Zobacz w portalu A&B
Zostań użytkownikiem portalu A&B i odbierz prezenty!
Zarejestruj się w portalu A&B i odbierz prezenty
maximize

Przemo Łukasik: najlepszym projektem architekta jest jego własne życie

01 października '26

Przemo Łukasik, współzałożyciel Medusa Group, od blisko trzech dekad współtworzy z Łukaszem Zagałą jedną z najbardziej rozpoznawalnych polskich pracowni architektonicznych. W rozmowie z Olgą Kisiel-Konopką z OKK! PR opowiada o odpowiedzialności architekta, granicach kompromisu oraz o tym, jak zachować wierność własnym wartościom, prowadząc kilkudziesięcioosobową pracownię. 

Fot. Radosław Kaźmierczak dla Poszetka

OKK. Przemo, przez lata architekt był postrzegany jako wizjoner, twórca i ktoś, kto nadaje przestrzeni formę oraz znaczenie. Dziś coraz częściej oczekuje się od niego, że będzie również socjologiem, ekologiem, negocjatorem, psychologiem a czasami mediatorem pomiędzy interesem inwestora a dobrem społecznym. Czy doszliśmy do momentu, w którym od architektów wymagamy odpowiedzialności za rzeczy, na które mają coraz mniejszy wpływ? Gdzie Ty sam stawiasz granicę pomiędzy kompromisami?

Przemo Łukasik: Architektura zawsze powstawała w określonym celu, miejscu i czasie. Rolą architekta nie jest kreowanie rzeczywistości, lecz jej właściwe rozumienie. Od dawna odpowiadamy za sprawy, na które mamy coraz mniejszy wpływ. Nie ma sensu tego ukrywać, ale nie wyobrażam sobie alternatywy. Czasem bywamy jedynymi przy stole, którzy starają się pamiętać, że za rysunkiem kryje się ktoś, kogo przy tym stole nie ma: przyszły mieszkaniec, sąsiad i dziecko bawiące się na placu zabaw za dwadzieścia lat. Dlatego wolę nie myśleć o tych dodatkowych rolach w kategoriach ciężaru. Socjolog, etnograf, ekolog czy mediator to tylko nowe nazwy dla starej, ważnej umiejętności: słuchania i obserwacji. Dziś, częściej niż kiedyś, uzupełniamy własną wiedzę doświadczeniem konsultantów, rzeczoznawców i specjalistów z dziedzin, które nie zawsze kojarzą się bezpośrednio z budownictwem. Ich kompetencje i odmienne perspektywy sprawiają, że nasze projekty stają się bardziej odpowiedzialne. Kompromis jest nieodłączną częścią tego zawodu, podobnie jak życia. Projektowanie oznacza nieustanne negocjacje z budżetem, czasem, przepisami i parametrami technicznymi. Mogę ustępować w kwestii formy, materiałów, kolorów czy harmonogramu. Granica pojawia się wtedy, gdy kompromis podważa sens projektu, gdy ktoś może stracić coś, czego nie da się później zrekompensować: bezpieczeństwo, dostępność czy przestrzeń wspólną albo gdy projekt staje się karykaturą samego siebie i zaczyna udawać coś, czym nie jest. Najbardziej niewygodne w tym zawodzie jest to, że konsekwencje takich decyzji nie zawsze widać od razu. Czasem ujawniają się dopiero po latach.

Fot. Radosław Kaźmierczak dla Poszetka

OKK. Bolko Loft jest jednym z projektów, których nie da się oddzielić od biografii autora. Stworzyłeś swój dom w miejscu, w którym inni widzieli koniec pewnej historii. Dziś mówi się o nim jako o ikonie, przykładzie odpowiedzialnego projektowania, wyprzedzającym swoje czasy myślenia o architekturze. Ale Ty po prostu tam żyłeś, wychowywałeś dzieci, budowałeś codzienność. Jestem ciekawa, jak po ponad dwudziestu latach patrzysz na dom, w którym miałam przyjemność być i pić z Tobą najlepszą na świecie kawę. Czy nadal widzisz w nim architektoniczny eksperyment, czy przede wszystkim zapis własnego życia? I czy jest coś, co dziś zaprojektowałbyś inaczej, nie jako architekt, ale jako człowiek, który przez te wszystkie lata doświadczał tej przestrzeni?

