okno zamknie się za 5

computer zapisz w ulubionych

Konkurs najlepszą drogą do nowej jakości przestrzeni w mieście

03 listopada '20

Z Bohdanem (Bisiem) Lisowskim, prezesem Stowarzyszenia Architektów Polskich, rozmawia Katarzyna Jagodzińska.

Bogdan (Biś) LisowskiBohdan (Biś) Lisowski — od 2019 roku Prezes Stowarzyszenia Architektów Polskich. Zaangażowany w działalność na rzecz SARP od 1999 roku, wcześniej między innymi Prezes SARP Oddział Kraków (2012–2019) i Sekretarz Rady Prezesów SARP (2015–2019). Zorganizował Międzynarodowe Biennale Architektury Kraków 2015 „Ludzki wymiar miejskiej przestrzeni”, MBA Kraków 2017 „Podwórze — pole wyobraźni” oraz MBA Kraków 2019 „Połączenia — miasto i rzeka”. W latach 2013–2019 współorganizował kilkanaście konkursów architektonicznych, w tym na Małopolskie Centrum Nauki, Centrum Języka i Literatury „Planeta Lem”, Centrum Muzyki w Krakowie oraz Muzeum Stanisława Wyspiańskiego. Absolwent Wydziału Architektury Politechniki Krakowskiej (1994), dyplom Usability Engineering in Software Development PG i ETH Zurich, wykładowca akademicki od 1996 (Politechnika Krakowska, ASP w Krakowie, Krakowska Akademia im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego), właściciel firmy Biś Computers (Autodesk ATC, AAP, ACC, VAR) zajmującej się szkoleniami z zakresu oprogramowania wspomagającego projektowanie architektoniczne CAD i BIM oraz certyfikacją ECDL i Autodesk.


 

Katarzyna Jagodzińska: Jednym z celów działania Stowarzyszenia Architektów Polskich jest wysoka jakość architektury, przestrzeni i środowiska, a sposobami realizacji — promowanie, organizowanie i udział w przygotowywaniu konkursów architektonicznych. Zacznijmy rozmowę od formuły konkursowej wypracowanej przez SARP.

Bohdan (Biś) Lisowski: Pierwszy postulat organizacji konkursu przez środowisko architektoniczne w Krakowie został sformułowany w 1878 roku, rok po założeniu Krakowskiego Towarzystwa Technicznego — z którego wywodzi się SARP — i dotyczył gmachu Kasy Oszczędności, z kolei trwający obecnie konkurs na Krakowskie Centrum Muzyki ma numer SARP 996. Konkursy współorganizowane przez SARP są numerowane, otrzymują przez to swego rodzaju gwarancję stowarzyszeniową. Zapewne drugie tyle stanowią konkursy nienumerowane — organizowane lokalnie przy wsparciu oddziałów stowarzyszenia, które często z różnych powodów nie przeszły na poziom umożliwiający otrzymanie numeru. SARP zatem od zawsze zajmuje się organizowaniem konkursów.

Stowarzyszenie jako jedyna organizacja architektoniczna w Polsce dysponuje zasobami ludzkimi, przede wszystkim sędziami konkursowymi SARP. Wybór jest najwyższą nobilitacją środowiskową i jednocześnie najbardziej demokratycznym z możliwych rozwiązań — sędziowie są wybierani w tajnym głosowaniu. Tu nie da się nikogo powołać bez mandatu społecznego. Były próby przejścia na system nominacji dożywotnich dla sędziów konkursowych, to jednak uważam za daleko nieroztropną decyzję, bo zabetonowałaby nam struktury sędziowskie. Jak na razie wybieramy sędziów na kolejne kadencje, które trwają cztery lata. Zamawiającym, którzy się do nas zwracają o współorganizację konkursów, oferujemy jako część składu sądu konkursowego właśnie ten zasób ludzki.

Oczywiście SARP nie ma monopolu na organizację konkursów. Są konkursy organizowane przez zamawiającego bez współpracy ze stowarzyszeniem. Prywatny inwestor może organizować konkursy, jak chce. Jeżeli prosi nas o pomoc, to my chętnie się włączymy. Jeśli jednak prosi naszych sędziów o pomoc, poza stowarzyszeniem, to mamy dylemat, zwłaszcza jeśli regulamin w takim konkursie nie spełnia naszych stowarzyszeniowych reguł. Najczęściej jednak współpracujemy z zamawiającymi publicznymi realizującymi zadania konkursowe w oparciu o prawo zamówień publicznych.

