Zobacz w portalu A&B!
Zostań użytkownikiem portalu A&B i odbierz prezenty!
Zarejestruj się w portalu A&B i odbierz prezenty
maximize

„Musimy przestać narzekać, że ktoś nam nie płaci, tylko zacząć wymagać wynagrodzenia”

Ewa Karendys
27 sierpnia '26

Musimy przestać narzekać, że ktoś nam nie płaci, a zacząć wymagać wynagrodzenia. Niestety dziś często robimy to w śmieszny sposób i sami obniżamy prestiż zawodu — mówi Karol Nieradka, architekt, przedsiębiorca i prezes szczecińskiego SARP-u. W rozmowie z A&B opowiada o płacach, motywacjach młodych architektów, uczciwych stawkach i o tym, dlaczego architekci muszą mówić językiem biznesu.

Karol Nieradka 
 
 
 
 
Karol NIERADKA — Absolwent Wydziału Budownictwa i Architektury Politechniki Szczecińskiej. Od 2010 roku prowadzi w Szczecinie biuro projektowe maxberg. Od dwóch kadencji jest prezesem szczecińskiego oddziału SARP, od 2024 roku — przewodniczącym Miejskiej Komisji Urbanistyczno-Architektonicznej w Szczecinie.


 
Ewa Karendys
: Mamy kiepską sytuację biur architektonicznych w Polsce. Architekci, którzy dzisiaj wchodzą na rynek pracy, też mają pod górkę? 

Karol Nieradka: Moją misją jest odczarowywanie marudzenia, że mamy straszny zawód i na przykład płytkarze zarabiają więcej od architektów. To nieprawda, bo gdyby tak było, wszyscy bylibyśmy płytkarzami. To nie jest tak, że gdzieś indziej jest jakoś rażąco lepiej. Nie licząc branży IT, która zresztą przechodzi dziś bardzo dużą przemianę i kończy się rynek pracownika. Druga uwaga jest taka, że jesteśmy fatalnie zorganizowaną branżą, jeśli chodzi o zarządzanie biznesem i zarabianie pieniędzy. 

 
Ewa Karendys: Fatalnie? 

Karol Nieradka: Nikt nas tego nie uczy, starsi architekci bardzo rzadko są pozytywnym przykładem dobrego prowadzenia biznesu, dlatego stwierdziłem, że sam zacznę się tego uczyć. Dawno temu skorzystałem z dofinansowania na szkolenia z zarządzania projektami, co otworzyło mi oczy na finansowy i psychologiczny aspekt firmy. W tej chwili robię MBA na Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie. Jestem z pokolenia, w którym większość pracowała na umowę o dzieło, na czarno, albo dostawała kopertę pod stołem. Prowadząc własne biuro, staramy się nie popełniać tych błędów i wynagradzać adekwatnie i na uczciwych umowach. 

 
Ewa Karendys: Adekwatnie — czyli jak? 

Karol Nieradka: Długo szukałem punktu odniesienia, aż w 2024 roku GUS zaczął publikować medianę wynagrodzeń, czyli zarobki „środkowego Polaka”. W ubiegłym roku wynosiła ona około 6700 brutto, czyli zaledwie 4670 netto. Tworząc system płac, założyliśmy, że pracownicy powinni zarabiać między jedną medianą a dwiema, a więc mniej więcej 5000–10 000 zł na rękę. Więcej niż dwie mediany zarabia w Polsce jedynie 20 procent społeczeństwa. I tak w maju 2025 roku średnie wynagrodzenie w biurze maxberg wynosiło 7079 złotych netto, a mediana 7625 na rękę za pełen wymiar etatu. 

Listę płac zróżnicowaliśmy w zależności od stażu pracy, oceny pracownika i godzin w tygodniu. To pozwoliło mi wyjaśnić ludziom, jak zarabiają i gdzie jest sufit. Bo jeżeli chcą zarabiać 20 tysięcy w biurze projektowym, to prawdopodobnie w żadnej pracowni tyle nie otrzymają, chyba że zostaną partnerami, a to jest zupełnie inny poziom odpowiedzialności i ryzyka. 

