Zobacz w portalu A&B!
Zostań użytkownikiem portalu A&B i odbierz prezenty!
Zarejestruj się w portalu A&B i odbierz prezenty
maximize

Brzydkie słowo na „e”

Ola Kloc
03 sierpnia '26

„Projektujemy i certyfikujemy budynki dla jednego, konkretnego momentu ich życia zamiast dla całej trajektorii, która ulega zmianom w czasie i podlega wielu wpływom. Tymczasem powinniśmy myśleć o budynku w pełnym cyklu jego istnienia: od powstania, przez użytkowanie, aż po »śmierć« — demontaż, przebudowę czy adaptację. To oznacza konieczność zaprojektowania nie tylko scenariusza istnienia, ale również re-istnienia” — mówi Marta Promińska.

Marta Promińska

Marta PROMIŃSKA — dyrektorka ds. Zrównoważonego Rozwoju w Strabag, Pełnomocniczka Zarządu Głównego SARP ds. Środowiska i Ochrony Klimatu. Architektka, urbanistka, certyfikowany assessor LEED O+M. Absolwentka Politechniki Krakowskiej. W 2020 roku uzyskała tytuł doktora na Politechnice Śląskiej. Autorka wielu publikacji naukowych, w tym książek: „Zdrowa Urbanistyka. Nowy standard planowania przestrzennego” oraz „Zdrowa Architektura. Nowy standard projektowania zrównoważonego”. Ekspertka i członkini Grupy Roboczej ds. stosowania Taksonomii UE przy Ministerstwie Rozwoju i Technologii oraz zespołu doradczego IWBI w ramach WELL Materials Concept Advisory (2026). Członkini Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego.


 
Ola Kloc
: Zdaje się, że moda na „eko”
minęła, zaczynamy zauważać, że ten przedrostek niczego nie gwarantuje. W jakim — Pani zdaniem — jesteśmy dziś miejscu, jeśli chodzi o zrozumienie, czym właściwie jest ekologia?

Marta Promińska: W tym momencie przedrostek „eko” i hasło „ekologia” gwarantują nam jedno: zarzuty o greenwashing. W ostatnich latach obserwowaliśmy dynamiczną — i dla wielu uczestników rynku trudną do uchwycenia — ewolucję pojęć: „ekologia” została wchłonięta przez „zrównoważony rozwój”, a ten z kolei sprowadzono do skrótu „ESG”.

Problem polega na tym, że każde z tych określeń zaczęło z czasem funkcjonować jako deklaracja pozbawiona treści, jako język, za którym nie zawsze stoją realne działania i mierzalna wartość. Tymczasem istota zrównoważonego rozwoju pozostaje niezmiennie kluczowa: to nie jest hasło, lecz realny kierunek transformacji, który powinien przekładać się na konkretne decyzje projektowe, inwestycyjne i operacyjne.

Dziś jesteśmy w momencie kolejnego przesunięcia — zaczynamy mówić o rzeczywistej zdolności operacyjnej budynku. I może właśnie dlatego warto spojrzeć na architekturę zrównoważoną w zupełnie nowy sposób.

 
Ola Kloc: To znaczy?

Marta Promińska: Nie jak na statyczny obiekt, ale jak na dynamiczny system środowiskowy, społeczno-ekonomiczny, który funkcjonuje w czasie i podlega ciągłej presji zmian. Znamy te pojęcia, zrównoważony rozwój opierał się przecież na relacji środowiska, społeczeństwa i ekonomii. Dziś jednak musimy dodać jeszcze jeden wymiar — czas oraz związaną z nim stałą presję zmian — nie tylko klimatycznych, ale również regulacyjnych.

