Uwaga: w poniższym felietonie zawarłem pytania absolutnie kluczowe dla architektów i architektów wnętrz, nie tylko polskich, ale w ogóle ziemskich. Odsuńcie wszystko na bok, bo w tej historycznej chwili nie ma nic ważniejszego.
Wiemy mniej więcej, jak mieszkają różni ludzie, nawet najbardziej nam dalecy, ci z trzeciego stopnia oddalenia. Jak Buszmeni, indyjscy sprzedawcy uliczni, brytyjscy beneficjenci umierającego państwa opiekuńczego czy amerykańscy programiści, którzy właśnie odkrywają życie w wielopokoleniowych rodzinach, bo po tym, jak AI pozbawiło ich pracy, musieli wrócić do domów rodziców. Dzięki kolorowym pismom możemy się domyślać, jak żyją bogate żony z Konstancina, Miami Beach i podmoskiewskiej Rublowki. Wiemy też, jak mieszkają obsługiwani przez architektów przedstawiciele globalnej klasy średniej wyższej i wyższej. Ba, znamy także siedziby, które architekci stawiają samym sobie jako pokazy możliwości (tudzież, choć to coraz rzadsze, jako eksperymenty). Patrzysz na taki dom manifest i już wiesz: ten to pogrobowiec modernizmu (na pewno nosi oprawki à la Le Corbusier), a przy tym sentymentalny i zarazem pryncypialny purysta. Tamta to romantyczna regionalistka w sztybletach, co rozpływa się na widok malw przy furtce. Inny to narcyz z talentem do czarowania bogaczek: ma włoskie lustrzanki w złotych oprawkach i kabrio. Właściwie każdą kategorię człowieka możemy, czasem na pierwszy rzut oka, przypisać do jakiegoś „języka formalnego”. Biznesmena z małej miejscowości do wybujałego dworku i kupionego z nadwyżki apartamentu na Costa del Sol. Emerytkę do spółdzielczej kawalerki w gomułkowskim bloczku, na którą ostrzy sobie zęby wnuczek z sektora kultury. Albo ambitną menedżerkę do sterylnego apartamentu z lodówką SMEG i „turbomiksem” w zagłębiu innych hożych menedżerek, na razie wprawdzie na bezosobowym nowym przedmieściu, ale kiedyś to będzie prestiżowy wieżowiec w centrum, jak z amerykańskiego snu, z widokiem, basenem i strefą lałndż na dachu. Patrzymy na kogoś i z dużym prawdopodobieństwem wiemy, gdzie i jak ten ktoś mieszka. Albo odwrotnie: omiatamy wzrokiem symetrycznie ułożone poduszki na beżowej kanapie z alcantary i już klaruje nam się w głowie obraz ich comme il faut właścicielki z jej cul serré, perełkami i czółenkami. Przy odrobinie wprawy, jaką daje praktykowanie architektury (albo praca w wywiadzie) możemy ze znaczną dozą pewności określić styl życia i materialne aspiracje większości napotkanych ludzi. Ich wyśnione albo zdobyte fanty, od sztucznych belek klejonych do sufitu w blokowej kuchni (w zestawie z pękiem czosnku) po dżakuzi na bezkresnym tarasie wypasionej willi. Słowem, dla wprawnego oka architekta, a zwłaszcza architekta wnętrz, ludzie to pikuś. Bez większego trudu możemy też sobie wyobrazić, gdzie i jak mieszkają różne inne organizmy. Nie trzeba być biologiem, żeby zobrazować sobie luksusowe gniazdo altannika, niedźwiedzią gawrę albo nadrzewny ul pszczoły afrykańskiej.