Zawsze, kiedy ktoś nas prosi o spotkanie, to rozmowę zaczynamy od końca — pytamy, na kiedy oczekuje rezultatu konkursu. To jest przeważnie moment, kiedy nastaje niezręczna cisza, bo zamawiającemu wydaje się, że rezultat może mieć za miesiąc, góra dwa. Gdy dowiaduje się, że procedura konkursowa trwa od sześciu do dziewięciu miesięcy, to nagle zaczyna rozumieć, że to jest coś innego, niż zakładał terminowo, budżetowo, inwestycyjnie… Bazując na prawie zamówień publicznych, biorąc pod uwagę wszystkie terminy administracyjne, nie jesteśmy w stanie radykalnie skrócić tego czasu.

Podczas takiej rozmowy zazwyczaj zderzamy się z dwoma terminami. Jeden to „na koniec roku”, aby dało się wszystko administracyjnie i księgowo rozliczyć, czyli najpóźniej październik, listopad, podczas gdy samą rozmowę zaczynamy w czerwcu i już jest ciasno. Drugi to koniec kadencji. Nie tylko w Polsce samorządy czy władze na poziomie krajowym żyją kadencjami — kalendarz parlamentarny wynosi cztery lata, kalendarz samorządowy obecnie pięć lat. Największy wysyp konkursów mamy w ostatnim roku kadencji, bo myśli się nie długofalowo, nie dekadami, tylko kadencjami. Władza, która chciałaby być wybrana ponownie, musi się czymś pochwalić. Dlatego wynik ma być przed wyborami.

My najczęściej postulujemy konkursy dwuetapowe. Taki konkurs niestety przedłuża całą procedurę i jest organizacyjnie bardziej kosztowny, ale zysk z niego to szansa dla zamawiającego i jury na refleksję po pierwszym etapie. Wtedy unika się pewnej przypadkowości wyboru, a przede wszystkim drugi etap daje możliwość udzielenia konkretnych wytycznych czy rekomendacji ze strony zamawiającego po to, aby rezultat lepiej spełniał oczekiwania. Konkurs jednoetapowy jest ogromnym drenażem pracowni architektonicznych. Trzeba przygotować minimum cztery plansze, choć często wymaganych jest więcej — sześć, osiem, dziesięć. Czasami należy przygotować fizyczną makietę. To powoduje, że koszty uczestnictwa są niezwykle wysokie. Jeżeli robimy konkurs dwuetapowy, to w pierwszym etapie chcemy dostać szkicowo ideę koncepcji i następnie jury kwalifikuje do drugiego etapu te prace, które wzbudziły zainteresowanie i uznanie członków jury. W drugim etapie mamy zwrot kosztów, czyli jeśli zespół zaproszony do drugiego etapu, złoży pracę, zgodną z regulaminem, to ma zapewniony zwrot kosztów do pewnej wysokości. Zwrot kosztów jest terminem umownym, bo on nigdy nie zwraca ich w pełni, niemniej jakieś wynagrodzenie za wykonaną pracę jest w ten sposób zagwarantowane.

SARP zajmuje się najczęściej przygotowaniem regulaminu konkursu, harmonogramu, podpowiada wysokość nagród, tak aby nie były one nieproporcjonalne do zadania konkursowego. Z punktu widzenia zamawiających czy prawników już sam start w prestiżowym konkursie jest dla architektów nagrodą, którą można sobie wpisać do portfolio. Znamy konkursy, realizowane bez udziału stowarzyszenia, które zakończyły się klęską, w których nagrody były niedoszacowane. Uważamy, że konkurs zawsze powinien kończyć się nagrodą. Podpisanie umowy nie jest nagrodą, to element procesu inwestycyjnego.

Staramy się pomagać we wszystkich aspektach związanych z promocją konkursu. Organizujemy dyskusje pokonkursowe, nigdy podczas ogłoszenia wyników, kiedy emocje są zupełnie inne, tylko tydzień czy dwa tygodnie później, kiedy jest czas na refleksję. Zapraszamy laureatów do autorskiej prezentacji koncepcji konkursowej, robimy dyskusję z jurorami i mieszkańcami. Staramy się też, aby zaistniało wydawnictwo pokonkursowe, w którym prezentowane są nagrodzone prace. To materialne podsumowanie konkursu.


Katarzyna: To sytuacja, w której inwestor zgłasza się do SARP. A czy SARP też lobbuje u inwestora, aby do współpracy doszło?