Ponadto musimy wreszcie zdać sobie sprawę z tego, że budynki są nośnikiem zdrowia publicznego, ponieważ kształtują ekspozycję użytkowników na takie czynniki jak jakość powietrza, dostęp do światła, materiały i zawarta w nich chemia, a także wpływają na dobrostan w długiej perspektywie. Jednocześnie budynek jest aktywem, które musi pozostawać odporne na zmiany klimatu, przekształcenia funkcji, presję regulacyjną oraz ograniczenia zasobów. Powinien zachowywać swoją użyteczność, bezpieczeństwo — to kluczowy element — oraz wartość, mimo rosnącej i coraz bardziej złożonej niepewności.

Kluczowym elementem zrozumienia tego, czym naprawdę jest zrównoważony rozwój, staje się projektowanie i zawarcie w architekturze bufora scenariuszy dla budynku, czyli świadome wprowadzenie elastyczności technicznej, przestrzennej, funkcjonalnej czy operacyjnej, która oznacza zdolność budynku do adaptacji — do upałów, powodzi, suszy czy pogarszającej się jakości powietrza, i to w całym cyklu życia. Zmienia się też podejście do istniejących zasobów: nie mówimy już tylko o efektywności, na przykład energetycznej, ale też o cyrkularności, wydłużaniu życia elementów, projektowaniu do demontażu, ponownym użyciu. Wszystkie te elementy muszą się opierać na mierzalnych kryteriach środowiskowych, zdrowotnych i ekonomicznych. Zrównoważony rozwój przechodzi od myślenia w technicznych kategoriach energii, wody i powietrza do myślenia o zdrowiu, odporności i gotowości na przyszłość — te trzy elementy redefiniują dziś hasło „ekologia” — nawet mi to słowo nie chce przejść przez usta! [śmiech]

 
Ola Kloc: Brzydkie słowo na „e”! [śmiech] Jak poradzić sobie z tym przesunięciem znaczeń? Mamy coraz więcej badań, raportów, wniosków, przepisów, certyfikatów — jak się w tym wszystkim odnaleźć, żeby znowu nie wpaść w pułapkę greenwashingu? Przekonywania, że stojak na rowery przed biurowcem wystarczy, aby mówić o „eko” rozwiązaniach? Jak projektować, aby nadążać za tym nowym paradygmatem?

Marta Promińska: W obszarze zrównoważonego rozwoju funkcjonuje dziś bardzo dużo dezinformacji oraz „prawie prawdziwych” komunikatów. Dotyczy to między innymi wdrażania dyrektyw unijnych, interpretacji obowiązujących przepisów czy zapowiedzi ich zmian. Informacje te bywają uproszczone, wyrwane z kontekstu lub nieaktualne, co w rezultacie potęguje niepewność na rynku. Równocześnie jakość dostępnych treści jest skrajnie zróżnicowana. W erze narzędzi bazujących na sztucznej inteligencji i masowo generowanych materiałach szczególnego znaczenia nabiera weryfikacja źródeł. Dlatego warto sięgać do opracowań naukowych oraz raportów przygotowywanych przez uznane instytucje, takich, za którymi stoją konkretne nazwiska, metodologia i odpowiedzialność za publikowane treści.

 
Ola Kloc: A jak to jest z certyfikatami?

Marta Promińska: Na polskim rynku, wbrew pozorom, liczba uznanych systemów certyfikacji nie jest duża. Od ponad dekady dominują BREEAM i LEED, a obok nich funkcjonuje również WELL. Są to systemy rozpoznawalne, rozwijane w kolejnych wersjach, które stopniowo podnoszą standard techniczny budynków. Co istotne, opierają się na określonej logice oraz jasno zdefiniowanych metodach weryfikacji. Nie są oczywiście pozbawione wad, każdy z nich ma swoje ograniczenia i specyficzne uwarunkowania, jednak pozostają czytelnym punktem odniesienia dla rynku. Niechęć do certyfikacji często wynika z braku wiedzy lub powierzchownej znajomości tych systemów. Tymczasem rzeczywiście wyznaczają one minimalny poziom wymagań, jaki musi spełnić budynek, tworząc bazę zrównoważenia obejmującą wiele obszarów. Prawdziwe wyzwania zaczynają się na etapie zdobywania konkretnych punktów. To właśnie wtedy pojawia się zderzenie ambicji projektowych z budżetem — i konieczność wyboru rozwiązań, które są łatwiejsze oraz tańsze we wdrożeniu.

