Nie złoty pociąg i nie puma grasująca po Polsce otwierają w tym roku sezon ogórkowy. Wraca potwór suburbanizacji.
Tego lata, po jako takiej przerwie, media biorą w obroty rozlewanie się miast, bo połapały się, że — mimo dawnych już alarmów — miasta rozlewają się nadal i nie chcą przestać, choć wszyscy podobno znamy tego konsekwencje. Czytamy, że Warszawa, ale nie tylko ona, dusi się w coraz gęstszych korkach. Tworzą je auta dojeżdżających z przedmieść, na których od dawna nie stoją domy nad rozlewiskiem. Teraz to rozlewiska domów. Pełno w mediach lamentów, że żyje się na tych rozlewiskach dziwnie, dziwnie się je opuszcza i dziwnie do nich wraca. Wyłania się obraz ni miasta, ni wsi, raczej czegoś ze snu, który w pozornie logicznym porządku miesza miejsca i rzeczy. Suburbia jawią się jak ocean niesamowitości, produkt oprogramowania replikującego błąd w nieskończoność; tylko czekać, aż polskie przedmieścia opanują galaktykę.
Gdy czyta się o rozlewaniu miast, powstaje też wrażenie, że to jak zmiany klimatu. Niby samo się nie rozlało, decydenci dopuścili, inwestorzy budowali, a architekci tworzyli projekty, ale teraz już nic człowiek nie może. Zostało się dostosować, czyli osłabić wyjątkową niesamowitość suburbiów budową chodników, organizacją sprawnego zbiorkomu, dosadzeniem drzewek na niezabudowanych poletkach.
Jak widać wieczni malkontenci nie są w stanie pokochać polskich suburbiów takimi jakie są, choć przecież jest za co. Po pierwsze, z obowiązku: są nasze i przez nas zrobione (i nie jest to nasze ostatnie słowo). Po drugie, bo w nich zamieszkaliśmy, a przecież nie mogliśmy się mylić. Po trzecie, są to — o czym wyżej — osiedla jak ze snu. Po czwarte, pełno w nich innowacji, których tak łaknie nasza gospodarka. Takich jak „leżące kamienice” lub „bloki horyzontalne” zwane brzydko łanowymi osiedlami. Trakt z jednym wjazdem obsługujący kilkadziesiąt domów osiedla to przecież ekwiwalent klatki schodowej, tyle że bez jej wad. Nie trzeba windy, nie męczą schody, pod drzwi podjedziesz samochodem. Jest sprawiedliwie, bo wszyscy mieszkają na tym samym piętrze i mają takie same widoki — na takie same domy. Nikt nie hałasuje nam nad głową, nikomu nie tupiemy.
Nowe suburbia likwidują nam też problem planowania krajobrazu, bo na ostemplowanym domami obszarze krajobrazu już po prostu nie widać. Owszem, tu i ówdzie są jeszcze jakieś pola i pagórki, ale władze gmin przeznaczyły je pod nowe osiedla. Wspaniała okazja dla tych licznych architektów, którzy, gdyby nie projekty kolejnych hacjend i nowoczesnych stodół, nie mieliby z czego robić w sieci architektonicznej pornografii. Wkrótce nie będzie przykrego rozdźwięku między efektywnym zabudowanym i marnującym się pustym. O miły psychice brak dysonansu dbają nawet kreatorzy wypoczynkowych ośrodków nad Bałtykiem. Znajomy architekt zasypał mnie zdjęciami rzędów domków ustawionych równie gęsto i w takim ordynku jak łanowe osiedla. „Polskie resorty, chyba idealny temat na wakacyjne felietony” polecił. Ja też polecam: jedziesz te pięćset kilometrów i masz jak w domu, tylko że nad morzem. Bez stresu, że coś cię zaskoczy.
Są też polskie suburbia receptą na grozę miast piętnastominutowych, w których — tak wieszczą znawcy ukrytej prawdy — chcą nas zamknąć, jak w gettach, twórcy nowego światowego porządku. Tu mamy miasto trzy-, a nawet czterogodzinne, bo tyle niektórzy spędzają w samochodach. Luksusowo i na czasie. Zuzanna Skalska, zasłużona badaczka i trendsetterka oznajmiła niedawno na Facebooku: „dzisiejszy luksus to nie drogi samochód, designerska torebka czy helikopter na dachu... Dzisiejszy luksus to zbiór doświadczeń, które zrobiły na nas wrażenie i ukształtowały nasz sposób myślenia”. Ważne jest zatem nie auto, a doświadczenie spędzania w nim czasu (wrażenia nie w kij dmuchał), osiągalne właśnie dzięki suburbiom. Trzeba z nich przecież dopełznąć nie tylko do pracy, ale i odległych sklepów, fitnessów, knajp, szkół, być może i przybytków kultury. Do odległego wszystkiego, czego na przedmieściach nie ma, a co jest w centrach miast, które zmieniają się w tematyczne parki rozrywki.
Przyjeżdża się zatem do centrów podglądać żyjących jeszcze tu i ówdzie tubylców oraz po inspirujące doświadczanie kotleta w restauracji, niecodzienne przeżycie chodzenia po chodniku czy też wrażenie, że nadal się jest mieszczaninem, choć żyjąc na suburbiach należy się do nowej klasy — mieszaństwa. Mieszaństwa, bo jest się ni miejskim, ni wiejskim mieszańcem. Wygląda się jak z miasta, mówi się jak miastowy, pretensje i nawyki ma się mieszczańskie, ale mieszka się za miastem bez doświadczania przykrych miastowych zdarzeń i obowiązków. Idąc codziennie ulicą nie wpada się przypadkiem na ciekawych ludzi i nie ucina się z nimi przypadkowych pogawędek o czymś niepraktycznym, z których, owszem, kiedyś wyrosło wiele dobrych pomysłów, przyjaźni lub zdarzeń, ale wyrosło chaotycznie i bez racjonalnego algorytmu, który mówi nam dziś kogo znać i z kim gadać. Nie trzeba też, a nawet, przez zamiejski meldunek, nie można, marnować czasu na udział w miejskich stowarzyszeniach, ko-łach czy radach osiedli. Kolejny plus: samorządy mogą, zgodnie z nazwą, rządzić same i rozwijać miejskie parki rozrywki bez zawracania sobie głowy głosem obywateli. Robią to ostatnio bardzo ochoczo.
Wreszcie, co za ulga, lud z suburbiów nie wyjdzie przeciw władzom na ulice, bo raz, że nie ma u siebie ulic, a dwa — zanim dojedzie tam, gdzie są, przeżyje inspirujące doświadczenie stania w korku gigancie. Zresztą po co protesty? PKB rośnie, dobra się mnożą, kult zapierdolu przynosi efekty. Ponad trzy potransformacyjne dekady zaszczepiły Polakom świecki, nomen omen, protestantyzm z wiarą w pracę w pocie czoła i pogardą dla darmozjadów. Ot, choćby w postaci artystów, którym państwo ma dorzucić co nieco do lichych emerytur (załapali się i architekci). A nam? Dlaczego nie nam? — pytają przedstawiciele mieszaństwa. W zasadzie racja. Przetrwać na polskich suburbiach to przecież także sztuka.
Jakub Głaz
więcej: A&B 7-8/2026 – Domy jednorodzinne,
pobierz bezpłatne e-wydania A&B



