Tymczasem, od kiedy amerykański prezydent odtajnił materiały z bliskich spotkań armii USA z UFO dręczy mnie takie pytanie: a jak mieszkają kosmici? Nie starajcie się mnie zbyć, pukając się w czoło i stwierdzając, że z racji życia na jednej z planet naszej galaktyki i my sami jesteśmy kosmitami. Wiecie, o kim mówię. Nie o Jeffreyu Epsteinie, od którego kontaktów ufoczymi rewelacjami chce odciągnąć naszą uwagę pan Trump. Chodzi mi o autentycznych gości spoza Ziemi, tych, których pojazdy przypominające przeskalowane białe pigułki, wirujące spodki czy ośmiokątne gwiazdki zalały ostatnio internet i amerykańską telewizję, łącznie z niusowym programem „60 minutes” w telewizji CBS. Problemów z oceną aspiracji materialnych kosmitów jest aż nazbyt wiele. Po pierwsze: czy amerykańscy lotnicy i marynarze oraz brazylijska piechota napotkali do tej pory tylko jeden ich rodzaj, względnie rasę? Może były to „szaraki” z serialu „Z archiwum X” i tyle? A może wszystkich, których jakimś cudem udało nam się zobaczyć, jak wychynęli ze swoich pojazdów, wrzucamy do jednego worka, jak Japończycy gaijin, czyli nie-Japończyków? Nie ważne, jaki masz kolor skóry, czy mieszkasz w bajkowej chatce pod Rovaniemi, czy w wieżowcu w Bangalore, dla porządnego mieszkańca Kraju Kwitnącej Wiśni jesteś po prostu nie-swój. Jeśli więc z jakichś powodów odwiedzają nas różni nie-nasi, to jacy? Skąd? No i wreszcie — jak oni tam mieszkają i w ogóle jak żyją? Czy mają zsypy na klatce i suszą pranie na balkonach? Ha, powiecie, to nic oryginalnego, takie pytania zadają sobie pisarze science-fiction od końca XIX wieku. Prawda, ale nikt jeszcze nie zajął się takimi rozważaniami z punktu widzenia obyczajowości, dekoracji wnętrz i wyposażenia AGD-RTV! No, może poza twórcami serialu „Jetsonowie”, a do tego filmów „Łowca androidów” i „Piąty element”, choć to w gruncie rzeczy były opowieści o nas samych w jakiejś przyszłości.
Architektura — owszem, tu gdybań było niemało, a wizje pozaziemskich budynków i obiektów infrastruktury stanowią najważniejszy motyw wizualny wielu spektakularnych obrazów. Na tych samych filmach mamy do czynienia jedynie z niewiele mówiącymi, ale sugestywnymi dekoracjami à la oślizłe wnętrza statku ksenomorfów z serii „Alien”. Nawiasem mówiąc wnętrza zazwyczaj widzimy właśnie w pojazdach, a nie w zwyczajnych chawirach zmęczonych codzienną harówą kosmitów. A jeśli to ufoczyca albo jakaś inna, nieznana nam płeć, to czy będzie mieszkać inaczej niż ufok? Czy moglibyśmy wyobrazić sobie jego (?) środowisko życia, oceniając je tylko na podstawie wnętrza pojazdu, którym do nas przyleciał? Na pewno niełatwo było domyślać się jaszczurom z Galapagos, jak mieszkali wiktoriańscy Londyńczycy po oględzinach wnętrza kajuty Charlesa Darwina na pokładzie „Beagle”. W końcu, z dużym prawdopodobieństwem, jesteśmy w analogicznej, choć międzyplanetarnej relacji...
Czy gdybyśmy my, wprawni w ocenie architekci, spotkali ufoka na ulicy, to umielibyśmy zgadnąć, jak ów mieszka? Logicznie rzecz biorąc, powinniśmy zacząć teraz od pytań o fizykę ciała niebieskiego, z którego dana istota się wywodzi, by zaraz potem przejść do biologii niej samej. Ciążenie, ciśnienie, charakter i stałość warunków fizycznych i chemicznych lub ich zmienność, ewolucja życia, gatunku, z którego pochodzi przybysz, i żyjących w jego otoczeniu istot, wreszcie poziom technologiczny, obyczajowość i kultura — wszystko to może wpływać na standard codzienności istoty pozaziemskiej. A co z ekonomią? Czy ufocy kupują meble albo chmury gazu na raty, czy szarpią się od razu na całe zestawy dla młodych małżeństw z tego, co im rodzina sypnęła przy okazji wesela? A może, jak w wypadku pszczół, niedźwiedzi i altanników mieszkają identycznie jak reszta przedstawicieli swojego gatunku? Bo, a nóż, sublimacja społeczeństwa konieczna do wytworzenia technologii, która ich do nas sprowadziła, wcale nie przekłada się na prawa ekonomii, w tym nierówności, które znamy aż za dobrze z naszego łez padołu?