Bardzo wiele na rynku zmieniły Taksonomia Unii Europejskiej mająca w założeniu ograniczać ryzyko greenwashingu oraz podejście oparte na zasadzie do no significant harm (DNSH, nie czyń poważnych szkód). W ramach Taksonomii punkt odniesienia dla inwestycji zrównoważonych opiera się na Rozporządzeniu (UE) 2020/852. W tym systemie nie funkcjonują poziomy czy progi minimalne znane z certyfikacji, nie ma tu miejsca na dowolność w interpretacji. Zamiast tego mamy zestaw jednoznacznych, technicznych kryteriów, które muszą być spełnione w całości: budynek albo jest zgodny z Taksonomią, albo nie. Dzięki temu możliwe staje się znacznie bardziej obiektywne porównywanie aktywów. W przeciwieństwie do sytuacji, w której zestawiamy budynki mające na przykład certyfikat LEED Gold i BREEAM Outstanding, gdzie różnice wynikają nie tylko z poziomu, ale też z metodologii oceny, Taksonomia wprowadza wspólny, jednoznaczny mianownik.

Największym problemem pozostaje dziś język zapisów. W dokumentach inwestorskich coraz częściej pojawiają się sformułowania takie jak „projekt ESG”, „niskoemisyjna szkoła” czy „budynek zgodny z zasadą DNSH”, po czym następuje lista wymagań, które w rzeczywistości nie mają wiele wspólnego z definicją tej zasady. Te same pojęcia mogą więc oznaczać coś zupełnie innego dla projektanta, wykonawcy i instytucji finansowej i przekładać się na odmienne parametry techniczne, zakres odpowiedzialności, koszty oraz poziomy ryzyka. Dlatego rynek wciąż tak dobrze odnajduje się w systemach certyfikacji. Dają one wspólny język i jednoznaczne odniesienie — wiemy, co kryje się za konkretnym poziomem, wraz z jego wymaganiami, metodologią oceny i zakresem weryfikacji.

 
Ola Kloc: Budynek z certyfikatem wciąż może być jednak odpowiedzialny za tysiące ton emisji CO2. Jak więc robić to dobrze?

Marta Promińska: Projektujemy i certyfikujemy budynki dla jednego, konkretnego momentu ich życia zamiast dla całej trajektorii, która ulega zmianom w czasie i podlega wielu wpływom. Tymczasem powinniśmy myśleć o budynku w pełnym cyklu jego istnienia: od powstania, przez użytkowanie, aż po „śmierć” — demontaż, przebudowę czy adaptację. To oznacza konieczność zaprojektowania nie tylko scenariusza istnienia, ale również re-istnienia. Innymi słowy, świadomego wpisania w architekturę potencjału dalszego trwania w zmienionej formie. Dopiero gdy zaczniemy rozumieć metabolizm budynku — to, jak funkcjonuje i jak może się zmieniać w perspektywie pięciu, piętnastu czy pięćdziesięciu lat — będziemy w stanie realnie ograniczać emisje w całym cyklu jego życia, a nie tylko w wybranym, początkowym momencie.

 
Ola Kloc
: Wspomniała Pani o unijnej Taksonomii, mamy też dyrektywę Energy Performance of Buildings Directive (EPBD), kryteria ESG i całe mnóstwo wytycznych, wskazówek. Jakich jeszcze przepisów brakuje? Jakie regulacje mają szansę realnie zmienić kierunek budownictwa, aby stało się ono prawdziwie ekologiczne?