Przy czym już osiem lat temu założyliśmy, że nie wszyscy muszą pracować na pełnych etatach, w praktyce jest to często 7/8 (7 godzin dziennie) lub 4/5 (cztery dni w tygodniu) etatu. Na pełnym etacie jest mniej więcej połowa kadry. Na początku działania biura gwarantowało mi to bezpieczeństwo — miałem pracownika za trochę mniejsze wynagrodzenie, bo jednak medianę dzielimy przez czas, który pracownik spędza w naszym biurze — i psychiczny komfort, że nie jestem jedynym odpowiedzialnym za czyjąś wypłatę. Pracownicy dzięki niepełnemu wymiarowi mogą sobie dorobić lub skupić się na dzieciach. Pierwsze trzy osoby zatrudnia się najtrudniej. Z dwunastą i piętnastą jest już z górki. 

Wracając do młodych: jeżeli ktoś twierdzi, że są roszczeniowi, to się myli, bo żądanie umowy o pracę nie jest roszczeniem, podobnie jak zarobków w wysokości co najmniej mediany wynagrodzeń w Polsce.

 
Czytaj więcej
: „Chcemy godnych pieniędzy za swój czas”. Jakie są koszty prowadzenia pracowni architektonicznej i jak zarabiać na projektowaniu?

 
Ewa Karendys: Młodzi architekci nie są w gorszej sytuacji niż ich starsi koledzy? 

Karol Nieradka: Jeśli chodzi o samozatrudnienie, to moim zdaniem nigdy nie było łatwe. Sam pierwszego pracownika zatrudniłem dopiero po siedmiu latach prowadzenia jednoosobowej działalności. Trzeba nastawić się na to, że, mówiąc obrazowo, każdego roku będę popychał kamyczek o centymetr, by kiedyś — być może — wnieść go nad „deszczową chmurę”. Łatwiej jest zacząć po wygranym konkursie, ale to z kolei bardzo trudno osiągnąć. Wtedy pojawiają się dosyć duże pieniądze, realizacja i rozgłos, który pozwala na szybszy rozwój. 

Nasz zawód pod tym względem jest ciekawy, że daje duże spektrum zajęć: działalności społecznej, artystycznej, kuratorskiej, graficznej, technicznej, pracy w administracji i tak dalej. Jesteśmy sprawni technicznie i kreatywni. Zupełnie nie czuję oddechu młodszych kolegów, przynajmniej w Szczecinie, którzy mają parcie na zakładanie biur i tworzenie konkurencji. I może w tym sensie młodym jest trudniej założyć działalność, bo w nich samych jest mniej motywacji, a jednocześnie rynek się sprofesjonalizował i nie jest łatwo konkurować z tymi, którzy dysponują większym budżetem i zatrudniają już po kilkanaście czy kilkadziesiąt osób. 

Poprawił się za to wizerunek pracodawców: więcej jest biur, które zatrudniają legalnie, rozumieją prawa pracownicze i starają się nie wykorzystywać nadgodzin. W aspekcie warunków zatrudnienia młodym jest więc trochę łatwiej. Choć można mieć niedosyt, jeśli chodzi o finanse — chciałoby się, żeby mediana zarobków architektów była znacznie wyższa. Wydaje mi się jednak, że najgorsze mamy za sobą: młodzi wymuszają lepsze standardy zatrudniania i wyższe stawki za prace projektowe. Okazuje się, że nikt nie chce już pracować za 3 tysiące złotych. I bardzo dobrze. 

 
Ewa Karendys: Załóżmy, że młody architekt lub architektka zakładają własną pracownię. Jak pozyskać pierwszych klientów? 

Karol Nieradka: Sami dwa pierwsze większe obiekty (Apartamenty Bałtycki i Greeneri Apartments) zrobiliśmy z klientem, dla którego wcześniej budowaliśmy dom jednorodzinny. Można więc powiedzieć, że trochę nam się poszczęściło, ale to było zapracowane szczęście. Teraz znów mamy klientów, dla których projektowaliśmy dom, a wracają do nas po projekt fabryki i osiedla. Bardzo ważne jest budowanie długotrwałych relacji i ciągły rozwój — gdybyśmy byli tą samą pracownią co kilka lat temu, nie otrzymalibyśmy dzisiejszych zleceń. 

