Become an A&B portal user and receive giveaways!
Become an A&B portal user and receive giveaways!
maximize

Ordinariness in architecture. What was the nightmare of the architects of modernism?

Jakub Szczęsny
23 of December '25

Wertując stare numery magazynu „Autoportret”, wpadłem na numer o zwykłości. Czym dla mnie jest kategoria zwykłości, zwłaszcza w odniesieniu do przestrzeni, przedmiotów i architektury? Czy można ją oddzielić od czasu, kultury i rozmaitych zachowań społecznych? Czy zwykłość oznacza przewidywalną przeciętność i wynikające z powtarzalności podobieństwo do przynajmniej raz widzianych ludzi, rzeczy i postaw? Zdałem sobie sprawę, że w miarę starzenia, albo jak kto woli dojrzewania, radykalnie zmieniał się mój stosunek do tego, co zwykłe i przyziemne. Dotyczy to również przeciętności, rutyn, norm — w tym tych nieformalnych i powtarzalnych procedur. Zwykłość jest wynikiem uznania, że coś lub ktoś jest uspokajająco znany, a więc przewidywalny i niewymagający dodatkowego wysiłku poznawczego, ani nie stanowi większego zagrożenia. Jest wypadkową przestrzeni i działań w czasie.

Na dodatek przeciętność jest paradoksalna, co zauważyli wszyscy, którzy zetknęli się z modernistyczną architekturą: wielkoskalowe „totalizujące” projekty osiedli mieszkaniowych wybudowanych w XX wieku doskonale prezentowały się na czarno-białych zdjęciach z silnym światłocieniem uwypuklającym powtarzalność rytmów okien, balkonów i loggii. Zdjęcia, zazwyczaj robione tuż po postawieniu budynków, dobrze oddawały sposób myślenia większości ówczesnych architektów, którzy w dobrej wierze rysowali superpowtarzalne obiekty mające „pięknie” unifikować ludzi i ich egzystencje. Na porealizacyjnych zdjęciach ani w głowach samych architektów nie było miejsca na niesforne i nieszanujące ich potrzeb indywidualne ekspresje mieszkańców. A ci psuli „integralność wizji”, a więc zamierzoną jednorodność i powtarzalność, swoimi upiększeniami i modyfikacjami balkonów, ogródków, okien i parapetów.

Słowem, wyobrażenie o zwykłości, jaką chcieli oferować architekci, nie pokrywało się z praktykami zwykłych ludzi chcących czegoś zupełnie odwrotnego — swojej własnej przestrzeni ekspresji odpowiadającej specyficznym potrzebom, zarówno estetycznym, jak i funkcjonalnym. W „Autoportrecie” tę rozbieżność ilustrował zwłaszcza przykład osiedla domów w Pessac autorstwa Le Corbusiera, architekta mogącego stanowić pierwowzór projektanta dyktatora gotowego narzucać własne wyobrażenie o dopuszczalnych przeciętnościach ludzi, dla których projektował.

Zdałem sobie sprawę, że mój własny stosunek do zwykłości wynikał z doświadczeń życia w na siłę unifikującym socjalizmie PRL-u, swoistej rewolucji sensorycznej wynikającej z dwóch lat spędzonych z rodzicami w Algierii, a potem powrotu do Polski w momencie schyłku „starego reżimu”. Miało też nań duży wpływ dorastanie w domu architektów żyjących w kulcie modernizmu, który zaczęli podważać dopiero wraz z początkiem transformacji ustrojowej i pojawieniem się postmodernizmu.

Bolesny powrót do upadającego PRL-u w 1983 roku złagodzili nowi koledzy z ostatniej mojej, bo siódmej podstawówki, książki fantasy i dostępność „kina nowej przygody” na VHS. Moją codzienność definiowało powiększające się blokowisko i wigry 3. Dzięki rowerowi stanowiącemu standardowy prezent z okazji Pierwszej Komunii zacząłem poznawać nieosiągalne dla mnie wcześniej zakątki Ursynowa, w tym jego ukształtowaną ręką człowieka topografię i coraz bardziej zarośnięte „wnętrza urbanistyczne” niepowtarzalnych układów bloków. Mój wigry 3 stawał się na przemian rumakiem i kosmicznym myśliwcem mknącym między kanionami wznoszących się i opadających budynków. Z powodu obluzowanej blokady zawiasu łączącego dwie części roweru, składak potrafił (naprawdę!) składać się w czasie jazdy, przez co chwilami jego koła jechały równolegle do siebie. Za to ja jednym wprawnym kopniakiem umiałem na powrót złożyć go bez przerywania szarży na zastępy orków.