PŁ. Zamieszkanie w dawnej lampowni nie było kaprysem ani zaplanowanym manifestem. Wynikało z potrzeby, a wyobraźnia architekta podpowiadała mi, że istnieją inne drogi niż te już wydeptane. Jak każdy architekt mam skłonność do pychy, ale kiedy mówię o Bolko Lofcie, mówię przede wszystkim o domu, którego nie byłem autorem ani projektantem. Zaprojektowałem jedynie proces jego transformacji i rehabilitacji. Byłem nie tylko inicjatorem, ale także wykonawcą i inwestorem. Nie ukrywam, że dla młodego architekta było to trudne, ale niezwykle pouczające doświadczenie. W Bolko Lofcie szukałem właściwych proporcji, mierząc się z historią miejsca, skromnym budżetem, pozyskanymi materiałami i przedmiotami, brakiem generalnego wykonawcy oraz nietypową przestrzenią uniesioną nad ziemią. Byłem jednocześnie architektem, inspektorem i inwestorem. Musiałem reagować na sytuacje, z którymi wcześniej się nie spotkałem. To była lekcja pokory i cierpliwości, ale także odpowiedniego nastawienia, tak ważnego w procesie rehabilitacji, nie tylko tej architektonicznej. Słowo „ikona” wydaje mi się przesadzone. Eksperyment ma swoją hipotezę, wnioski i koniec. Dom natomiast ma poranki. Pamiętam ten pierwszy: gwar dzieci na rowerkach, które schroniły się przed deszczem pod bryłą mojej lampowni. Nikt tego nie zaprojektował. To był najlepszy odbiór techniczny, jaki ten budynek mógł przejść. Dziś, po ponad dwudziestu latach, widzę w nim przede wszystkim zapis naszego rodzinnego życia. Nosidełek z synami i drewna kominkowego wnoszonych po schodach, rozmów i Wigilii przy stole, pierwszej kąpieli Jakuba w dużej wannie. Tę industrialną przestrzeń stopniowo wypełniały ciepło i zwyczajność rodzinnych rytuałów. Eksperyment skończył się dawno temu. Został dom.

Fot. Radosław Kaźmierczak dla Poszetka

Co bym zmienił? Chyba niewiele, choć dziś dom jest trochę pusty, bo synowie studiują daleko. Uważnie obserwuję, jak mój tata pokonuje odzyskaną klatkę schodową, zmagając się z ograniczeniami, które przynosi starość. Wiem, że dom na słupach ma swoją realną cenę. To trudniejsza lekcja niż ta o dzieciach chroniących się przed deszczem pod lampownią, ale równie prawdziwa: budynek nie dorasta automatycznie razem z człowiekiem. Trzeba to przewidzieć albo przynajmniej uczciwie przyznać, że architektura ma swoje ograniczenia. Oswajanie materii poprzemysłowej nie jest dla każdego. A kawa? Dziękuję. Smakuje lepiej w murach, które musiały widzieć gorsze napoje.

OKK. Twoja architektura bardzo mocno wyrasta ze Śląska. Z jego przemysłowej historii, surowości, ale też z doświadczenia transformacji. Dzisiaj rewitalizacja stała się niemal obowiązkowym słowem w języku architektury i deweloperów. Tylko czy przywracając życie starym fabrykom i kopalniom, rzeczywiście przywracamy coś lokalnym społecznościom? Czy czasem nie tworzymy po prostu pięknej, drogiej scenografii z cudzej historii? Jak Twoim zdaniem rozpoznać moment, w którym rewitalizacja przestaje służyć miejscu, a zaczyna służyć wyłącznie nowemu wizerunkowi?