 
Ewa Karendys: Jakie zlecenia są najbardziej intratne? Co się opłaca najbardziej: konkursy, projekty indywidualne, zlecenia deweloperskie? 

Karol Nieradka: Zaczynaliśmy od domów jednorodzinnych, ale spółce przestało się to zupełnie opłacać. Mimo że za projekt otrzymywaliśmy 70 tysięcy i więcej, to po ponad 400 godzinach i 9 miesiącach pracy, zysku zostawało 15–20 tysięcy. Miesiąc funkcjonowania spółki to minimum 100 tysięcy złotych. Robimy dużo koncepcji i analiz, które wciąż są niestety kosztem, ponieważ zrobienie koncepcji konkursowej czy konkursu deweloperskiego zajmuje nam 400–700 godzin i oznacza koszt rzędu około 100 tysięcy.

Rzadko ta kwota się zwraca w wynagrodzeniu za samą koncepcję. Konkursy SARP robimy rzadko. Z jednej strony dlatego, że jestem prezesem SARP Szczecin, nie startujemy więc w konkursach organizowanych przez nasz oddział. Z drugiej dlatego, że to ogromny wysiłek i koszt dla biura. We wrześniu zdobyliśmy drugą nagrodę w kursie SARP na zabudowę TBS w Gliwicach. Poświęciliśmy na to 624 godziny pracy, które wraz z wizualizacjami kosztowały firmę 86 tysięcy. Tymczasem nagroda za drugie miejsce wyniosła około 30 tysięcy brutto minus VAT i podatek dochodowy. Czasami jednak podejmujemy ryzyko, bo jest to rozwijające, motywujące i daje możliwość pozyskania dobrego kontraktu. 

Głównym źródłem naszych przychodów jest mieszkaniówka, w której się specjalizujemy, oraz hotele i apartamenty. Nowym źródłem są projekty masterplanów i projekty zintegrowanych planów inwestycyjnych, które pozwalają inwestorom zwiększyć wartość swojej nieruchomości, a nam partycypować w tym zysku. 

zespół maxberg

zespół maxberg

fot.: Sylwia Orłowska

 
Ewa Karendys: Czy jest coś, z czym młodzi mają dziś problem? 

Karol Nieradka: Przyznam, że jestem zadowolony z młodych ludzi, którzy do nas przychodzą. Lubię ich zaangażowanie, pewną trudnością dla pracodawcy jest jednak zmiana ich podejścia. Młodzi po kilku latach mówią na przykład: „Było naprawdę fajnie, bardzo mi się podobało, ale chciałbym wyjechać do Zurychu”. Ta ich lekkość podejmowania życiowych decyzji jest dużo większa niż kiedyś. Mają więcej możliwości, mniej granic — i to też zmiana na plus. 

 
Ewa Karendys: Marcin Kozikowski, popularny w Gdańsku architekt, powiedział mi, że ekonomiczny sens prowadzenia pracowni stoi często pod znakiem zapytania, między innymi przez młodych architektów, którzy wchodzą z cenami dumpingowymi, licząc na to, że dostaną pierwszy projekt i będą mogli rozwinąć działalność. 

Karol Nieradka: Moim zdaniem ten rynek został zepsuty nie przez młodych, tylko przez starych. Starzy są na nim od dawna i problem też jest do dawna. 

 
Ewa Karendys: Wyjaśni Pan?

