W rotterdamskim laboratorium architektury

computer zapisz w ulubionych

W rotterdamskim laboratorium architektury

05 lutego '19

O znanych, dużych biurach architektonicznych mówi się wiele. Słyszymy , że normą jest w nich wyzysk, praca poza godzinami, niepłatne nadgodziny, brak wolnego, a jak czegoś się nie umie, to można się dowiedzieć, że przecież na nasze miejsce czeka kilka tysięcy innych kandydatów… A stażyści to już zupełnie nie mają tam prawa głosu. Jest w tym trochę prawdy, jak w każdej plotce, ale nie możemy popadać w skrajności. Nawet jeśli zdarzy się któraś z wymienionych wyżej sytuacji, to przecież my — studenci sami do tych biur się pchamy!

Po udanej obronie dyplomu inżynierskiego, pod koniec lutego 2016 roku przyjeżdżam do Rotterdamu [por. A&B 7–8/2016]. W biurze czeka na mnie przedstawicielka HR oraz czternastu innych stażystów, którzy dostali się do różnych działów: od architektury, przez wizualizacje, po PR. Po wyjaśnieniu zasad panujących w biurze i podpisaniu umów zostajemy oprowadzeni po pracowni, gdzie po kolei musimy się przedstawić i uścisnąć dłoń każdemu, czyli ponad stu osobom… Następnie każdy z nas zostaje przydzielony do innego zespołu projektowego, składającego się z od czterech do sześciu osób, z project ­leaderem na czele. Nad każdym projektem czuwają jednak Winy Maas, Jacob van Rijs lub Nathalie de Vries. W zależności od części biura można tam wyróżnić drużyny różnych narodowości. Są one potocznie nazywane: „Asian corner”, „Dutch corner”, „German corner”, „French corner”, a z czasem pojawia się nawet mały „­Polish corner”.

wnętrze pracowni przypomina bardziej atrakcyjną przestrzeń publiczną lub nowoczesną mediatekę niż biuro

wnętrze pracowni przypomina bardziej atrakcyjną przestrzeń publiczną lub nowoczesną mediatekę niż biuro

fot.: Ossip van Duivenbode © MVRDV

praca po godzinach

Dołączam do holenderskiego zespołu zajmującego się fazą definitive design, czyli odpowiednikiem polskiego projektu budowlanego, tylko z większą ilością detali czy rysunków (nie są one jednak tak zaawansowane jak rysunki wykonawcze, które podlegają pod ­super definitve design i zazwyczaj zlecane są mniejszym firmom bądź pracują przy nich osoby z większą wiedzą konstrukcyjną niż architektoniczną). W związku z tym przez pierwszy tydzień pomagam przy projekcie Cultural Cluster w Zaanstad. Wykonuję proste prace typu adaptacja parkingu dla rowerów, elewacje, widoki, czy też proste schematy. Jako początkujący stażysta oswajam się z biurem i wykonuję czynności mające na celu szybkie domknięcie projektu.

Następnie zostaję przerzucony do włosko-francuskiego zespołu, prowadzonego przez Jacoba van Rijsa, który zaczyna właśnie drugą fazę zamkniętego konkursu na projekt nowej marki hosteli. Pierwsze tygodnie spędzamy nad całą otoczką pomysłu i na projektowaniu nowej marki, a następnie ruszamy z projektem architektonicznym. W tym momencie zaczynam odczuwać, co to znaczy pracować w MVRDV. Nasza praca nie polega na projektowaniu zwykłych pokoi hotelowych. Robimy wielodniowy research, a następnie staramy się wręcz wymyślać ich nowe rodzaje, które na małych przestrzeniach będą w pełni funkcjonalne i adaptowalne do każdych warunków. To takie architektoniczne laboratorium, którym ta pracownia jest na co dzień. Im bliżej oddania projektu, tym częściej zdarzają się nadgodziny, za które rekompensatą może być na przykład… kolacja zamówiona na koszt pracowni.