PŁ. Jestem Ślązakiem i Śląsk zawsze był dla mnie wyrazisty, szczery, pragmatyczny, czasem drapieżny i odważny. Śląsk żyje przyszłością, bo wie, że teraźniejszość jest tylko przez chwilę. Transformacja, poszukiwanie nowych rozwiązań technologii i zastosowań, to gen tej ziemi i jej architektury. Dostosowywanie, zmiana rytmu i funkcji, typizacja, prefabrykacja, to główne cechy architektury przemysłowej. Jej piękno jest głębokie, schowane za ceglanymi i stalowymi fasadami. To piękno funkcjonalności, gotowość do przekształceń i odwaga, by szukać nowych scenariuszy. Rewitalizacja stała się dziś słowem - kluczem, które otwiera drzwi do finansowania i do tworzenia wizerunku, a nie zawsze do miejsca.

Rozpoznaję trzy sygnały, że coś poszło w złą stronę. Pierwszy: kto jest w środku po otwarciu? Jeśli nie ma tam ludzi, którzy tu pracowali lub rozumieli tę substancję, mieszkali albo chociaż mają tu sąsiadów, to znaczy, że historię opowiada się im zza szyby. Drugi: co stało się ze śladami? Patyna z katalogu, ściany wyczyszczone do sterylności i potem ubrudzone „dla klimatu" to nie ciągłość, to zwykła charakteryzacja. Trzeci: skąd wziął się program? Jeśli z potrzeby miejsca, to rośnie z niego życie. Jeśli z potrzeby marketingu, to rośnie z niego „pocztówka”. Śląsk nie potrzebuje, żeby jego historię objaśniać w gablocie. Ma ją w murach, pod dachami, w układzie ulic i w tym, jak ludzie chodzą tu do pracy. Dobra rewitalizacja bywa prawie niewidoczna. Po prostu pozwala miejscu dalej być użytecznym.

Fot. Radosław Kaźmierczak dla Poszetka

OKK.  Z Łukaszem Zagałą zbudowaliście Medusa Group, pracownię rozpoznawalną daleko poza Polską. Za Wami niemal trzy dekady wspólnej pracy, projekty o różnej skali i prestiżowe nagrody. Zastanawiam się, czy wraz z sukcesem nie pojawia się pewien paradoks: na początku kariery człowiek walczy o możliwość projektowania, a później być może największą wartością staje się umiejętność powiedzenia „nie”. Czy dzisiaj jesteś bardziej wolny jako architekt niż dwadzieścia lat temu? I co jest dla Ciebie trudniejsze, obronić odważny pomysł przed inwestorem czy zrezygnować z projektu, który zawodowo i finansowo byłby atrakcyjny, ale nie odpowiada Twoim wartościom? Osobiście bardzo lubię prawdę, którą czuć w Waszych projektach,

PŁ. Z Łukaszem chcieliśmy zbudować przede wszystkim zespół. Zespół ludzi, przyjaciół, koleżanek i kolegów, z którymi możemy odważnie, ale odpowiedzialnie odpowiadać na najbardziej niesamowite zadania, jakie powierzają nam nasi Inwestorzy.  Prowadzimy pracownię, w której pracuje ponad osiemdziesiąt osób, i każde „nie" ma swoją cenę, którą ponosi nie tylko Łukasz i ja. Dlatego odmawianie nie jest luksusem, tylko decyzją, którą trzeba udźwignąć. Bronić odważnego pomysłu przed Inwestorem jest trudniej intelektualnie, ale łatwiej emocjonalnie. Jest w tym adrenalina, sprawa, za którą się stoi i idea, w którą się wierzy. Odmówić zlecenia, które zawodowo i finansowo byłoby atrakcyjne, a jest w poprzek wartości, w które się wierzy, jest decyzją w samotności. Nikt nie klaszcze i podziwia projektu, z którego zrezygnowałeś i którego nie zrobiłeś. Nie ma z niego zdjęć, wyróżnień, nagród, komentarzy i nawet wdzięczności. Jest tylko wewnętrzna zgodność, którą widać dopiero z perspektywy lat. To decyzje, których nie widzą krytycy, którym tak łatwo przychodzi wydawać werdykty, dla których często „clickbait" jest ważniejszy od skomplikowanej prawdy.

