy, których znam, mają zaufanie do architektów i nie wchodzą głęboko w projekt. Od nas zależy, czy będzie dobrze czy źle.

segmenty „Nowego Strzeszyna” od strony ul. Malewskiej; po lewej stronie widoczny pieszy przesmyk, który prowadzi w głąb osiedla do przestrzeni integracji

fot.: Tomasz Hejna Lagomfoto, © Insomia


Jakub: Tak przechodzimy do hasła „odpowiedzialność i etyka architekta”. Jak z tym w Polsce jest?

Szymon: Trudno wyrokować. Wiele pomyłek nie musi się brać z wyrachowania lub słabego doświadczenia. Ważne, żeby nie robić drugi raz tych samych błędów. Trzeba je dostrzec. Czy jest nieetyczne, kiedy nie zauważasz swoich potknięć? Nie znam odpowiedzi. Nie sądzę jednak, że złe projekty powstają z wyrachowania lub chęci zysku, bo architektura to ciężka robota, finansowo niewdzięczna. Wiem tylko tyle, że sam nie umiem za mniejsze pieniądze działać pospiesznie i gorzej. Niezależnie od tego, ile pieniędzy uda mi się wynegocjować, to siedzę i meczę te rzuty.


Jakub: Jak robisz te optymalne mieszkania?

Szymon: Kluczem jest mieć do dyspozycji dużo elewacji oraz wchodzić z korytarza w środek lokalu. Jeśli zaczniesz z narożnika, to czego nie zrobisz, będzie źle. Jak w budynku ustawisz komunikację tak, że trafi, gdzie trzeba, to potem kilka sprawdzonych schematów załatwia sprawę. Najważniejsze, żeby nie powstał rzut wynikowy. Nie jestem też fanem za dużych pokojów. Trzynaście metrów sypialni to zbyt wiele. Po co tyle, skoro można mieć większą część dzienną?


Jakub: Trochę oddechu podczas snu nie zaszkodzi.

Szymon: Jeśli szukasz mieszkania, które ma czterdzieści ileś metrów i trzy pokoje z wydzieloną kuchnią, to musisz zrezygnować z niektórych udogodnień.


Jakub: Błędy, które wyliczyłeś wcześniej, powinno się eliminować na poziomie edukacji.

Szymon: Miałem dobrych wykładowców, ale wielu rzeczy nam nie powiedzieli, wszystkiego się nie da. Tymczasem bez problemu można by napisać dziesięć przykazań projektowania dobrego mieszkania. Powiedzieć jasno: nie rób tak, bo się nie da. To by dużo uprościło.

Osiedle Botaniczna przy ul. Nałkowskiej i Świętego Wawrzyńca w Poznaniu (realizacja: 2014–2018)

fot.: Agnieszka Liguz Kończak, © Insomia


Jakub: A przepisy? Może powinniśmy wrócić do norm regulujących proporcje między poszczególnymi funkcjami?

Szymon: Bardziej wierzę w edukację. Nie da się zapisać dobrego mieszkania przepisami. Od razu zaczną się kombinacje: za duży korytarz stanie się formalnie garderobą i tak dalej. Powiem więcej: jestem przeciwnikiem zapisu, że dwadzieścia pięć metrów to jest minimalne mieszkanie. Uważam, że może być mniejsze i bardzo funkcjonalne, jeśli się je precyzyjnie zaplanuje.


Jakub: Przed oczami staje widmo „mikroapartamentu”.

Szymon: To nie jest zło wcielone. Takie małe mieszkania traktuję jako alternatywę dla mieszkania z rodzicami. Choć faktycznie, ich ceny bywają zawyżone. Trzeba je też odpowiednio wyposażyć. Często spotyka się prezentacje małych mieszkań z wielofunkcyjnymi sprytnymi meblami. Ale te sprzęty kosztują tyle, że już lepiej kupić więcej metrów i wstawić do nich coś z IKEA.


Jakub: Niektórzy cyzelują projekty, bo wiedzą, że będą utożsamiane z ich nazwiskiem. Ty raczej nie przykładasz wagi do rozpoznawalności i promocji.

Szymon: Ale jest przyjemnie, gdy ktoś doceni nasz projekt. Zdarzają się maile, w których ktoś nam dziękuje za to, że kształtujemy dobrą przestrzeń. Może nie często, kilka razy na rok, ale jednak.


Jakub: Kiedy w Poznaniu rzucam hasło „Szymon Januszewski” mało kto je kojarzy. Nawet w środowisku architektów.

