Do rejestru zabytków trafiają w Polsce pierwsze rozlewiska asfaltu, czyli samochodowe arterie z czasów ortodoksyjnego modernizmu. Pasuje to bardzo turbo miłośnikom zabytków, którzy walczą z nowymi drzewami przy ulicach. W Warszawie prawie im się udało. Prawie, bo Kruczą, o której pisał Kuba Głaz w maju, drogowcy jednak zazielenią. Ale na obronę przed lasem w mieście czekają miejskie autostrady szersze i dłuższe niż Krucza. Gdzie? I co mają do tego drukarze? Czytajcie.
Czego dla zysku nie zrobią drukarze. Zniszczą polskie miasta drzewami.
Pierwszego kwietnia media podały: ulica Krucza w Warszawie trafiła do rejestru zabytków. Martwiłem się, że to kolejny śmieszny żart na prima aprilis, ale nie: Krucza była w rejestrze także drugiego i później.
Miło, że wojewódzki konserwator Marcin Dawidowicz dostrzegł i chroni walory tej szerokiej rzeki asfaltu (jezdnia — do 18 metrów, z miejscami postojowymi — około 30); rzeki rodem z lat 50., na którą od kilku lat czyhają niszczyciele warszawskiej wielkomiejskości. Chcą ją zwężać i obficie zazieleniać, czyli, co tu kryć, cofać do czasów konnych powozów. W konserwatorskim uzasadnieniu czytamy, że ochronie podlega tu i charakter ulicy z XIX wieku (ocalałe kamienice) i to, co ten charakter zatarło po wojnie (budynki ministerstw). Bardzo konsekwentnie. Jednocześnie konserwator zaklinał się w mediach, że wpis nie chroni wcale asfaltu i „krzywych chodników”. Wiadomo — w czasach zielonego terroru nie może mówić wprost o co chodzi, bo go miejscy reformatorzy ubiją sadzonką w ciemnym woonerfie.
Wspaniale się przy tym złożyło, że — na wniosek stowarzyszenia Obrońcy Zabytków Warszawy — wpisanie Kruczej do rejestru trwało raptem trzy miesiące i zakończyło akurat w chwili, gdy drogowcy, po latach zwlekania, rozpisywali przetarg na przebudowę ulicy. Teraz to od fantazji miejskiego konserwatora będzie zależeć, ile nowej zieleni trafi na Kruczą: kilka drzew po bokach czy planowany szeroki pas pośrodku. Konserwatorzy postawią wreszcie tamę przerabianiu Warszawy na park narodowy, bo jeszcze pięćset czy tysiąc nowych drzew i tym właśnie stanie się stolica. Przesada? Skąd. Janusz Sujecki, varsavianista z Obrońców Zabytków pięć lat temu komentował plany zazieleniania:
Nie chcemy oglądać naszych zabytków w albumach. A tak to będzie wyglądało, bo będziemy chodzić po lesie i sprawdzać, jakie zabytki są za drzewami.
Wszystko jasne. Hitlerowcy chcieli zrobić z Warszawy pustynię. Teraz ekooszołomy i drukarze robią puszczę, by zarabiać na produkcji albumów. Na dodatek w tej puszczy mnożą się coraz to nowe zebry. Rozleźli się po nich piesi, którzy nie muszą już, jak krety, schodzić do podziemnych przejść. Najwyższy czas powstrzymać to szaleństwo i wygdakać ważkie uwagi głosem i w stylu Cejrowskiego: Czy ta zebra to przypadkiem nie gatunek inwaz-zijnyyy (mlask)? Co w polskiej stolic-cy robi ta przybłęda afrykańska (mlask, mlask)? Komu przeszkadzają słowiańskie krety? Sio, do zoo, zebry, a sio!