Karol Nieradka: Widzę, że rażąco niskie kwoty w przetargach proponują moi dawni wykładowcy z uczelni. Prawdą jest, że młodzi nie wiedzą, jak wyceniać projekty, a starsi projektanci nie dzielą się z nimi rzetelną wiedzą. Mówią, żeby stosowali stawki „izbowe”, choć sami ich nie stosują, albo mówią: „rynek więcej nie da”. Sam słyszałem to wielokrotnie: „nikt nie zapłaci za projekt domu w Szczecinie więcej niż 30 tysięcy złotych”. A my robiliśmy projekty za 70–100 tysięcy bez wnętrz. Mnie ustalenie, jak rzeczowo wyceniać projekt, zajęło kilkanaście lat. Dzisiaj z powodzeniem negocjujemy uczciwe stawki za godzinę naszej pracy, a nie targujemy się o kilka złotych za metr kwadratowy powierzchni użytkowej. Pomogły nam w tym statystyki zbierane przez kilka lat [por. A&B 10/2025]. 

 
Ewa Karendys: Zostając przy tych młodych, którzy są na początku kariery, na co zwracacie uwagę przy zatrudnieniu? Czym się wyróżnić? 

Karol Nieradka: Zawsze żartuję, że to, czy ktoś jest dobry czy nie, widać już po CV. Nie trzeba czytać, wystarczy obejrzeć. Jeśli jest napisane kiepskim fontem, ma złe zdjęcie, to mówi samo za siebie. Można nauczyć architektów prawa, obsługi narzędzi projektowych, ale nie nauczymy wyczucia estetyki i myślenia. A już mówiąc poważnie, liczy się wyłącznie portfolio. Nawet jeżeli zatrudniam osoby, które znam, to zawsze proszę o przesłanie CV i portfolio. Wystarczy, że ktoś ma trzy dobre projekty i już wiadomo, czy ma wyczucie nie tyle ładnej, ile mądrej architektury. 

 
Ewa Karendys: Młody architekt lub architektka zastanawiają się nad przyszłością. Ma Pan dla nich jakieś rady? 

Karol Nieradka: Może to nie będzie rada, tylko spojrzenie z dystansu, którego oni jeszcze nie mają: to jest bardzo ciekawy zawód. Wielu im będzie mówić, że tak nie jest, ale jeśli ktoś ma w sobie trochę mądrości, kreatywności i sprawczości, to niech się nastawia, że to będzie żmudna praca, ale ciekawa i potrzebna. Dla tych, których cieszy rozwój, to będzie fajny zawód, którego można uczyć się przez całe życie.

Jeżeli jednak ktoś liczy na szybki efekt i wielkie pieniądze, to to nie jest zawód dla niego. Po studiach potrzebujemy minimum pięciu lat praktyki, później być może zaprojektujemy coś własnego. Po trzech–pięciu latach doczekamy się realizacji. Dopiero po tym czasie można zrobić zdjęcie i się pochwalić. Około trzydziestego piątego roku życia mamy w przestrzeni pierwsze dowody naszej pracy, talentu lub jego braku. Później jest naprawdę fajnie! Kiedy sportowcy i muzycy kończą kariery, nie wiedząc co dalej, my na dobre zaczynamy. Ja lubię tę perspektywę. 

 
Ewa Karendys: W wywiadzie dla A&B z 2024 roku powiedział Pan: „Przez niskie zarobki w naszej branży straciliśmy prestiż”. Jak ten prestiż odzyskać? 

Karol Nieradka: Musimy przestać narzekać, że ktoś nam nie płaci, tylko zacząć wymagać wynagrodzenia. Niestety dziś często robimy to w śmieszny sposób i sami obniżamy prestiż zawodu. 

 
Ewa Karendys: Śmieszny? 

Karol Nieradka: To znaczy niebiznesowy. Mówimy naszymi wartościami — i owszem, to jest ważne, ale nikogo to nie obchodzi i — nie oszukujmy się — nie zacznie obchodzić. Dlatego musimy edukować się w zakresie zarządzania i prowadzenia biznesu. W tej branży jest mnóstwo pieniędzy. Każda mniejsza inwestycja to są miliony, a większa: dziesiątki albo setki milionów. Po prostu nie umiemy tych pieniędzy brać. To jest trudne, ale my musimy się uczyć pracować z biznesem, a nie przekonywać biznes, żeby zrozumiał naszą perspektywę. 

 
Ewa Karendys: Duże pieniądze i wierność wartościom — czy da się to połączyć?