OKK. Na koniec chciałabym odejść od samych budynków. W swoum domu Bolko Loft wychowałeś dwóch synów, którzy również wybrali architekturę. Przez lata stworzyłeś jako architekt pewien sposób patrzenia na świat, z szacunkiem dla tego, co już istnieje, i przekonaniem, że warto dostrzegać potencjał tam, gdzie inni widzą problem. Czy z wiekiem zmienia się Twoje myślenie o tym, co warto po sobie zostawić? Gdybyś miał wskazać jedną rzecz, którą chciałbyś przekazać swoim synom i młodemu pokoleniu architektów, byłaby to wiedza o projektowaniu, odwaga myślenia po swojemu, czy może umiejętność prowadzenia dobrego życia, w którym architektura nie jest wszystkim?

PŁ. Z wiekiem unikam dawania porad. Wiem, jak odpowiedzialne to zadanie, a świat, tak mocno się dziś zmienia, że sam często czuję się w nim zagubiony. Wartości z którymi mnie wychowywano i w które wierzę, są dziś cenzurowane. Gdybym miał wybrać jedną rzecz dla synów i młodych architektów, byłaby to umiejętność prowadzenia życia, w którym architektura nie jest wszystkim. Nie dlatego, że wiedza i odwaga są mniej ważne. Wiedzę można zdobyć, odwagi można się nauczyć. Ale życie, w którym zawód nie pochłania całkowicie człowieka, trzeba wybierać na nowo, każdego dnia.  Najlepszym projektem architekta jest jego własne życie. Trzeba brać za nie - odpowiedzialność i budować z marzeń, choć nie zna się deadline’u. Moi synowie myślą inaczej niż ja w ich wieku. Zapewne lepiej. Wychowali się w starych murach, które znają od środka, czują osobiście ideę „drugiego obiegu”, znają jej zalety, paradoksy i niedoskonałości. Są lepiej przygotowani na wyzwania przyszłości niż ja, więc nie będę im dawał rad, a raczej dawał przykład i wspierał.

OKK. Kilka lat temu powiedziałeś, że architektura to „pragmatyzm, odpowiedzialność i umiar”. Zastanawiam się, czy dzisiaj wybrałbyś dokładnie te same trzy słowa?

PŁ. Odpowiedzialność, to nieodłączna przyjaciółka architektury. Nie można być architektem, kiedy lekceważy się to słowo. Umiar jest jeszcze ważniejszy niż kiedyś. W świecie, który buduje za dużo, szybko, na wyrost i nie zawsze tam, gdzie są prawdziwe potrzeby, umiar jest aktem odwagi. Pragmatyzm zamieniłbym na szacunek, który jest bezwzględnym wymogiem wobec siebie, w rodzinie, przyjaźni, miłości i w pracy. To spoina, która najtrwalej łączy ludzkość. Jego brak dostrzegam dziś bardzo wyraźnie, jest deficytowy jak minerały ziem rzadkich.

Fot. Radosław Kaźmierczak dla Poszetka

Dodatkowe informacje: www.medusagroup.pl

Głos został już oddany

SPECTRUM STUDIO - Projekty, które powstają z myślą o przyszłości v2
Powierzchnie odbijające promieniowanie IR
Narracje nr.17
INSPIRACJE