Biś: W przypadku prywatnych inwestorów zdarza się to sporadycznie. W Krakowie odbyły się dwa konkursy, które zorganizowaliśmy dla prywatnego inwestora budującego osiedle mieszkaniowe. Deweloper zdecydował się nie zbierać koncepcji projektowych za darmo — to jest naganna praktyka, którą często spotykamy — lecz właśnie przeprowadzić konkursy. Jeden z nich został przeprowadzony na osiedle Ozon na Górce Narodowej. W przypadku inwestycji publicznych planuje je samorząd i często mówi się o nich w przestrzeni publicznej. Wtedy mamy szansę zaoferować odpowiednio wcześnie naszą dyspozycję. Jeśli jesteśmy zaangażowani od początku, to szansa na sukces rośnie. Kiedy jesteśmy angażowani na samym końcu, to często z punktu widzenia naszych wewnętrznych regulaminów i zasad konkursowych dokumenty, które zamawiający ma już przygotowane, najczęściej przez kancelarię prawną, wymagają ogromnych zmian. Kancelarie mają tendencję do nadgorliwego zabezpieczania interesu zamawiającego. To jest oczywiście działanie na rzecz klienta, ale zamawiający publiczny nie ma świadomości, że poszczególne zapisy w umowie w momencie kryzysowym tak naprawdę nie są zagrożeniem dla projektantów, tylko dla zamawiającego. My tłumaczymy, w którym miejscu nie należy zbytnio dokręcać śruby. Podam przykład: jeśli kary umowne są niesymetryczne, czyli projektanci mają drakońskie kary za opóźnienia, a zamawiający nie, to może dojść do sytuacji, że projektantowi będzie korzystniej odstąpić od umowy, niż brnąć w kary. Wtedy zamawiający zostaje z niczym. Trzeba więc wyważyć, na ile kary powinny stanowić element dyscyplinowania projektantów, a na ile jest to środek zabezpieczający zamawiającego, ale w taki sposób, żeby sukces był wspólny.

Filharmonia im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie, projekt: Barozzi Veiga

fot.: Milenya Villalba Montoya


Katarzyna: Biorąc pod uwagę ferment, jaki narasta wokół konkursów architektonicznych, mnożą się wątpliwości czy konkurs to najlepsza formuła wyboru projektu, a w każdym razie konkurs organizowany na obecnych zasadach. Bo rzeczywiście nie zawsze przynoszą one spodziewane rezultaty.

Biś: Konkurs może się nie udać. Istnieje wiele aspektów, które powodują, że konkurs ma mniejsze szanse na sukces. Jeśli mamy do zaprojektowania bardzo skomplikowany obiekt, to wrzucenie go w formułę konkursu jednoetapowego zwiększa ryzyko niepowodzenia. Nie jest też specyfiką konkursów architektonicznych w Polsce, że kończą się niczym, to znaczy, że nie dochodzi do podpisania umowy i do inwestycji. To jest powszechne na świecie. Muzeum na Akropolu w Atenach, które ostatecznie wygrał Bernard Tschumi, powstało w wyniku trzeciego z kolei konkursu.

Może się okazać, że konkurs zakończy się sukcesem i wybraniem dobrej z punktu widzenia architektonicznego i funkcjonalnego pracy, ale nie będzie realizowany, bo zmieniają się priorytety. Znamy przykłady, kiedy inwestycje zostają odsunięte „na później”. Niesmak pozostaje, my jednak nie możemy z tym nic zrobić.

Konkurs może zostać oprotestowany przez jego uczestników. Istnieje Krajowa Izba Odwoławcza, organ umocowany w ramach Urzędu Zamówień Publicznych, i każdy, kto uważa, że został poszkodowany, ma prawo się odwołać. Mamy doświadczenie również takich sytuacji, kiedy rozstrzygnięcie nastąpiło na korzyść zamawiającego. Proces ten przedłuża procedurę konkursową, bo jeżeli po ogłoszeniu wyników ktoś w uzasadniony sposób odwoła się do KIO, to konkurs pozostaje niezakończony do czasu ogłoszenia werdyktu.