Marta Promińska: Potrzebujemy dwóch kluczowych zmian: w warunkach technicznych oraz w prawie budowlanym. To właśnie w tych aktach powinny się znaleźć jednoznaczne przepisy dotyczące zrównoważonego rozwoju, zdrowia publicznego, adaptacji do zmian klimatu oraz podejścia do budynków istniejących. Dopiero ich systemowe włączenie do obowiązujących regulacji może się przełożyć na realną, a nie deklaratywną zmianę na rynku.

 
Ola Kloc: Jakie dokładnie miałyby to być przepisy?

Marta Promińska: Zmiany powinny dotyczyć przede wszystkim zdrowia użytkowników, rozdzielenia wymagań wobec budynków istniejących, wprowadzenia cyrkularności oraz pojęcia metabolizmu obiektu, a także zasad stosowania zdrowych materiałów i produktów budowlanych. Ten ostatni obszar pozostaje szczególnie problematyczny, zarówno w Polsce, jak i w całej Unii Europejskiej. W praktyce wciąż dopuszczone są do użycia materiały i wyroby, które mogą negatywnie wpływać na zdrowie użytkowników, w tym zawierać substancje o działaniu toksycznym czy rakotwórczym.

Potrzebujemy również jednoznacznych zapisów dotyczących parametrów środowiska wewnętrznego, takich jak akustyka czy jakość powietrza, oraz ich powiązania z kontekstem urbanistycznym i terenami zewnętrznymi. Ten związek wciąż nie jest wystarczająco obecny w przepisach, a to właśnie relacja między budynkiem a jego otoczeniem w dużej mierze decyduje o zdrowiu użytkowników, efektywności energetycznej i łańcuchu dalszych konsekwencji.

 
Ola Kloc
: Jest to jednak praca na żywym organizmie — zmiany wprowadzone teraz w przepisach mogą nie przystawać do wyzwań niedalekiej przyszłości.

Marta Promińska: Mam poczucie, że kwestie związane ze zdrowiem i klimatem należą do nielicznych obszarów, które pozostają względnie stabilne i nie ulegną zasadniczej zmianie w kolejnych latach. To są nasze stałe punkty odniesienia. Jesteśmy bowiem w stanie przewidzieć, w jakim miejscu znajdziemy się za pięć, a nawet trzydzieści lat, i już dziś odnosić się do wymagań technicznych, które będą wówczas potrzebne i uzasadnione.

Paradoksalnie jednak to poczucie niestabilności — nadmiaru informacji, braku pewności interpretacyjnej i ciągłych zmian w otoczeniu regulacyjnym — prowadzi do swoistego paraliżu legislacyjnego. Pojawia się przekonanie, że nie ma sensu wprowadzać kolejnych przepisów, skoro ramy prawne wciąż ewoluują: pojawiają się nowe dyrektywy, rozporządzenia i akty delegowane. W rezultacie nie zmieniamy niczego.

 
Ola Kloc: Nie bez znaczenia są też kwestie finansowe, które bywają pewnym ograniczeniem podczas realizacji. Czy ekologiczne rozwiązania mogą być opłacalne także w krótkiej perspektywie?

Marta Promińska: Kwestie finansowe pozostają kluczowe. Na rynku wciąż funkcjonuje przekonanie, że rozwiązania ekologiczne są droższe. I rzeczywiście, bywa, że tak jest, ale często wynika to nie z samej istoty tych rozwiązań, lecz z momentu ich wprowadzenia. Dobór materiałów o lepszych parametrach środowiskowych następuje zbyt późno — na etapie realizacji, a nie projektowania. W fazie wykonawczej nie ma już przestrzeni ani czasu na poszukiwanie rozwiązań spełniających określone wymagania, co zawęża wybór i podnosi koszty.

