Żarty się skończyły. Koniec anonimowości. Stawiamy architektom pomnik.
No i jest. Jak rakieta gotowa do lotu. Największa w Europie. W kujawskim Konotopiu stanęła Matka Boska metrami wielmożna, a liczy sobie tych metrów pięćdziesiąt i pięć. O blisko dwadzieścia przeskoczyła syna ze Świebodzina. Wychodzi na to, że im bardziej kogoś nigdy nie widzieliśmy, tym większą dłubiemy rzeźbę. Tylko czekać stumetrowego go łębia w roli św. Ducha. Wieczni malkontenci oczywiście kręcą noskami, że kicz, bałwochwalstwo i tandeta, ignorując Efekt Promocyjny — w Polsce równie święty, co przedstawione tu postaci. Przy M. Boskiej już stanęło centrum obsługi turysty. Jest parczek i parking. Czekam na hotel i lunapark.
Malkontentom na pociechę czas oznajmić, że rośnie też w całym kraju rzesza pomników bardziej wyrafinowanych, abstrakcyjnych, a nawet nasyconych absurdem. Pomników polskich architektów. Są nimi nowe mieszkaniowe osiedla, od łanowych po skompresowane kondominia kloców. Osiedla, które dostarczyły Polakom już wiele uciechy, okazji do robienia memów, czy — mnie także — do podśmiechujek w felietonach.
No ale bądźmy wreszcie poważni, oddajmy sprawiedliwość twórcom mieszkań, którzy dla użytkowników tychże są najczęściej anonimowi. Kiedyś architekci często dopominali się, by informować o ich autorstwie, potrafili dzwonić do mediów i słusznie je besztać, gdy w przekazie o nowej inwestycji architekt w zasadzie nie istniał. Dziś, niesłusznie, wydzwaniają jakoś mniej i to raczej nie dlatego, że biedacy się zmęczyli. Chyba wiedzą, co projektują. No więc nadal powszechnie nie wiadomo, który blok jest czyim pomnikiem. Stąd też mój Bardzo Poważny Wniosek, bo bywam czasem poważny, by, pod karą, autorstwo architekta ryte było na budynkach obowiązkowo, w miejscu widocznym, a już wspaniale by było ryć je w każdym nieprzewietrzalnym mieszkaniu, każdej ciemnej kuchni, w każdym glistowatym pokoju, w korytarzu jak tasiemiec. W tzw. segmencie premium — z wizerunkiem twarzy projektanta. Dotąd śmiechom nie było końca, ale już jest. Pomnik to w końcu rzecz serio.
Czuję jednak, że zamiast zachwytu nad takim dowartościowaniem, podniesie się krzyk, że RODO, szkalowanie, nic nie możemy, źli deweloperzy, my tylko wykonujemy rozkazy, sio z tą Norymbergą. „Wykonujemy rozkazy” można by haftować tyta nową nicią na sztandarze Izby Architektów, gdyby taki sztandar gdzieś łopotał. Bo znacznie bardziej architekci lubią powtarzać frazy w ten deseń niż wspólnie i solidarnie robić coś, by hasło brzmiało „Robimy dobrze i zgodnie ze sztuką”. Karta Warszawska, ta ogłaszana w bólach od maja do czerwca tego roku, choćby i najsłuszniejsza, nie bardzo wystarczy, tym bardziej że trzy miesiące po Kongresie Architektury nikt nawet nie zadbał, by ją wypozycjonować w wyszukiwarkach. Karty Warszawiaka w Google'u więc nie przebija, zatem jak ma przebić w realu polskie zwyczaje i legislację.
Architekci nie połapali się też en bloc, że dowcipasy, półżarty i złośliwostki, choćby i te ode mnie, były z litości, by kupili sobie gdzieś trochę czasu i ogarnęli wreszcie sytuację. Że jest co ogarniać wiedzą dobrze. „Dziwki jesteśmy” mówi mi czasem po głębszym dobry i wrażliwy architekt. Co myślą gorsi nie wnikam. A litość, czy może nawet wyrozumiałość, ma swoje granice i właśnie do nich dopełza.
Najlepiej by było teraz zrobić z polskiej mieszkaniówki wystawę wstydu i wysłać ją na przyszły rok do Wenecji, ale to marzenie ściętej głowy, bo w minionych dekadach krytyczna wystawa z Polski pojechała na Biennale tylko raz, a i ona była o budowlance, a nie architektach. Chciałem nawet zaproponować na rok przyszły sfingowanie przebudowy polskiego pawilonu na mikrokawalerki, opatrzone folderem zasobnym w najdziwniejsze rzuty polskich mieszkań, nazwiska ich autorów oraz promujący je bełkot. Ale raz, że Zachęta ogłosiła konkurs na biennalową ekspozycję w urlopowym szczycie (30 dni w sierpniu) i ściągaj tu człowieku z wakacji koleżeństwo od robienia ekshibicji, a dwa, że brudy się pierze u siebie, a nie byłaby to wystawa czyściutka. W ogóle by to nie była wystawa, tylko coś jakby deweloperskie stoisko promujące intratne polskie mikrokawalerki tworzone (co byśmy przekonująco zasugerowali) w samych Giardini. Wulgarne prestiżem kupieckie stoisko przy zamkniętym, „przebudowywanym” pawilonie opakowanym w rusztowania. Żadnych, za przeproszeniem, metaznaczeń. Żadnych, psia mać, narracji.
Ale, nie bójcie nic, architekci. Jest jakaś szansa na uwolnienie was od pomnikowego wstydu. Kiedyś dolar miał parytet w złocie. Ale od pięćdziesięciu pięciu lat nie ma i świat się nie zawalił, choć cały czas chodzi mu to po głowie. Idźmy więc za ciosem. Czas na metr kwadratowy mieszkania, który wciąż ma pokrycie w realnej konstrukcji, a to w zasadzie bez sensu, gdy służy on głównie jako lokata kapitału. Wprowadźmy metr transferowy bez pokrycia w czymkolwiek realnym. Kurs w miarę równy, mnożony przez współczynnik równie wirtualnej lokalizacji. Brzmi może dziwnie, ale bitcoin brzmi dziwniej, więc czemu nie. Skorzysta natura i skorzysta architektura, której jakość przestaniemy rozrzedzać kolejnymi kubaturami PUM-u. Żadnych remontów, żadnych lokatorów, stały wzrost kursu i regularne odsetki. Oszczędzą czas i architekci, a uzyskane godziny poświęcą medytacji nad utratą statusu. Zaoszczędzą sobie też wstydu.
Gorzej jednak z ucieleśnionymi w blokach awangardowymi pomnikami architektów. Trzeba by je wtedy zastąpić czymś bardziej tradycyjnym. Jak mógłby wyglądać taki monument? Z czego to zrobić? Twardy jak Hadid, giętki jak etyka zawodu. Pół piersi wypięte po order, drugie pół zapadłe. Podbródek do przodu, zastrachane oczy w głąb siebie. Trochę ważniak, trochę safanduła. Niby biedny, ale w furze full wypas. Krasnal z wyglądu, bo jak krasnoludki, sporo robi, ale mało kto go zna i widział. A że mało kto go widział, to — zgodnie z ogłoszoną regułą „im mniej widziany, tym większy” — wysoki tak na pół M. Boskiej, co jednocześnie symbolizuje słynne projektanckie ego. Krótko mówiąc: karzeł gigant.
Jakub Głaz
więcej: A&B 9/2026 – Konkursy,
pobierz bezpłatne e-wydania A&B



