Karol Nieradka: Nie da rady nie łączyć! Piękną architekturę można robić, wypruwając sobie flaki, wypalając pracowników dla wyższych idei. I to jest szlachetne, piękne, ale jednak trochę krótkowzroczne. To trzeba zrobić, niemal każdy z nas to robi, ale nie można tak funkcjonować cały czas. Moim zdaniem wartości w architekturze: społeczne, estetyczne, czy środowiskowe jesteśmy w stanie robić wyłącznie z użyciem pieniędzy. Wartości są ważne, ale są możliwe jedynie kiedy mamy na to czas i środki. Nie możemy kazać pracownikom cierpieć dla naszych idei. Z pieniędzmi można zrobić więcej dobrego. Przypomnę, że biuro JEMS Architekci zaangażowało się w odbudowę domów dla powodzian. Zbyszek Maćków zaangażował się bez reszty w Nowe Żerniki dla Wrocławia. Sam włączyłem się w pracę w SARP i Miejskiej Komisji Urbanistycznej w Szczecinie właśnie dlatego, że biuro zorganizowane jest na tyle, że mogę zajmować się działalnością społeczną. 


Ewa Karendys: „Wartości odłóżmy na półkę i róbmy pieniądze” — czy takie podejście może się udać? Jeden z popularnych architektów powiedział mi, że jeżeli nie zrobi tak, jak chce inwestor, to ten inwestor pójdzie gdzie indziej. Bierze zlecenie, ale te projekty, niestety, dość często są krytykowane. 

Karol Nieradka: Otworzyła Pani kolejną puszkę Pandory. Owszem i do nas przychodzą klienci, którzy mają w nosie architekturę: grodzone osiedle, ciasne mieszkania i dużo PUM-u. Wyznają podejście „sprzedać i zapomnieć”. I za każdym razem podejmujemy próbę sprzedania im wartości, przekonując, że na tym zarobią. Projektujemy nie to, o co prosił klient, tylko to, co uważamy za najlepsze rozwiązanie dla obu stron — inwestora i społeczeństwa. Wyciskamy PUM jak się da, ale jednocześnie przy zachowaniu wartości, o których napisaliśmy na naszej stronie internetowej i w które wierzymy: intensywność, urbanistyka, jakość zamieszkania, trwałość, prestiż i detal. 

Mieliśmy takie przykłady, kiedy klient przyszedł po dwadzieścia domków szeregowych. Po kilku tygodniach pracy wyszło nam trzydzieści domów z ciekawszymi układami mieszkań, lepszą urbanistyką i dużo lepszą przestrzenią wspólną. Klient był zachwycony i kupił absolutnie wszystko, co zaproponowaliśmy, i zapłacił za dodatkowe metry. Przy okazji udało się przemycić lepszą architekturę i ciekawszy detal. 

Zaprojektowaliśmy też apartamentowiec w Świnoujściu, który według planu mógł być wielkim wycieczkowcem, ale zaproponowaliśmy dwa mniejsze obiekty, które są dużo ciekawsze architektonicznie i mają znacznie więcej PUM-u niż przewidziany w pierwszej koncepcji. Dzięki temu zaprojektowaliśmy lepszą architekturę, inwestorowi wystarczyło na drewniane elewacje i ciekawe przestrzenie wspólne. Udało się zrobić dobry obiekt, dlatego że zrobiliśmy więcej PUM-u niż klientowi się wydawało, że może oczekiwać. Często paradoksalnie im więcej uda się dać inwestorowi, tym więcej jest pieniędzy na zrobienie dobrej architektury i dobrych przestrzeni wspólnych.

Ewa Karendys: Dziękuję za rozmowę.

 
rozmawiała: Ewa Karendys

więcej: A&B 2/2026 – Edukacja,
pobierz bezpłatne e-wydania A&B

Głos został już oddany

SPECTRUM STUDIO - Projekty, które powstają z myślą o przyszłości v2
Powierzchnie odbijające promieniowanie IR
Prawdziwie matowa rynna kwadratowa
INSPIRACJE