Szymon: Można zadbać o to, żeby być bardziej rozpoznawalnym, ale przecież ważne jest, co robisz, a nie to kim jesteś. Nawet wolę być przezroczysty. To budynki mają mówić, a nie ja. Architektura to dla mnie rzemiosło, dlatego zawsze chciałem mieć warsztat architektoniczny, a nie biuro. Chciałbym mieć możliwość testowania różnych rozwiązań. Wziąć drewno, frezarkę, sprawdzać. Kompletnie nie ma na to rynku — zwłaszcza w mieszkaniówce. Może więc uda się na innej płaszczyźnie. Coraz bardziej pociąga mnie aspekt społeczny architektury: to jak jesteśmy w stanie wpłynąć nią na innych ludzi.

Osiedle Botaniczna – pośrodku założenia znajduje się obszerny plac zabaw z wydzielonymi barwnymi enklawami; każda przeznaczona jest na inny rodzaj zabawy lub sportu. Kolory nawiązują do stref wejściowych do budynków

fot.: Agnieszka Liguz Kończak, © Insomia


Jakub: Powrót architektury z misją?

Szymon: Tak, trzeba wyprzedzać czasy i oczekiwania, ryzykować, eksperymentować. Dlatego staram się unikać realizacji projektów, które nic nie wnoszą — zarówno do architektury, jak i do mojej praktyki. Każdy projekt to jest ileś lat życia. Kiedy uświadamiam sobie, ile jeszcze domów zrobię, to staram się w każdym zadaniu szukać czegoś innego. Teraz interesuje mnie gęstość, zwarta zabudowa jednorodzinna.


Jakub: I tak projektujesz teraz na poznańskim Strzeszynie. Wyjątkowe, starannie dopracowane domy o metrażu mieszkania. Przy nich ogródek, składzik, miejsce postojowe. Elewacje w ceramice na zamówienie. Całość to nieregularna kompozycja szeregowców wstawionych w brzozowy zagajnik, którego prawie nie wycięliście. Ta nowa jakość będzie na Strzeszynie konkurencją dla domów jednorodzinnych?

Szymon: Nie, bo Nowy Strzeszyn kosztuje, nie jest projektem budżetowym. To bardziej zamiennik mieszkaniówki wielorodzinnej niż domu na przedmieściach. Budując taki mały dom, musisz wyposażyć go w to samo, co większy budynek. Metr musi kosztować więcej, zwłaszcza że standard wykończenia jest wysoki. Potężny jest też koszt zachowania tych wszystkich drzew, choć klienci myślą czasami odwrotnie. Że inwestor chciał zaoszczędzić na sadzeniu nowych.


Jakub: Niektóre drzewa sam podlewałeś na budowie. W projekcie jest balkon, przez który przechodzi pień zachowanej brzozy.

Szymon: Drzewa mają dla mnie wielką wartość. Tworzą unikalny nastrój i mikroklimat, na Strzeszynie podporządkowałem im układ domów. Widzę też, że zaczynają doceniać je klienci — dorodne drzewo blisko domu pozwala im poczuć się wyjątkowo.


Jakub: Projektując Strzeszyn, inspirowałeś się między innymi projektami z książki „Małe zespoły mieszkaniowe” wydanej w Polsce przed prawie czterdziestoma laty.

Szymon: To bardzo ciekawe przykłady, głównie z Niemiec i Wielkiej Brytanii. Nie zestarzały się. To, co robimy na Strzeszynie, jest w Polsce czymś świeżym, choć nie odkrywamy nic nowego. To są lata siedemdziesiąte na świecie. Na „naszym” Strzeszynie jest więc ciasno, ale staramy się, aby wszystko było dobrze przemyślane. Mimo zagęszczenia domy ustawiliśmy tak, żeby z okien były dobre widoki, a mieszkańcy nie zaglądali sobie do mieszkań. Jest też stopniowanie przestrzeni: od publicznej, przez półprywatną, do prywatnej.

Są miejsca wspólne i wąskie przejścia między budynkami, ale też ogródki wydzielone pełnym ogrodzeniem, które dają poczucie intymności. To, co nam nie wyszło, to odsunięcie parkingów na obrzeża kompleksu. Polacy muszą widzieć samochód pod domem. Oczywiście można nie iść na ten kompromis, chwaliliby osiedle w gazetach i tak dalej, ale nie chodzi o to, żeby sobie stawiać pomniki. Deweloper padłby z braku kupujących i miałbym o jednego klienta mniej.

Nowy Strzeszyn, rzuty domu 4-pokojowego, 67,88 m²

rys.: © Insomia


Jakub: Na Strzeszynie po raz pierwszy zmierzyliście się z tematem urbanistycznym.