Gdybyśmy się znaleźli w mieszkaniu obcego, to czy bylibyśmy w ogóle w stanie zrozumieć relację między nim samym a tym, co go na co dzień otacza? W końcu sami piszemy dziesiątki książek, postów i artykułów o naszych mieszkaniach, tłumacząc skąd te boazerie i poroża w blokach z wielkiej płyty, czemu Polska jest drugim na świecie (po Rosji) rynkiem zbytu narożników rozkładanych albo po cholerę Hiszpanom podłogi z gresu udającego dębowy parkiet. Jestem prawie pewien, że wizyta u Janusza i Grażyny z planety 73092200692 w najbliższym nam układzie Alfa Centauri, mogłaby wprowadzić nas w daleko idącą dezorientację. Na drodze do zrozumienia obyczajów i stylu życia stanęłyby nam bowiem problemy z naszym ograniczonym postrzeganiem i komunikacją. Mimo gościnności domowników i ich autentycznych wysiłków moglibyśmy nie zrozumieć zupełnie podstawowych rzeczy. Na przykład, dlaczego Grażyna w naszej obecności wkłada swój gnuktrsh w wypustkę ctrtywu (po lewej od otworu dtysvß), a Janusz co jakiś czas z dziwnym uśmiechem poklepuje powierzchnię swojego jtyęc$h, omiatając przy tym mackojęzykiem nasze podudzie. Mniej więcej jak w rozmowie z Czechami notorycznie padalibyśmy ofiarami iluzji, że w końcu zajarzyliśmy, o co chodzi naszym gospodarzom, by za chwilę popełnić jakieś fatalne faux pas. Zapomnielibyśmy o grzecznym siorbaniu podanego nam wywaru z wystanego w kolejce owocu hjyøtść i dali się pogryźć rvöótfs, ich ukochanemu pupilowi. Nie skomplementowalibyśmy na czas z dumą prezentowanej nam zabudowy gslćfś (na wysoki połysk i wydającej odstręczający zapach siarkowodoru) oraz wyśpiewanego przez ich pociechę kupletu na naszą cześć. I w ogóle byłby kwas za kwasem, a po wszystkim kosmo-Janusz zamykając za nami przegrodę śfgójk, powiedziałby do żony, o boże, co za impertynent z tego yttrdifianina.
Myślę sobie, że może właśnie dlatego kosmici jakoś nie palą się do nawiązywania z nami znajomości, nie mówiąc już o zapraszaniu nas do swoich domów. W końcu, kurczę, nikt nie chce niezręcznych sytuacji i krępującej ciszy przy stole. Z tego względu, drodzy moi, jestem prawie pewien, że kosmiczne style i trendy wnętrzarskie jeszcze przez wieki pozostaną nierozwiązaną tajemnicą Wszechświata.
Jakub Szczęsny
więcej: A&B 7-8/2026 – Domy jednorodzinne,
pobierz bezpłatne e-wydania A&B

![Zobacz Standardowy moduł szklany VELUX do dachu płaskiego [click: artykuł w A&B] Standardowy moduł szklany Velux do dachu płaskiego - Nowoczesne przeszklenia dachów płaskich dostępne dla większej liczby projektów](https://cdn.architekturaibiznes.pl/upload/filemanager/AiB/BANERY/VELUX/METKA-09-2026/Velux-metka_1070x600_2.jpg?1788776738197)



