Drugim istotnym problemem jest ograniczona dostępność takich materiałów na rynku, która bezpośrednio wpływa na ich cenę. Różnice widać wyraźnie na tle innych krajów, na przykład w Niemczech standardem są między innymi farby do wnętrz zbadane pod kątem emisji lotnych związków organicznych, podczas gdy w Polsce tego typu badania ma tylko część produktów.

 
Ola Kloc
: Wspominała Pani też o cyklu
życia budynku i planowaniu jego demontażu czy ponownego wykorzystania raz użytych materiałów. Jakie są dziś największe wyzwania w tej kwestii?

Marta Promińska: Dziś problemem nie jest brak nowych budynków, lecz jakość i zdolność do dalszego życia zasobów już istniejących. Sytuację zaczynają zmieniać instytucje finansowe, które coraz częściej wymagają zgodności z Rozporządzeniem (UE) 2020/852, gdzie jednym z kluczowych celów środowiskowych jest cyrkularność. Podobne podejście widać również po stronie firm ubezpieczeniowych, które uwzględniają parametry związane z adaptowalnością funkcjonalną budynków.

Jednocześnie wciąż projektujemy obiekty tak, jakby miały być „na zawsze”, bez uwzględnienia momentu ich „śmierci”, demontażu, rearanżacji funkcjonalno-użytkowej czy możliwości zmiany funkcji technicznych i społecznych. Nie projektujemy scenariuszy, w których budynek może zmieniać swoją wartość ekonomiczną wraz z kolejnymi etapami życia. To prowadzi do ograniczonej elastyczności i do niechęci wobec budynków istniejących oraz samej idei cyrkularności. Tymczasem cyrkularność nie zaczyna się na etapie demontażu materiałów, takich jak płytki czy kamień, które można ponownie wykorzystać. Zaczyna się już na etapie projektu, decyzji, które umożliwiają adaptację i dalsze życie budynku w różnych cyklach: funkcjonalnych, ekonomicznych i technicznych.

 
Ola Kloc: Z jednej strony projektujemy na zawsze, a z drugiej burzymy trzydziestoletnie budynki. Porozmawiajmy o plusach i minusach ponownego wykorzystania istniejącej architektury.

Marta Promińska: Plusy są bardzo konkretne i jest ich wiele. Po pierwsze, zachowujemy wartość, której często nie da się odtworzyć: materialną, architektoniczną, urbanistyczną, ale też społeczną. To jakość przestrzeni, relacji i detalu, której nie jesteśmy w stanie „dokupić” w nowym budżecie.

Po drugie, oszczędzamy zasoby i emisje — nie tylko te przyszłe, ale również te już „zainwestowane” w budynek. To argument nie tylko środowiskowy, lecz także ekonomiczny, coraz istotniejszy na rynku kapitałowym, gdzie tego typu parametry są realnie uwzględniane w ocenie możliwości finansowania.

Po trzecie, zyskujemy elastyczność. Wbrew pozorom wiele istniejących budynków ma większy potencjał adaptacyjny niż nowe obiekty. Budynek, który funkcjonuje od lat i przeszedł już kolejne przekształcenia, niejako „uczy się” adaptacji i z czasem tę zdolność wzmacnia.

Są też jednak minusy i wyzwania, o których trzeba mówić wprost. Największym z nich pozostaje niepewność: techniczna, kosztowa, a przede wszystkim regulacyjna. Decydując się na ponowne wykorzystanie obiektu, inwestor często wchodzi w proces, w którym więcej odkrywamy w trakcie prac, niż jesteśmy w stanie przewidzieć na etapie przygotowania projektu. Te nieznane ryzyka skutecznie zniechęcają do inwestowania w istniejące zasoby. Dlatego kluczowe staje się ich ograniczanie oraz zapewnienie jasnej, rzetelnej informacji pozwalającej już na wstępie odpowiedzieć na podstawowe pytanie: czy dany budynek należy zachować, czy jednak
rozważyć jego rozbiórkę.

 
Ola Kloc: Na jakiej podstawie podejmowane są takie decyzje?