Kłopotem w konkursach jest znalezienie złotego środka pomiędzy progiem wejścia a dostępnością konkursu. Progiem wejścia określam kwalifikacje, jakie powinni spełniać uczestnicy, żeby mogli złożyć prace. Przeważnie wiąże się to z doświadczeniem projektowym. Zapisy regulaminu jednoznacznie określają, że dany uczestnik, aby dostać zaproszenie do złożenia pracy, musi złożyć oświadczenie o realizacji, na przykład, obiektu użyteczności publicznej o powierzchni użytkowej nie mniejszej niż x. Często mieliśmy dylemat w dyskusji z zamawiającym — zbytnie wyśrubowanie tego warunku, szafowanie metrażem nie jest na korzyść zamawiającego. Powstaje pytanie, co my tak naprawdę chcemy sprawdzać: to, czy dany uczestnik przeszedł procedurę inwestycyjną zakończoną realizacją obiektu użyteczności publicznej, czy że zrealizował określone metry kwadratowe? Z punktu widzenia przejścia tej procedury inwestycyjnej, nie ma żadnego znaczenia, czy obiekt ma dwa tysiące metrów kwadratowych czy piętnaście. Może dojść do niezręcznej sytuacji, w której bardzo zacny zespół projektowy, któremu brakuje tysiąc metrów, a ma realizacje powszechnie uznawane i nagradzane, nie będzie mógł wystartować. Jest też druga szkoła, że skoro uprawnienia architektoniczne są bez ograniczeń, to nie powinno się ustawiać jakiegokolwiek progu wejścia, czyli że każdy architekt mający uprawnienia może wystartować, bez względu na doświadczenie lub jego brak. Zamawiający najczęściej nie chcą ponosić takiego ryzyka. Mamy błędnie interpretowany zapis unijny mówiący, że zleceniobiorca wykazuje się podobnymi zleceniami zrealizowanymi w ostatnich trzech latach, co w procesie inwestycyjno-budowlanym jest absurdem. To było przedmiotem żartów przy okazji konkursu na ambasadę polską w Berlinie — mówiono, że trzeba było zastosować zapis, że uczestnicy mają się wykazać realizacją co najmniej jednej ambasady w ostatnich trzech latach. Tylko że Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie przeprowadzało w tamtym czasie takiego konkursu.

Konkurs na Panteon — Mauzoleum na Powązkach w Warszawie nie miał ograniczeń. Wygrali go młodzi ludzie, którzy dopuścili się plagiatu. Zabrakło odpowiedzialności zawodowej, bo wydawało się im, że to jest dopuszczalne. Odbyło się ogłoszenie wyników, wywiady, zdjęcia, artykuły w gazetach, a następnego dnia okazało się, że bardzo podobny projekt już gdzieś wygrał. Sprawa dotyczyła projektu firmy Bjarke Ingels Group w Kopenhadze. Jeden z młodych architektów, który miał okazję pracować w BIG jako stażysta, znał ten projekt. To jest skrajny drugi przykład — jeśli niczego nie weryfikujemy, może się okazać, że mamy kłopot.

Uważam, że jeżeli ma być próg, to niech będzie niski i sprawdza to, co chcielibyśmy wiedzieć, ale rozumiem też zamawiających, że nie chcą puścić tego na żywioł. Zwłaszcza że większość zamawiających korzysta ze środków finansowych z różnych źródeł, w tym środków unijnych, które mają swój kalendarz pozyskiwania, i oni nie mogą powtarzać procedury konkursowej. Staramy się podpowiedzieć, jak wszystko urządzić, aby mieć z czego wybierać. Z naszego doświadczenia wynika, że między trzydzieści a pięćdziesiąt procent pracowni, które zgłoszą się do konkursu, prześle prace. Jeśli mamy cztery prace złożone w konkursie, to znaczy, że coś jest nie tak — warunki są zbyt zamykające, nagrody nieciekawe albo jury nie wzbudza zaufania.

Odpowiadając przez siedem lat za krakowski oddział SARP muszę powiedzieć, że współpraca z Małopolskim Urzędem Marszałkowskim była bardzo pozytywną lekcją. Osoby w urzędzie, które zajmowały się inwestycjami i sprawami konkursowymi, były zawsze niezwykle kompetentne i ukierunkowane na społeczny interes danej inwestycji.


Katarzyna: Władze Krakowa nie kryją rezerwy i rozczarowania procedurami konkursowymi. Argumenty miejskiego inwestora za organizacją przetargów to oszczędność czasu i pieniędzy.