wspólny posiłek

wspólny posiłek zespołu MVRDV w ich rotterdamskiej pracowni

fot.: Ossip van Duivenbode © MVRDV

liczy się tylko dobry projekt

W kolejnych miesiącach pracuję w holenderskim zespole, który zajmuje się projektem nowego osiedla w Amsterdamie — Westerpark West. MVRDV stworzyło tam cały master­plan i miało okazję zaprojektować osiem z czternastu budynków. Inwestor nie chciał bowiem, aby wszystkie bryły pochodziły od jednej pracowni. Ponieważ deadline wymaga, aby do końca roku wszystkie budynki miały pozwolenie na budowę, każdy z członków zespołu zajmuje się jednym lub dwoma budynkami. Tym samym mam okazję, z pomocą ­project leaderów, zajmować się szczegółowo dwoma budynkami przez kilka miesięcy. Jest to faza sketch design, w efekcie której oddajemy klientowi tzw. ­booklet na kilkadziesiąt stron, zawierający wszystkie rysunki, schematy ideowe, zagospodarowanie, koncepcje, szkice itp. Oczywiście, towarzyszą temu także charakterystyczne modele z niebieskiej pianki, spotkania z klientem (tylko ­project leader bądź Nathalie de Vries jako zwierzchniczka) oraz z konstruktorami. Na tych ostatnich mam okazję bywać często. Powszechna praktyka jest tu taka, że architekci konsultują się z różnymi branżystami, konstruktorami, technikami, aby jak najszybciej znaleźć możliwe i wykonalne rozwiązania. Wiele z nich jest bardzo abstrakcyjnych jak na polskie warunki, jednak praca w MVRDV pokazuje, że dosłownie wszystko da się zrobić i tylko budżet może nas ograniczyć.

Przez pewien czas pracuję nad projektem w Newark, gdzie należy przedstawić koncepcję adaptacji starego magazynu na biurowiec. W MVRDV nigdy nie kończy się na jednym pomyśle. Zaczynamy od modelu 3d całego terenu wokół, a następnie wymyślamy od dwudziestu do trzydziestu uzasadnionych brył. Ostatecznie wybieramy, w zależności od fazy projektu czy też wymagań klienta, od jednej do trzech najlepszych koncepcji, niezależnie kto je wymyślił. Jeśli są dobre — przechodzą. I tylko to się liczy.

W międzyczasie, w dwa tygodnie robimy zamknięty konkurs na pawilon dla siedziby holenderskiego banku, który ma pełnić funkcję towarzyską (w Holandii jest tradycja, że w piątki w wielu firmach pracownicy integrują się przy alkoholu i przekąskach, jest to tzw. borrel). Następnie mam okazję pomagać przy projekcie mieszkaniówki w Waszyngtonie oraz biurowca w Leiden.

nowy bydynek pracowni MVRDV

nowy bydynek pracowni MVRDV

fot.: Ossip van Duivenbode © MVRDV

nowa siedziba

W czerwcu 2016 roku pracownia MVRDV zmienia swoją siedzibę. Przenosi się do centrum Rotterdamu. Nowy budynek zostaje w pełni zaadaptowany na potrzeby architektów. Posiada nie tylko modelarnię, ale również odpowiednią ilość kuchni, sal konferencyjnych (każda w innym kolorze, łącznie z meblami i sufitem), przestrzeń publiczną, bibliotekę materiałów, a nawet zielony play room z blatem do tenisa stołowego. Na środku znajduje się kilkudziesięciometrowy stół, przy którym między 12.30 a 13.30 wszyscy wspólnie jedzą drugie śniadanie. Pojawia się tam także trybuna, z której oglądamy wykłady bądź mecze… Wnętrze pracowni wypełniają elementy zieleni, o czym świadczy także to, że każdy pracownik ma do wyboru kwiatka, jakiego może postawić na swoim biurku.

