Ostatnio zajmuje mnie temat udanych współprac, by nie powiedzieć „symbioz”, między architektami a inwestorami. Przyglądam się charyzmatycznym projektantom i klientom, a zwłaszcza owocom ich wspólnych wysiłków. W różnej skali: od ikonicznego sklepu pokazowego marki Olivetti w Wenecji, poprzez budynki, jak Teatro Oficina w São Paulo, na całych zespołach o skali urbanistycznej kończąc. Wertując stare albumy Rizzoli z serii o amerykańskich dekonstruktywistach trafiłem na Conjunctive Points, czyli strategię rewitalizacyjną poprzemysłowej strefy Hayden Tract w Culver City. Miasto to tkwi wciśnięte między Los Angeles a Santa Monica.
W latach 20. XX wieku działały tu studia MGM oraz fabryka samolotów Howarda Hughesa. Powolny upadek przemysłu rozpoczęty w Stanach Zjednoczonych w latach 70. doprowadził do wyludnienia i degradacji tego obszaru. W miejsce różnej wielkości fabryk, wytwórni i montowni pojawili się przestępcy i… twórcy mogący tu tanio wynajmować lofty. W tych realiach Laurie i Frederick Samitaur-Smith zaczęli skupować tu działki. Pochodzący z rodziny przemysłowca Frederick wcześniej dorobił się, budując biurowce dla cyfrowej awangardy Doliny Krzemowej. W Culver City Smithom nie chodziło o standardowy park biurowy. Ich ambicje wynikały z artystycznej przeszłości Fredericka, który we wczesnej młodości był asystentem technicznym Pabla Picassa, a później artystą w Los Angeles. Po śmierci ojca Frederick odziedziczył w Hayden Tract działkę z opuszczoną fabryką. Budynek wynajmował artystom i architektom, w tym Ericowi Owenowi Mossowi, który stał się kluczowym partnerem projektowym, wspólnie zrealizowali dwadzieścia pięć obiektów. Frederick tak wspominał początki swoich poszukiwań, kiedy chodził od pracowni do pracowni, szukając architekta, który mógłby zostać intelektualnym partnerem w ich projekcie:
Większość architektów, których odwiedziłem w naszych początkach, była bardzo arogancka i nie chciała słyszeć o żadnych wartościach społecznych i łączyć ich ze swoją architekturą. Mieli odpowiedzi na wszystko. […] Na szczęście Eric zaczął wynajmować lokal w naszym budynku, a ja zobaczyłem, że czyta książkę T.S. Eliota „Four quartets” i pomyślałem, wow, ten facet nie jest idiotą. [...] Kiedy opowiedziałem mu o moich ambicjach Eric powtarzał OK, ale może po prostu potrzebował roboty, żeby móc zapłacić za czynsz
Wartości społeczne nie wzięły się z niczego: Laurie była aktywistką społeczną, zaangażowaną w poprawę bezpieczeństwa i dostępu do opieki medycznej najuboższych mieszkańców Miasta Aniołów. Oboje dobrze znali problemy południowej części miasta, tak zwanego South Central, do którego sięga północna granica Culver City.
Proces przemiany dzielnicy ruszył w 1986 roku, kiedy to w ramach wymyślonego we trójkę planu Conjunctive Points powstał budynek Paramount Laundry–Lindblade Tower–Gary. Eksperymentalny projekt Mossa, dziś uznawany za klasykę dekonstruktywizmu, przyciągnął firmy z sektorów kreatywnych i technologicznych, zmieniając postrzeganie dzielnicy. Realizację planu zahamowały jednak zamieszki rasowe, które wybuchły w 1992 roku po uniewinnieniu policjantów oskarżonych o brutalne pobicie Rodneya Kinga. Banki odmówiły finansowania kolejnej inwestycji na terenie uznawanym za niebezpieczny, więc Smithowie kontynuowali projekt z własnych środków. Frederick nawet sprzedał część swojej kolekcji obrazów. Tak powstał kolejny nagradzany budynek ich firmy deweloperskiej, Samitaur Constructs, mieszczący między innymi biura Kodaka.