Moc wyobraźni dwunastolatka zmieniała mnie samego w wiele bohaterskich postaci. Dzięki przywiezionym dekadę wcześniej z Wiednia kozaczkom mojej mamy przeobrażałem się z chuderlawego okularnika w wojowniczego dzikusa. Kozaki były brązowe, na koturnie, a do tego miały „barbarzyńskie” futerko doszyte po obu stronach. Przemierzałem bezdroża ursynowskich budów, śledząc trasy meandrujących asfaltowych alejek kreślonych od krzywika ręką profesory Bajerskiej, która zaprojektowała krajobraz całego osiedla. Gnałem tak, starając się trafić pedałami w przerwę między obcasem a podeszwą maminego kozaczka, z muzyką Barbry Streisand w słuchawkach mojego walkmana i mgłą w okularze. Barbra, choć niejeden powie, że nijak nie pasowała do przygód dzielnego Cymeryjczyka, budziła we mnie poczucie wzniosłości, które inny czułby, słuchając „Carmina Burana”. Zwłaszcza wtedy, kiedy w moich słuchawkach śpiewała z Barrym Gibbem „What kind of fool?”.

Kiedy to dziś wspominam, zdaję sobie sprawę, że nastąpiły wtedy dwa równoległe procesy. Z jednej strony odrywałem się od siermiężnej polskiej rzeczywistości: zacząłem coraz bardziej zapadać się w bajkowe narracje, głównie wymyślone przeze mnie albo indukowane przez kulturę, zwłaszcza przez pismo „Fantastyka”, książki Tolkiena i filmy Spielberga. Dzięki temu wiele otaczających mnie zupełnie przyziemnych rzeczy stawało się symbolicznymi artefaktami wspomagającymi różne narracje, a ja sam byłem bardziej odporny na szarzyznę codzienności. Z drugiej strony zacząłem dostrzegać podniecające przedmioty z wyśnionego Zachodu i rolę, jaką pełniły w egzystencjach mojej rodziny, kolegów i sąsiadów. Zrozumiałem, że jako społeczeństwo dzielimy się już nie na partyjnych i niepartyjnych. Zaczęliśmy być zbiorowością indywidualistów fantastów: kto mógł, stylizował swoje M3 na szlachecki dworek, pracownię artysty, futurystyczną siedzibę nafciarza z Denver albo świątynię Boga Swarzędza (tego, co ma zawsze Wysoki Połysk). Była połowa lat 80. Socjalistyczna powtarzalność żywotów zaczęła nas uwierać. Telewizja satelitarna dała nam obraz indywidualistycznych postaw ludzi Zachodu: hobbystów, playboyów, wyzwolonych socialites albo członków subkultur. Nasze telewizory zdawały się mówić, że każdy jest panem swojego losu i każdy może być, kim zechce. Że nie ma żadnej przyziemności, codziennego znoju i czekania na przystanku PKS-u w drodze do roboty w fabryce. Zwykłość homo-sovieticusa myjącego co sobotę swoją zdobycz — malucha, „szkodiczkę” czy „zastavkę” — już nam nie wystarczała. Chcieliśmy żyć nie-zwykle!

Upadł mur i Związek Radziecki, ktoś na polskiej prowincji zaczął budować chałupę z lądowiskiem dla helikoptera, wierząc, że teraz będziemy żyli jak bohaterowie „Dynastii”. Koszmar modernistycznych architektów osiągnął apogeum: każdy balkon na Ursynowie dostał nagle innego koloru, a w parterach i w „pawilonach w zieleni” rozkwitły małe biznesy wspomagane reklamami z ciętych ploterami kolorowych folii. Dorośli wokół mnie zaczęli zakładać interesy, wykwitały prywatne pracownie architektoniczne, geszefty import–export i projekty technologiczne. Świat stał się nagle podniecający, dotychczasowa zwykłość umarła razem ze scentralizowaną gospodarką, a każdy dzień przynosił coś nowego. Z dnia na dzień można było zostać milionerem albo gwiazdą telewizji, tak jak ja stawałem się Conanem Barbarzyńcą. Żyliśmy na haju NOWEGO. Bajkowe narracje przenikały do głów wszystkich obywateli, nie tylko do łepetyn okularników na wigry 3. W bajkach prawie nie ma zwykłości czy codzienności. Są same cuda i fajerwerki, które mogą rozświetlić beznadzieję rutynowej egzystencji każdego — włókniarki z upadającej łódzkiej fabryki, górnika czy wiel komiejskiego inteligenta.