Marta Promińska: Mamy dziś diagnozę techniczną, ale to zdecydowanie za mało. Potrzebujemy znacznie szerszego podejścia: diagnozy społecznej, ekonomicznej i klimatycznej, a także oceny możliwości adaptacyjnych budynku — zarówno w ujęciu funkcjonalnym, jak i regulacyjnym. Niezbędna jest również diagnoza zdrowotna: odpowiedź na pytanie, czy dany obiekt nie generuje ryzyka dla użytkowników. Niedawne wykrycie podwyższonego stężenia radonu w szkole w Jeleniej Górze — gazu o działaniu rakotwórczym — pokazuje, że są to kwestie bardzo realne, a nie teoretyczne. Wciąż jednak brakuje spójnej metodologii oceny, która wspierałaby podejmowanie decyzji, czy budynek należy zachować, czy wyburzyć. Jeśli decydujemy się na rozbiórkę, powinniśmy mieć pełną świadomość tego, co tracimy — materialnie, społecznie i urbanistycznie. Usunięcie budynku z tkanki miejskiej to nie tylko operacja techniczna, ale często również utrata wartości, których nie da się łatwo odtworzyć. Kluczowe staje się więc pytanie: czy te wartości są odtwarzalne, czy warto je odtwarzać i jaki będzie tego koszt. A jeśli decydujemy się na stworzenie zupełnie nowej tkanki miejskiej — czy rzeczywiście poprawi ona zdrowie użytkowników i jakość życia społeczności, dla której powstaje.

 
Ola Kloc
: Czy poza tą diagnozą
dodatkowe ulgi podatkowe dla inwestorów byłyby jakąś zachętą do zachowania istniejących budynków?

Marta Promińska: Zachęty dla inwestorów już istnieją. Znacząca część finansowania z Unii Europejskiej została w ostatnich latach ukierunkowana na modernizacje, projekty zgodne z zasadą DNSH. Jednocześnie mam przekonanie, że sama metodyka diagnostyki istniejących budynków mogłaby się stać silnym impulsem rynkowym. Przede wszystkim dlatego, że ograniczałaby ryzyko i niepewność, które dziś są największą barierą dla inwestorów. Niezbędne są także rzetelne informacje i edukacja: case studies, porównania kosztów wyburzenia i modernizacji, a nie wyłącznie narracja skupiona na problemach napotykanych przy adaptacjach, często związanych z obecnością konserwatora zabytków, ograniczeniami przestrzennymi czy wymaganiami, na przykład w zakresie ochrony przeciwpożarowej.

Potrzebujemy więc zarówno wiedzy, jak i realnego wsparcia systemowego — przepisów dających się wdrożyć oraz być może jednostki przy ministerstwie, która wspierałaby inwestorów merytorycznie i praktycznie w procesie podejmowania decyzji. Istotnym momentem, który może skłaniać do modernizacji, jest również refinansowanie budynku — to wtedy często pojawia się przestrzeń na redefinicję jego parametrów i dostosowanie do nowych wymagań.

 
Ola Kloc: Czyli?

Marta Promińska: Budynek jest finansowany na określony horyzont inwestycyjny wynikający z umowy kredytowej lub struktury finansowania. W momencie zmiany właściciela, zakończenia tego okresu lub konieczności aktualizacji warunków umowy z bankiem dochodzi do refinansowania — już na nowych zasadach odzwierciedlających aktualne wymogi rynkowe i regulacyjne. To szczególne wyzwanie w przypadku budynków biurowych mających zaledwie kilka, kilkanaście lat. Na etapie refinansowania często okazuje się, że nie spełniają one obowiązujących standardów środowiskowych, technicznych czy regulacyjnych, co może wpływać na warunki finansowania, poziom ryzyka, a w skrajnych przypadkach nawet na dostępność finansowania. W rezultacie właściciel jest zmuszony do przeprowadzenia głębokiej, często kosztownej modernizacji, aby utrzymać konkurencyjność i zgodność obiektu z aktualnymi wymaganiami rynku.