Idąc za ciosem, do rejestru czas teraz wpisać inne komunikacyjne okazy, które w PRL-u jeszcze wspanialej rozsadziły nam śródmieścia: potężny węzeł Placu Społecznego we Wrocławiu, gdańską ekspresówkę: Podwale Przedmiejskie, poznańską trasę chwaliszewską czy też głośny ostatnio przypadek — zmurszałą estakadę tnącą po skosie rynek w Chorzowie (są tacy, co ją chcą likwidować). Wyraźnie widać, że z modernizmu Polak wybiera trafnie: raczej długie-proste-trasy-łazienkowskie, a nie budynki, które o wiele chętniej traktuje kilofem. Jesteśmy przy tym wybredni. Z transportowego dziedzictwa utrwalamy głównie przebieg tras i ich gabaryty. Bo już inżynieryjną smukłość, cieniznę i wydelikacenie z lat 60. czy 70. bez sentymentu i słusznie zastępujemy podczas modernizacji supermęskimi z ducha konstrukcjami na sterydach.
Wpisując wielkomiejskie autostrady w rejestry oraz ewidencje, pokuśmy się też o ochronę związanych z nimi bardziej ulotnych aspektów. Na listę niematerialnego dziedzictwa wpiszmy na przykład notoryczne przekraczanie prędkości w obszarze zabudowanym. Wciąż mamy także w Polsce wspaniale zanieczyszczone powietrze — smog o zabytkowym składzie, którego od dawna próżno szukać w większości europejskich państw. Rejestr czeka, a uzasadnienie się znajdzie. „Pyły zawieszone to przejaw odwiecznej polskiej wolności (wyboru środka transportu)”. „Atmosferą o takim składzie nasiąkał Karol Wojtyła na krótko przed powołaniem na tron piotrowy”.
Do smogu i pyłów dorzućmy też historyczny brud z tej samej epoki. Ten jest akurat w zaniku, niemal wszystko już wypucowano i wypacykowano, więc jako gatunek zagrożony bardzo zasługuje na wpis. Przysłuży się to także kulturze, bo brak brudu coraz częściej utrudnia kręcenie historycznych filmów. Nawet głośny ostatnio, osadzony w latach 70. serial „Ołowiane dzieci”, owszem, obfitował w śląskie pyły i sadze oraz wnętrza żywcem wyjęte z mojego dzieciństwa, ale już pokazywane w nim często międzywojenne gmachy katowickich urzędów wyglądały jak spod igły. Tymczasem spod igły w PRL-u nie wychodziły nawet nowe budynki. Nierzadko tuż po otwarciu należał im się solidny remont. Dziś, po ogaceniu styropianem, w kolorowych tynkach wyglądają młodziej niż w chwili narodzin. By imitować warszawski Ursynów z lat 90. serial „Heweliusz” kręcono więc w Zgorzelcu na nieogaconym wciąż osiedlu Zachód. Klimat niby podobny, ale kto zna Ursynów, ten nie da się nabrać.
Trudno więc dziś nawet kręcić filmy z czasów po ustrojowym przełomie, choć ich twórcy troją się i czworzą, by wiernie oddać realia. Nie da się jednak zakamuflować wszystkich plastikowych okien, zbyt równych chodników, za dobrze utrzymanej zieleni. W kadr wjeżdżają tramwaje i samochody, owszem historyczne, ale odpicowane tak, jak chyba nigdy wcześniej. Realia zmieniły się do tego stopnia, że scenografowie zapominają o wszechobecnych jeszcze kilka dekad temu popielniczkach na urzędowych czy uczelnianych korytarzach. Nawet aktorów strzyże się i czesze zgodnie z dawną modą, ale za równo i za czysto. No, nie są to grabione grzebykiem przetłuszczone męskie kędziory, które można podziwiać choćby w dawnych filmowych kronikach.
Cieszy więc, że kongenialną z dawnym brudem, niedorobieniem i kędziorami Kruczą wpis do rejestru ocalił dla polskiej kultury. Może na tak utrwalonej ulicy Pawlikowski nakręci kolejny światowy hit z PRL-u. Może Oscar za retro scenografię trafi po raz pierwszy w historii w ręce konserwatora zabytków.
Jakub GŁAZ
więcej: A&B 5/2026 – Ekologia,
pobierz bezpłatne e-wydania A&B



