współna praca w nieprzytłączających, jasnych, otwartych przestrzeniach pracowni

współna praca w nieprzytłączających, jasnych, otwartych przestrzeniach pracowni

fot.: Ossip van Duivenbode © MVRDV

wakacyjne barbecue

Pod koniec lipca odbywa się zawsze wakacyjne barbecue, organizowane przez pracownię. Wtedy też końca dobiegają półroczne staże. Każdy z nas, wprowadzony wpierw w miłych słowach przez project leadera, występuje przed publicznością i opowiada pokrótce o swojej przygodzie projektowej oraz o tym, czego się nauczył w MVRDV. Dostajemy również książki i indywidualnie zaprojektowane koszulki. Kto dotrwa do samego końca, ma możliwość przedłużenia swojego pobytu w Rotterdamie. W momencie gdy wyjeżdżam z miasta, pracownia liczy już sto pięćdziesiąt osób, czyli o połowę więcej, niż gdy przyjechałem. To tylko pokazuje skalę rozwoju i potencjału, jaki drzemie w holenderskim biurze.

***

Staż w MVRDV dał mi naukę, jakiej nie sposób przyswoić na uczelni. Pokazał też, że w architekturze nie ma limitów, a jeśli chodzi o pomysł, to ogranicza nas tylko wyobraźnia. W ciągu całego okresu udało mi się współpracować z Winy Maasem, Jacobem van Rijsem i Nathalie de Vries. Z każdym z nich projekt wyglądał zupełnie inaczej, jednak łączyło ich podejście do projektowania dla ludzi, łamania granic i wychodzenia spoza strefy bezpiecznych rozwiązań. Początkowo mój świat został wywrócony do góry nogami, zwłaszcza gdy po wielu godzinach pracy, gdy myślałem już, że zrobiłem coś dobrego, mój ­project leader poprosił: „Mikołaj, can we finally make ­something nice?”. To był ten moment, w którym miałem ochotę wszystko rzucić i wracać do Polski. Był to też moment, w którym przekroczyłem moje granice. Zbliżał się ­deadline, była druga w nocy, zostałem skrytykowany, mimo włożenia całej swojej pracy w projekt, i albo mogłem się poddać, albo zrobić coś lepszego. A ponieważ zostałem wybrany do piętnastki stażystów spośród trzech tysięcy kandydatów, wiedziałem dobrze, czemu tam jestem. Mimo wszystko nie żałuję tych przykrych dla mnie chwil, ponieważ efekty mojej pracy widziałem z dnia na dzień. Codziennie czułem, jak staję się coraz dojrzalszym architektem, miałem coraz więcej pomysłów, a moi koledzy pokazywali mi, że mogę wymyślić coś jeszcze lepszego. I to było piękne uczucie. Teraz pora tę naukę wcielić w życie i własne projekty. Co z tego wyniknie? Czas pokaże!

Mikołaj ZAJDA

fot.: Ossip van Duivenbode © MVRDV

 


 

DNA pracowni

Rozmowa z Jacobem van Rijsem, partnerem w pracowni MVRDV.

Jacob van Rijs

Jacob van Rijs

© MVRDV

Mikołaj Zajda: MVRDV zostało założone w 1993 roku. Czego się nauczyliście w ciągu tych dwudziestu kilku lat wspólnej pracy?
Jacob van Rijs: Cóż, w pewnym sensie, uczysz się rozwoju biura od samego początku, praktycznie od kiedy jeszcze jesteś w szkole. Tam jednak nie nauczysz się tego, jak postawić budynek na działce, ze wszystkim, co ma w sobie mieć aż do końca procesu. Ale wydaje mi się, że zachowaliśmy prawdziwego ducha, więc pamiętaj, aby za bardzo się nie zmieniać, utrzymać ten głód, tę postawę do odkrywania nowych rzeczy, nowych rozwiązań. Nie mów od razu, że coś jest niemożliwe, tylko po prostu spróbuj zrobić to lub coś podobnego. Spróbuj coś wynaleźć — to u nas nadal jest DNA pracowni. Po pewnym czasie jednak stwierdzasz, że nie chcesz popełniać znów tych samych błędów. Ostatecznie więc są to dwie rzeczy — chcesz zachować świeżość, ale nie być głupim. Chcesz być lepszy niż wcześniej, nie tracąc tego, do czego dążysz.