Biś: Mieszkamy w mieście, które jest wpisane na pierwszą Listę światowego dziedzictwa UNESCO. Krakowski oddział SARP opracował mapę współczesnej architektury Krakowa obejmującą obiekty zrealizowane po 2000 roku. To obiekty powszechnie uznane, zrealizowane w trybie konkursu architektonicznego: Małopolski Ogród Sztuki, Cricoteka, ICE, MOCAK, Tauron Arena, Muzeum Lotnictwa Polskiego, Hala 100-lecia Cracovii i tak dalej. Dowodzą one, że procedura konkursowa jest najlepszym sposobem pozyskiwania wysokiej jakości nie tylko w architekturze, lecz także w przestrzeni publicznej. Sytuacja, w której przy ulicy Karmelickiej ma powstać park — jest to jakże cenna inicjatywa obywateli w ramach budżetu obywatelskiego — w mieście, do którego przyjeżdża czternaście milionów turystów rocznie, i ma on być realizowany w ramach przetargu, w którym uczestnicy mają się zrzec swoich praw autorskich, gdzie z pięciu złożonych propozycji, najniższa opiewa na sto tysięcy złotych, to moim zdaniem nie jest oszczędność, tylko nonszalancja. Ostatnie takie miejsce w otoczeniu Starego Miasta! Nie jest sztuką tanio kupić, sztuką jest zrobić to na lata. Obiekty, które przywołałem, były realizowane w ramach konkursów architektonicznych i one bronią się same. Procedura przetargowa, w której wybiera się wykonawcę, mającego złożyć najniższą ofertę albo wybiera wykonawcę w trybie, który w Polsce nie działa najlepiej, choć powszechnym na zachodzie, czyli zaprojektuj i wybuduj, nie jest w moim mniemaniu dbaniem o przestrzeń publiczną, za którą wszyscy jesteśmy odpowiedzialni. Przetarg z całą pewnością nie jest najtańszym rozwiązaniem. Na krótką metę zapewne tak, na dłuższą na pewno nie. Decyzje, które dotyczą przestrzeni publicznej, powinny być traktowane inaczej niż remont pasa drogowego. Dlatego nie zgadzam się, gdy o ważnych miejscach zagospodarowania przestrzennego w Krakowie rozstrzyga się w sposób, którego nie można nazwać najwyższym staraniem o najlepsze rozwiązanie.

Może dzieje się tak dlatego, że procedura konkursowa jest nieprzewidywalna. Ale chwała jej za to. Procedura konkursowa daje szansę na zrobienie czegoś, co nie zostało przewidziane przez urzędników. Jest wiele światowych przykładów znakomitych realizacji, kiedy jury konkursu wybrało pracę, która wykraczała poza regulamin lub wręcz nie spełniała ścisłych zapisów tego regulaminu, ale z punktu widzenia jakości architektury, rozwiązań funkcjonalno-przestrzennych ewidentnie wnosiła nową wartość. Wtedy jest szansa. Procedura przetargowa takiej szansy nie daje.


Katarzyna: Czy uważa Pan, że należy coś naprawić w procedurze konkursowej?

Biś: Często narzekamy, że w naszych konkursach nie biorą udziału biura architektoniczne światowej sławy. Powód jest prosty: mamy za niskie nagrody oraz drakońskie warunki finansowe, jeśli chodzi o umowę. W Polsce za prace projektowe mamy wpisany procent od inwestycji — od czterech do sześciu, natomiast standard w Niemczech to od dziesięciu do dwunastu. Choćby w tym aspekcie jest dużo do nadrobienia. W bibliotece dobrych przykładów konkursowych mamy rozwiązania, które są znakomite i zostały wykonane w bardzo ścisłym reżimie finansowym. Konkurs nie musi oznaczać realizacyjnego przepalenia finansowego inwestycji. On często okazuje się droższy w realizacji niż zamawiający to założył, ale jest tak z wielu powodów. Po pierwsze z niedoszacowania inwestycji, co jest powszechne. A po drugie, ponieważ konkurs w oparciu o prawo zamówień publicznych jest przyrzeczeniem publicznym, to wiąże się z decyzją administracyjną, czyli uchwałą rady miasta czy sejmiku województwa o przeznaczeniu środków na daną inwestycję. Jeżeli te środki są niewystarczające, to zamawiający nie może podnieść ich w regulaminie, bo jest związany tym przyrzeczeniem publicznym. Nawet jeżeli ma świadomość, że w kolejnym roku dołoży te pieniądze, to nie może tego założyć w regulaminie.