Celem Smithów było stworzenie przestrzeni dla wspólnoty złożonej z różnej wielkości podmiotów kreatywnych, a nie anonimowej zabudowy biurowej. Strategia opierała się na budowaniu klastra kreatywnego: każdy obiekt łączył dużego najemcę korporacyjnego z małymi firmami, artystami, architektami i instytucjami publicznymi. Równolegle dbano o wyrazistą, często kontrowersyjną architekturę, która miała sygnalizować radykalną zmianę charakteru miejsca. Powstały charakterystyczne obiekty, takie jak Pterodaktyl, Beehive czy (W)rapper, regularnie nagradzane i opisywane w mediach.
Istotnym elementem była też strategia „adaptive reuse” — zamiast wyburzeń adaptowano istniejące hale i magazyny, zachowując przemysłowy charakter miejsca. Projekty traktowano jak rzeźby kształtowane bez sztywnych założeń, co wymagało zarówno odwagi, jak i dużych nakładów: w końcu ilu inwestorów, architektów, menadżerów i budowniczych lubi improwizować? Kluczowa okazała się stała współpraca z doświadczonymi wykonawcami, zdolnymi realizować skomplikowane formy w ramach budżetu, formy, trzeba dodać, szokujące.
Smithowie stopniowo wprowadzali nowe funkcje: najpierw miejsca pracy, potem zabudowę mixed-use i ostatecznie zabudowę mieszkaniową. Strategia ta została uwzględniona w oficjalnych planach miasta — w 2025 roku uchwalono Plan Generalny 2045 zmieniający oddolną inicjatywę Smithów w akt prawny. Atrakcyjność Culver City w oczach inwestorów i najemców wzmocniło pojawienie się dwóch stacji metra i ścieżki rowerowej łączących LA z Santa Monica i plażą. Widoczność i tożsamość miejsca zbudowała z kolei bezkompromisowa architektura Mossa.
Projekt ma charakter gentryfikacyjny, lecz bez standardowego wypierania mieszkańców, bo w Hayden Tract niemal nikt nie mieszkał. Smithowie zachowują wszystkie nieruchomości, kontrolując rozwój dzielnicy i tworząc miejsca pracy jako fundament lokalnej przyszłości. Każdy nowy projekt zlecają Mossowi. Jakiś czas temu wpadł mi w ręce numer japońskiego pisma „GA Houses” z 1981 roku zatytułowany „New waves in American architecture”, którego redaktorzy przedstawiali powstałe w Stanach Zjednoczonych projekty domów jednorodzinnych i rezydencji mające zwiastować nowe trendy. Z wszystkich należących do jednego pokolenia postaci stojących za nierzadko świetnymi projektami, tylko Moss wszedł do globalnej czołówki architektonicznych autorytetów o silnym, rozpoznawalnym stylu. Oczywiście jego pokolenie wydało więcej oryginalnych i liczących się dziś amerykańskich twórców ze Stevenem Hollem, Michaelem Rotondim i Thomem Mayne”em na czele, ale ich GA nie wymieniło. Śmiem twierdzić, że międzynarodowa kariera Mossa nie byłaby możliwa bez trwającej już czterdzieści lat współpracy z parą oświeconych i wizjonerskich deweloperów, której początkiem była pogawędka nad tomikiem poezji T.S. Eliota. Jaki może z tego płynąć wniosek? Architekci mogą dostawać zlecenia dlatego, że mają stemple, znają urzędniczki albo dlatego, po prostu, że potrafią projektować ładne budynki. Czasem dostają szansę, która zmienia ich życie na zawsze i przynosi ją los jako nagrodę za wrażliwość i dobry gust. Czytajmy poezję, drodzy państwo!
Jakub Szczęsny
więcej: A&B 1/2026 – Osiedla,
pobierz bezpłatne e-wydania A&B

