Minęło prawie czterdzieści lat. Transformację zastąpiło „przymykanie bramki”: dopadła nas wszystkich kapitalistyczna rzeczywistość i jej koleiny. Obudziliśmy się w świecie zdominowanym przez pieniądze i efektywność. Oprócz kredytów i procedur dopadła nas też geopolityczna klaustrofobia, której staraliśmy się wymknąć w 1989 roku. Czy uciekłem przed zwykłością? Oczywiście, że nie: chcąc nie chcąc stworzyłem własną i dzielę ją z najbliższymi. Jak resztę narodu, dotyczy mnie udział w obrocie pieniądza i usług, możliwość zaciągania i konieczność spłacania kredytów i leasingów, systemowy przymus edukowania dzieci i wyjeżdżania na wakacje dokładnie wtedy, kiedy robi to reszta rodziców.

Różnica jest jednak odczuwalna: nowa zwykłość bazuje na szerszej puli możliwości i świadomych wyborów, które w sferze organizacji politycznej społeczeństwa możemy nazwać dobrodziejstwem demokracji. W ramach tej puli mogę też rezygnować z rzeczy i narzucać sobie samoograniczenie, zamiast powiększać apetyty i wciąż sięgać po więcej. Zmniejszając albo odpowiednio kształtując moją i moich najbliższych konsumpcję, mogę poświęcić więcej czasu na podróże, tworzenie albo po prostu bycie z rodziną i znajomymi. W wypadku projektowania zacząłem doceniać skromność i nienarzucanie się otoczeniu: doceniam budynki, które pod dyskretną albo wręcz enigmatyczną powierzchnią chowają zaskakującą zawartość. Dotyczy to zarówno wnętrz, jak i organizacji przestrzeni, bo fascynują mnie domy atrialne i układy dziedzińców w chińskich hutongach. Mam coraz mniej zaufania do epatowania niezwykłością: krzyczące z daleka domy-rzeźby i najwyższe wieżowce świata uznaję za dowody próżności zarówno zamawiających, jak i architektów. A przede wszystkim nie oczekuję, że to, co zaprojektuję, ludzie będą uznawali za świętość.

Czy nowa zwykłość mi doskwiera? Tak, jak pewnie każdemu w miarę dojrzałemu człowiekowi, ale ma też ona kilka dobrych stron. Po pierwsze jest zdrowa, jak zrównoważony posiłek. Wiem, powiecie, że to nuda, ale ile można jeść ciastka? Po drugie daje poczucie bezpieczeństwa i przestrzeń twórczą, bo w końcu zwykłość można mieć własną, niekoniecznie narzuconą przez otoczenie. Po trzecie, zupełnie jak moje wigry 3 albo trencz ekshibicjonisty, zwykłość może być kamuflażem kryjącym labirynty, nisze i alkowy, do których wstęp mogą mieć tylko zaufani. Zwykłość to też odskocznia i inspiracja: bez wiedzy o tym, jak ludzie gotują, suszą bieliznę, defekują i odpoczywają, nie moglibyśmy projektować. Dzięki małym mechanikom codzienności możemy proponować nasze interpretacje przyszłego „zwykłego” życia naszych klientów.

Last but not least, zwykłość jest kokieteryjna. Dobrym przykładem jest tu niebieska robocza koszulo-kurtka zwana bleu de travail. Kiedyś nosił ją każdy francuski robotnik. Była praktyczną częścią ubioru, mundurem pracownika, ale też symbolem przynależności klasowej i zarazem oporu wobec burżuazji. W maju 1968 roku bleu de travail założyli demonstrujący na ulicach Francji studenci solidaryzujący się z klasą robotniczą i chcący odejścia mieszczańskiego porządku. Dwadzieścia lat później koszula wkroczyła do świata mody dzięki noszącemu ją Billowi Cunninghamowi, fotografowi publikującemu w „New York Timesie” zdjęcia mody podpatrzonej na ulicach Wielkiego Jabłka. Miesiąc temu na jakimś spędzie architektów w Łodzi zobaczyłem, że bleu de travail nosi każdy zaproszony, w tym ja. To nowy, choć zapewne chwilowy, znak przynależności zawodowej. Jest skromny, powtarzalny, a jednak inny od marynarek naszych klientów, inżynierów, menadżerów budów i… robotników. Niby zwykła koszula z kieszeniami, a można nią wysłać społeczny sygnał.

Dlatego już nie boję się zwykłości. Pochylam się nad nią i z czułością głaszczę.

Jakub Szczęsny

więcej: A&B 9/2025 – Biennale Architektury w Wenecji 2025,
pobierz bezpłatne e-wydania A&B 

The vote has already been cast

INSPIRATIONS