MZ: Czy myślałeś kiedyś, że Twoje biuro odniesie taki sukces i stanie się sławne na całym świecie? Było to bardziej marzenie czy jednak plan do osiągnięcia?
JvR: Właściwie to nie, nie był to plan. Mieliśmy szczęście, że w latach 90. było wiele możliwości dla młodych architektów i była swego rodzaju otwartość na nowe rozwiązania, więc zaowocowało to nowym pokoleniem holenderskich projektantów. Nagle, od trzech do pięciu naszych projektów zostało zrealizowanych w ciągu trzech lat, dosłownie wszystko, nad czym pracowaliśmy, zostało wybudowane. Normalnie tracisz projekty bądź stoją one w miejscu z wielu różnych powodów. Zatem nie mieliśmy nie wiadomo ilu realizacji, ale współczynnik sukcesu był bardzo wysoki od samego początku.

MZ: Biuro jest bardzo innowacyjne, właściwie jak architektoniczne laboratorium. Był to cel od początku, czy po prostu ludzie tu pracujący nadali taki ton?
JvR: Po części było to trochę nasze nastawienie od samego początku, zwłaszcza sposób, w jaki próbowaliśmy nowych rzeczy czy je łączyliśmy, jak np. research z konstrukcją. Tak że nie byliśmy jedynie papierowymi architektami, ale prawdziwymi, którzy projektowali nowe rozwiązania i próbowali nowych rzeczy, co nie jest łatwe w architekturze, bo jest ona pod tym względem bardzo konserwatywna. Gdy robisz coś, co jest choć trochę inne, nagle zyskujesz wiele uwagi. Towarzyszyła ona budynkowi WoZoCo z wielkimi wspornikami. Było to rozwiązanie, o którym nikt jeszcze nie słyszał. W końcu mieszkaniówka z tak szaloną konstrukcją? Ale holenderski klient był otwarty na nie i stwierdził, że skoro jest możliwe, to dlaczego nie? Potrzebujesz jednak odpowiedniego kontekstu, ludzi, aby to się udało. My dostaliśmy szansę, którą pozwolono nam wykorzystać. Potrzebujesz kogoś, kto obroni twoje pomysły w urzędzie oraz dobrego inżyniera. Wtedy to się udaje. W innym przypadku to nie zadziała. Możesz tego bardzo chcieć, ale to się po prostu nie uda.

MZ: Jak duży wpływ OMA możemy zobaczyć w MVRDV?
JvR: Cóż, obaj (z Winy Maasem) studiowaliśmy architekturę, po czym od razu, praktycznie po trzech dniach od obrony, zaczęliśmy pracować w OMA. Zatem w pewien sposób zostaliśmy wyćwiczeni i wyedukowani przez tę pracownię. Oczywiście, cała architektoniczna scena Rotterdamu jest bardzo ważna w kontekście koncepcyjnego podejścia do projektowania. Teraz jednak, po dwudziestu pięciu latach możesz zobaczyć między naszymi biurami wiele różnić. Ważne jest, aby powiedzieć, że przez całe życie pozostajesz lojalny swojemu mistrzowi. Nie jest to typowe w Holandii, tak jak np. w Japonii, ale bardzo dobrze jest móc przyznać, że w tych początkowych chwilach miałeś mistrza, który tak wpłynął na twoją karierę. Nie ma w tym nic złego.

MZ: Czy mógłbyś porównać MVRDV do klasycznych i najbardziej wpływowych architektów ostatniego stulecia, takich jak Mies van der Rohe, Le Corbusier, Norman Foster itp.?
JvR: Ha, ha… O mój Boże! To jest trudne pytanie. Nie stawiam się na równi z tymi osobistościami…