 
Ola Kloc: Czyli impuls pochodzi od banku albo ubezpieczyciela?

Marta Promińska: Tak, i — co istotne — nie są to wyłącznie odgórne wymagania regulacyjne, ale procesy zachodzące oddolnie. Firmy ubezpieczeniowe coraz częściej identyfikują całe obiekty lub nawet obszary jako nieubezpieczalne. W takiej sytuacji ryzyka klimatyczne przestają być abstrakcyjnym pojęciem, stają się bardzo konkretnym, mierzalnym wyzwaniem, które bezpośrednio wpływa na możliwość funkcjonowania i finansowania budynku.

 
Ola Kloc: Wspominała Pani o potrzebie pokazywania przykładów, analizowania case study. Czy znajdziemy to wszystko w Pani nowej książce?

Marta Promińska: Tak, z opracowaniem metodologii diagnostyki istniejących obiektów. Pokazuję w niej, jak świadomie wybierać ścieżkę interwencji: czy budynek modernizować, regenerować, rewitalizować, przebudowywać, czy adaptować. Piszę również o tym, jak „uzdrowić” budynek, jak podchodzić do obiektów historycznych oraz jak weryfikować sens podejmowanych decyzji, czyli jaki powinien być realny efekt interwencji. Wskazuję, co z perspektywy inwestora ma znaczenie przy finansowaniu oraz jakie są dostępne ścieżki dojścia: od dekarbonizacji, przez ocenę zdolności budynku do dalszej egzystencji w zdrowym standardzie, po bezpieczeństwo energetyczne i odporność klimatyczną. Poruszam także temat błędów decyzyjnych, by można było ich świadomie unikać, oraz ram finansowych, w których te decyzje są podejmowane. Kluczowe jest jednak coś więcej: próba zdefiniowania nowej mapy wartości i ryzyka oraz pokazanie, jak zrównoważony rozwój ewoluuje w kierunku re-istnienia budynków. Taki też będzie tytuł książki: „Re-istnienie architektury. Nowa perspektywa dla budynków istniejących”.

 
Ola Kloc: Czy Pani zdaniem architekci podchodzą dziś z odpowiednim zaangażowaniem i odpowiedzialnością do zmian klimatu?

Marta Promińska: Chciałabym powiedzieć, że tak — ale nie, i to nie jest ich wina. Architekci bardzo często traktują kwestie związane ze zrównoważonym rozwojem wybiórczo, ponieważ przegrywają one z budżetem, harmonogramem lub oczekiwaniami inwestora. Dlatego jako społeczeństwo musimy ich wzmocnić — w wymiarze symbolicznym, a przede wszystkim systemowym. Dać projektantom narzędzia, dzięki którym nie będą zmuszeni do „wycinania” tych wymagań z projektów.

Najważniejsze jest równoległe wzmocnienie roli wymagań klimatycznych w przepisach, tak by nie były one opcją, lecz standardem, którego nie da się pominąć. Równie istotne jest doprecyzowanie zapisów w zamówieniach publicznych.

Architekci powinni mieć realny mandat decyzyjny. To oni powinni rozstrzygać, czy budynki będą odporne i zdrowe, bo to oni ponoszą za nie odpowiedzialność.

Ola Kloc: Dziękuję za rozmowę!

 
Ola Kloc

więcej: A&B 5/2026 – Ekologia,
pobierz bezpłatne e-wydania A&B

Głos został już oddany

Standardowy moduł szklany Velux do dachu płaskiego - Nowoczesne przeszklenia dachów płaskich dostępne dla większej liczby projektów
Webinar - Nowe Warunki Techniczne Nadchodzą!
Wzmocnij bezpieczeństwo z Najmocniejszymi Niszczarkami Świata - teraz z Cashback
INSPIRACJE