Mózg, ten drań i leń, dba tylko o własną wygodę. A jak ma dobre pomysły, to właśnie z lenistwa. I jak tu robić z tym typem architekturę? Na szczęście bywa wścibski.
Ignorancja to siła — pisał Orwell. Jak się nie wie czegoś ważnego, tym mocniej wie się bzdurę i jedzie na autopilocie. A że siła w dzisiejszych czasach słusznie zaczyna wyręczać w działaniu chuchrowatą dyplomację, perswazję i inne wytrychy dla maminsynków, to akcje ignorancji lecą w górę. Bez zbędnych dywagacji można sobie porwać prezydenta, dużą wyspę, pokojową nagrodę, jeden pies. Szybko, łatwo i skutecznie, czyli chyba dobrze, bo jak obwieścił w lutym na Budmie, podczas Forum Designu i Architektury, kognitywista, profesor Maciej Błaszak z UAM, mózg to leń, lubi jak jest łatwo i, gdy może, lezie na skróty. Mówił o mózgu, bo Forum było o estetyce w architekturze i sprawdzaliśmy, skąd się w głowach bierze, że coś jest „ładne” lub nie. Leni się drań mózg także w odmienny sposób. Tylko wolny od doraźnej operacyjnej roboty — ciągnął profesor — mózg może wygenerować coś kreatywnego. Zawalony bieżączką nie stworzy nic godnego uwagi.
Może to stąd u architektów zmuszanych przez życie do gromadzenia w głowach gigabajtów wiedzy niearchitektonicznej skłonność do ignorancji, czyli mierny zapał, by — w nieposiadanych przez nich wolnych chwilach — wbić sobie jeszcze do łepetyn coś więcej o architekturze i rzeczywistości. Więcej niż to, co na studiach lub początku zawodowej tak zwanej kariery. Na przykład to, jak naprawdę działa człowiek, co rzeczywiście lubi i co powoduje, że jest mu przyjemnie. Oraz — jeśli przyjemność płynie z obcowania z jakimś budynkiem lub placem — co sprawia, że pomyśli się ciepło, dajmy na to, o architekcie lub architektce, którzy sprawili, że jest „ładnie”.
Przybywa bowiem ostatnio wiedzy o tym, co w otaczającej przestrzeni wpływa na nas korzystnie, i to wiedzy opierającej się nie tylko na deklaracjach oraz ankietach, ale na twardych badaniach pod jeszcze twardszymi do spamiętania nazwami, jak funkcjonalny rezonans magnetyczny (fMRI), eyetracking czy też okulografia oraz — tu już prościej i staroświecko — EEG. Unosi się nad tym wszystkim termin „neuroarchitektura”. Grzebią w ten sposób badacze w mózgach i widzą, co nam robi frajdę, choćbyśmy się zaklinali, że nie. Co prawda badania często jeszcze bazują jedynie na reakcjach na obrazki i filmy; wciąż nie ma dość forsy, by bez problemów oraz masowo puścić podłączonych do sprzętu badanych na ulice i monitorować reakcje na wszystkie przestrzenne bodźce. Ale za chwilę pewnie będzie. Spece od marketingu korzystają nawet z tej niepełnej wiedzy i mają efekty. Z jakichś powodów robimy za coraz doskonalszy huragan wymiatający sklepowe półki.
A więc: czas wykorzystać fakt, że mózg jest nie tylko leniwy, ale też, z nudów, wścibski oraz ciekawski i badać, a potem wykorzystywać rezultaty badania. Wtedy dowiemy się, jakie bywają i czym są naprawdę przejawy przyjemnych doznań przestrzennych, czyli rozumiane szerzej i głębiej piękno i estetyka. Krótko mówiąc: gusty, o których przez durne porzekadło się nie dyskutuje, a podczas Forum dyskutowaliśmy jak głupi, mądrzejąc co nieco z wykładu na wykład i z dyskusji na dyskusję. Badać! — mówili zatem, łącznie z profesorem Błaszakiem, inni dyskutanci i dyskutantki, w tym architektka Marta Wierusz, która podobnymi badaniami zajmuje się na bieżąco, na własny użytek i z pożytkiem, ale — jako praktykująca projektantka — należy tu do rzadkości.
Prowadzą takie badania także na niektórych uczelniach, o czym wiedza przebija się wolno i słabo. A jak się już przebije, to kryj się kto może. Złożyło się, że na trzy dni przed budmowym Forum Radio TOK FM wyemitowało dobry podcast o eyetrackingu w architekturze, w którym udział wzięła specjalistka od tego tematu profesora Marta Rusnak z wrocławskiej Politechniki. Już pod zajawką na Facebooku architekt i publicysta obecny również na tych łamach (imię i nazwisko znane redakcji) zawyrokował: jeżeli chcemy zamienić architekturę w cyrk, to jest to narzędzie w sam raz! Podobne opinie słyszałem od innych mężczyzn architektów, dla których — jak się zdaje — badania i twarde dowody godzą w ich skłonność do projektowania bez zbytniego oglądania się na użytkownika. Inna rzecz, że trzeba ostrożnie. Jak w uproszczonym badaniu wyjdzie, że lud lubi kolumienki, to deweloper nakaże robić kolumienki i nie będzie dyskusji. Cyrk w architekturze mieszkaniowej osiągnęliśmy jednak i bez nowoczesnych badań. Może właśnie dlatego, że bez nich?
Zresztą badania nie muszą być tylko hi-tech. Badacze powtarzają: warsztaty, dyskusje i pogłębione wywiady, jeśli poświęcić na nie dość czasu, są także do rzeczy. Bo średnio połowa naszych wyroków na linii ładne–nieładne, przyjemne–nieprzyjemne rodzi się w mózgu instynktownie. Druga połowa wynika zaś z doświadczeń, wiedzy, szczebla na społecznej drabinie, wieku, płci i tysiąca jeden nabytych drobiazgów. Maszyna wykryje, że coś nam się podoba, a po krótkim namyśle powiemy, że figa, kicz i tandeta. I odwrotnie.
Ciekawe przy tym, że sprawdzaniem, jak jest naprawdę, zajmują się w architekturze głównie panie. Nie tylko zresztą architektki, że przypomnę Jane Jacobs, ale nawet lekarki — i to polskie! Natalia Olszewska niemal dziesięć lat temu, po dodatkowych studiach w Wenecji stała się specjalistką od neuronauk stosowanych w architekturze i z tej perspektywy konsultuje projekty różnych pracowni. Mówi także, że trzeba dokształcać w tej sprawie czynnych architektów. I już bym apelował do rządzących o jakieś badawcze ciało, rodzaj think tanku na krajowym szczeblu, takich ciał u nas zawsze niedosyt, ale gruchnęła wieść, że rząd powołał właśnie think tank o nazwie Rada Przyszłości. Przyszłości, w której — jak odnotowali komentatorzy — nie będzie chyba kobiet (w Radzie są trzy na szesnastu facetów) oraz środowiska naturalnego (przyrodnika zabrakło także). Jeśli tak mają wyglądać krajowe gremia mózgów, to może cichutko poczekajmy. Na razie przyda się rada, która zbada, jaka przyszłość czeka Radę Przyszłości.
Jakub Głaz
więcej: A&B 3/2026 – Nowa fala szwajcarska,
pobierz bezpłatne e-wydania A&B

