Mikołaj Zajda i Jacob van Rijs w nowej rotterdamskiej pracowni MVRDV

Mikołaj Zajda i Jacob van Rijs w nowej rotterdamskiej pracowni MVRDV

fot.: archiwum Mikołaja Zajdy

MZ: Prędzej czy później będziesz musiał!
JvR: Pewnie, historia pokaże, jaka była nasza pozycja. W holenderskiej szkole architektury zaczynaliśmy się uczyć od modernizmu. Nie zaczęliśmy pierwszych dni od stylu romańskiego, klasycyzmu, renesansu czy czegokolwiek innego. Ruszyliśmy od razu z początkiem dwudziestego wieku. Myślę, że wiele osób narzeka z tego powodu, że wszyscy architekci są wykształceni jako moderniści, a ludzie tego nie lubią. Więc był swego rodzaju ruch przeciw temu, z bardziej tradycyjną architekturą i myślę, że nasze projekty również z tym współgrają. Są zupełnie inne, ale prowadzą dialog z tradycyjnym mniemaniem. Jednocześnie są bardzo nowoczesne. Zobaczymy. Nasz dorobek jest bardzo zróżnicowany, ale zawsze towarzyszy mu odpowiednia idea, koncepcyjne podejście, które tłumaczy, dlaczego to robimy. Zawsze kryje się za tym pewna opowieść. Nie musimy znać historii, aby bawić się architekturą. Nazwiska, które wymieniłeś, miały swoje przełomowe momenty w branży architektonicznej. Spuścizna Le Corbusiera jest częścią światowego dziedzictwa UNESCO. Ludzie dostrzegają, że w historii architektura jest czymś więcej.

MZ: Czy pewnego dnia planujecie rozdzielić pracownię na kilka różnych oddziałów na całym świecie?
JvR: Zobaczymy. Jako że mamy teraz dużą siedzibę, nie chcemy tworzyć satelit, lecz w przyszłości może się to zdarzyć. Oczywiście, może doprowadzić do tego chęć jednego z partnerów, ale ciężko to przewidzieć. Doprawdy bardzo lubimy fakt, że wszyscy są w jednym miejscu i mogą się wymieniać, zmieniać zespoły. To jest dobre dla kreatywnego procesu. Jeśli rozdzielimy się na małe biura, gdzieś w różnych zakątkach świata, trudno będzie utrzymać tę samą jakość dizajnu. Staniemy się maszyną siejącą niepokój, że nasze działania nie będą już tak dobre jak oryginalne.

MZ: Co byś doradził dzisiejszym studentom architektury?
JvR: Sądzę, że dobrze jest się rozglądać i próbować wielu różnych rzeczy. Nie mów od razu, że czegoś się nie da, lecz z drugiej strony bądź świadomy, że musisz umieć wytłumaczyć się ze swoich pomysłów i przekonać do nich ludzi. To część edukacji. To nie tylko projektowanie, ale również uświadamianie i wyjaśnianie, przy równoczesnym upewnianiu się, że wszyscy rozumieją. W innym wypadku to nie zadziała. Widzisz, to ciekawe, że jednak architektura jest bardzo ludzką profesją. To nie tylko własny świat tworzenia przestrzeni. Musisz się porozumiewać, a częścią tego jest unaocznianie ludziom najlepszych rozwiązań. Będąc studentem, nigdy nie byłem świadom tego, jak bardzo to jest ważne. Nie sprzedasz swojego projektu i nie uzyskasz szacunku, jakkolwiek komercyjnie to brzmi, nie udowadniając klientowi, że to właśnie te rozwiązania są potrzebne. Nawet jeśli projekt jest lepszy od innych, ale nie jest w stanie przekazać idei, to go nie zrealizują. Nie lekceważ tego!

MZ: Jak widzisz siebie i MVRDV w ciągu następnych dziesięciu lat?
JvR: Jako że już się przenieśliśmy do nowej siedziby, miło jest patrzeć, jak pracownia staje się marką. To już nie tylko kilka osób, które ją zapoczątkowały, lecz większa grupa ludzi. Jest to coś, co chcemy promować jako wspólną jakość. Zobaczymy, czy nam się to uda.

MZ: Dziękuję za rozmowę.

rozmawiał: Mikołaj ZAJDA

Głos został już oddany