Szymon: Przekonałem się, jak wielką siłę ma urbanistyka, choć przedsmak poczułem, projektując kompleks wysokich budynków przy ulicy Botanicznej. Domy na Nowym Strzeszynie mają wysoki standard wykończenia, ale gdyby okryć je zwykłym tynkiem, broniłyby się równie dobrze. Architektura nie zrobi przestrzeni miasta. Żeby było dobrze, wystarczy dobry układ urbanistyczny i takie sobie domy. Chciałbym zatem dostać zlecenie na projekt budżetowego, ale starannie przemyślanego osiedla dla inwestora publicznego. Niestety, jak dotąd samorządy lub państwo nie śrubują w tym zakresie standardów, choć powinny. Jeśli ich oferta nie będzie konkurować z prywatnymi inwestycjami, to deweloperzy nie podniosą sobie dobrowolnie poprzeczki.


Jakub: Co powinno cechować te publiczne inwestycje?

Szymon: Po pierwsze, różnorodność polegająca na mieszaniu funkcji budynków i jakości mieszkań. Ale wuzetki i plany miejscowe często to uniemożliwiają. Zresztą może nie jesteśmy na to gotowi. Na Strzeszynie mamy budynek, który nazywamy „dziadkiem”. Na dole małe mieszkanie, a nad nim — dwupoziomowe. Zakładaliśmy, że można je połączyć: na górze rodzina, na dole dziadkowie. Ale to tylko nasze chciejstwo. Przecież deweloper nie powie klientowi, że sprzeda to tylko w takim układzie. Druga pożądana cecha: elastyczność. Na przykład: dom z projektem nadbudowy, którą sobie zrobisz później. Tylko wyobraź sobie, jak występujesz o pozwolenie na rozbudowę, a stroną postępowania będą wszyscy dookoła. Koszmar. A wizja jest taka: przyjeżdża dźwig i stawia ci na dachu dodatkowy prefabrykowany pokój. Świetny jest też koncept Araveny. Pół domu zbudowane, a reszta do uzupełnienia we własnym zakresie. U nas prawie niewykonalne przez przepisy i niechęć urzędów do kreatywnego działania.

       

Biurowiec Jet Office przy ul. Piątkowskiej w Poznaniu – dynamiczna, zadziorna forma północnego narożnika wynika z kształtu wąskiej trójkątnej działki; mimo że forma budynku może wydawać się silnym akcentem, to idealnie wkomponowała się w otoczenie

fot.: Fotoarchitektura.pl, © Insomia


Jakub: Co po Strzeszynie? Biurowce? Macie kilka udanych realizacji tego typu.

Szymon: Nie mam teraz takiego zlecenia, ale chętnie, bo biura robi się łatwiej. Wolny rzut i skupienie się na formie. Mieszkaniówka jest trudniejsza. Ale więcej roboty, to i więcej zabawy. Robimy więc kolejną enklawę: bliżej centrum Poznania. Na razie ujawnię tyle, że to znów mała skala i jeszcze większa gęstość.


Jakub: Nie lubisz wielkiej skali. Po dużym projekcie osiedla przy Botanicznej poczułeś zmęczenie i odchudziłeś pracownię, rozstałeś się też ze wspólnikiem.

Szymon: Uznaliśmy wspólnie, że duża pracownia ekonomicznie nie ma sensu. To więcej kłopotów, zajmowanie się głównie biznesem. Ja czuję potrzebę bycia w projekcie. Nie jestem architektem, który rzuca pracownikom temat i jedzie podpisywać umowy. Zatrudniam teraz pięć osób, kiedyś — maksymalnie — dwadzieścia cztery. Dziś wiem na pewno, że nie chcę dużej pracowni. Praca pochłania wszystko i życie mija. A ja planuję też jeszcze trochę pobrykać, pouciekać.


Jakub: Po pracy nad Botaniczną poszedłeś pieszo do Santiago de Compostela.

Szymon: No i teraz krążą plotki, że jestem buddystą i potrafię z dnia na dzień wyjechać na cztery miesiące do klasztoru. Tymczasem to była cezura między jednym a drugim etapem pracy zawodowej. Żadnych pobudek religijnych. Zresztą nie zniknąłem, byłem w kontakcie, nie wyjechałem nagle. Wędrowanie dało dystans i energię do dalszej pracy. Bardzo lubię ten zawód, ale nie chcę z biurka wpaść prosto do trumny.


Jakub: Może czas podzielić się doświadczeniem? Nie chcesz wykładać na uczelni?

Szymon: Miałem propozycje, ale na razie brakuje mi czasu. Kiedyś chętnie wrócę do tego tematu. Teraz chcę jeszcze czerpać satysfakcję z projektowania. Bo, jeżeli przyjmiemy, że z architektury nie ma wielkich pieniędzy, a nawet gorzej: że w stosunku do zarobków ryzyko w tym zawodzie jest tak ogromne, że nie powinno się go uprawiać, to pozostaje satysfakcja. Żeby ją mieć, muszę próbować stale czegoś nowego. To mój sprawdzony sposób, żeby nie oszaleć.

rozmawiał: Jakub Głaz

Głos został już oddany