SARP zawsze miał marzenie, że przygotuje wzorcowy regulamin konkursowy, taki „wzorzec metra”, który wszyscy będą mogli zastosować. Okazuje się, że to jest nierealne. Mamy co prawda na naszej stronie wzór regulaminu jedno- i dwuetapowego, ale każde zadanie konkursowe jest indywidualne i każde wymaga precyzyjnego dookreślania zapisów takiego regulaminu. Dla nas nie jest sukcesem to, że konkurs odbędzie się proceduralnie poprawnie — sukcesem jest realizacja inwestycji. Jeśli przeprowadzimy fenomenalny konkurs, ze znakomitymi sędziami, atrakcyjnym regulaminem i on nie skończy się realizacją, to mamy niedosyt. Dlatego zawsze podczas rozmowy z zamawiającym skupiamy się na celu, danym obiekcie, a nie na znakomitej procedurze. Procedura, która nie wyłoni laureata mogącego podpisać umowę, jest dla nas nieszczęściem.


Katarzyna: Nieudane przykłady są często przywoływane i podawane jako koronny dowód, że nie warto konkursów organizować lub że należy się poważnie zastanowić, czy warto. Jakie są Pana zdaniem najbardziej udane konkursy i pokonkursowe realizacje, które można by stawiać za przykład?

Biś: Wydaje mi się, że takim konkursem był konkurs na Cricotekę, który stworzył ikoniczny budynek w Krakowie. Ten budynek może się podobać lub nie, ale bez dwóch zdań dał zupełnie nową jakość. Proszę zobaczyć, jak wybrzeże Wisły od strony Podgórza, właśnie w tym miejscu, się przekształciło. To były tereny przemysłowe, teraz tętnią życiem. To się stało również dzięki kładce pieszo-rowerowej Ojca Bernatka. Nic nie jest tak miastotwórcze i nie działa prospołecznie jak kładka. Następnie konkurs, w wyniku którego powstała Tauron Arena, obiekt bardzo pożądany w Krakowie, bo wreszcie dzięki niemu można rozgrywać u nas duże turnieje klasy mistrzowskiej w siatkówce i innych sportach zespołowych czy organizować wielkie koncerty z kilkunastotysięczną publicznością. Na pewno świetny obiekt mamy dzięki konkursowi na stadion Cracovii, który wygrała hiszpańska firma Estudio Lamela. Uważam, że to jest niezwykle taktownie wpisany w tkankę miejską obiekt sportowy, w sąsiedztwie Muzeum Narodowego, dawnego hotelu Cracovia i Błoń. Proszę sobie teraz wyobrazić, że te wszystkie obiekty byłyby realizowane w drodze przetargu. Nie wiem, czy dzisiaj mielibyśmy o czym mówić…

Najlepszym przykładem w Polsce jest konkurs na Filharmonię im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie. Wygrało go dwóch młodych ludzi, którzy mają biuro w Barcelonie, Alberto Veiga i Fabrizio Barozzi. Rozstrzygnięcie konkursu było dyskusyjne, obrady jury burzliwe, werdykt sądu konkursowego niejednogłośny. Powstał obiekt, który jest niezwykły pod względem oddziaływania na tę część Szczecina. Szczecin został bardzo zniszczony podczas nalotów alianckich w czasie wojny, a potem zlekceważony w zakresie odbudowy historycznej tkanki miasta. Ten obiekt dał miastu zupełnie nową szansę. Potem powstało obok Centrum Dialogu Przełomy, fantastyczny budynek-plac autorstwa Roberta Koniecznego, który zachował niezwykły umiar w stosunku do otaczającej go zabudowy, uzyskując synergiczną wartość całego tego miejsca. Nie chcę przewartościowywać i porównywać tego, co się stało w Szczecinie, do efektu Bilbao, ale Szczecin dostał pierwszorzędną architekturę. Filharmonia to jest jedyny obiekt w tej części Europy, który jest laureatem prestiżowej nagrody im. Miesa van der Rohe. I to jest najpiękniejszy przykład, że w wyniku konkursu może powstać obiekt, który stwarza nową jakość w mieście, ma wpływ na całe otoczenie. Zapewniam, że tam już niczego nie zepsują, bo władze miasta wiedzą, że konkurs architektoniczny daje im coś zupełnie nieuzyskiwalnego w innej postaci. Zresztą Szczecin organizuje dużo konkursów i być może jest to spowodowane właśnie tą wspaniałą filharmonią.

rozmawiała: Katarzyna JAGODZIŃSKA


Wrześniowy numer A&B poświęcony był konkursom architektonicznym w Polsce. Bezpłatne ewydanie znajdziecie tutaj.

 

Głos został już oddany