Robert Konieczny z KWK Promes w podcaście A&B „Osobowości Architektury”
Robert Konieczny z KWK Promes w podcaście A&B „Osobowości Architektury”
maximize
Zostań użytkownikiem portalu A&B i odbierz prezenty!
Zarejestruj się w portalu A&B i odbierz prezenty
maximize

Luksus kontra proste życie

Jakub Szczęsny
19 listopada '25

W czasie spotkania autorskiego zorganizowanego na Europejskim Forum Nowych Idei Jan Kłapa, młody prawnik, zapytał mnie, jak według mnie zmieniły się w Polsce w ostatnich trzydziestu sześciu latach wyobrażenia o pojęciach, które składają się na tytuł mojej najnowszej książki: „Luksus kontra proste życie”. Odpowiedź nie mogła być prosta. W ostatnim rozdziale umieściłem wypowiedzi znajomych nie tylko z Polski, ale też z kilku krajów globalnego Zachodu. Poprosiłem Amerykanów, Australijczyka i Europejczyków, żeby powiedzieli mi, czym dla nich są luksus i prostota. Albo inaczej: jak rozumieją pojęcia życie bogate i życie skromne. Kiedy zebrałem w całość maile od moich w większości przepracowanych znajomych w wieku produkcyjnym, uderzyło mnie, jak wiele odpowiedzi się pokrywało.

Wynikało z nich, mniej więcej, że dziś poczucia pełni, sytości i szczęścia nie definiuje jakiś konkretny fizyczny obiekt. Żaden „merol, cyma, chawira czy perfuma”. Zaznaczam, że mógł tu mieć miejsce częsty w wypadku wszelkiego typu badań rozjazd między deklaracjami i faktami. Luksusem okazało się raczej doświadczanie rzeczy, zwłaszcza spokoju, który mógł wynikać zarówno z nicnierobienia, jak i z intensywnego, niezwiązanego z zarabianiem pieniędzy działania. Spokój też nieuchronnie zrównywał luksus z prostotą. Doświadczanie miało wszakże miejsce wokół fizycznych obiektów: starych domów w małym włoskim miasteczku, pod podwoziem Saaba z lat 80. albo w otwartych tylnych drzwiach kampera, z którego można patrzeć poprzez własne gołe stopy na operowy dramat norweskich fjordów. Z odpowiedzi wynikało, że odcięciu od mediów i nadmiaru impulsów towarzyszy tęsknota za piciem porannej kawy w lesie lub ogrodzie, budzeniem się na łonie natury (dla niektórych nawet hasanie po niej nago) albo z przemierzaniem w nieskończoność surowego krajobrazu. Pojawiały się też łagodne doznania sensoryczne, głównie smaki, zapachy i dźwięki.

Choć moje pytania nie spełniały standardów profesjonalnej sondy, bo biorący w niej udział byli zbyt szeroką grupą wiekową i niesprecyzowaną co do liczby próbą, to dały mi wejrzenie w tęsknoty wycinka światowej klasy średniej. Od artystów, naukowców i przedsiębiorców po menedżerów i prawników. Pozwoliło mi to również zobaczyć, że prywatne definicje różnych indywidualności układają się w pewne algorytmy, a droga od subiektywnego ku obiektywnemu daje przestrzeń do analizy i działania wszystkim tym, którzy sny o pełni chcą zrozumieć, ale też kształtować i wykorzystywać do swoich, zwłaszcza sprzedażowych i politycznych, celów. Dla mnie podstawowym wnioskiem było to, że fizyczne obiekty, w tym te, w których powstawaniu bierzemy udział my, architekci, znajdują się w kategorii dostępnych luksusów, nawet jeśli kogoś na nie nie stać. Okazało się, że luksusami najbardziej pożądanymi, a mało dostępnymi, są czas i możliwość skupienia. Drugim ważnym zestawem są: fizyczne bezpieczeństwo i niezależność od różnego typu opresyjnych sił, w tym systemów kontroli państwowej (fiskus?), po agresywne imperia (Rosja?) i ruchy polityczne (partie skrajnie prawicowe?).

Jak wyglądały te definicje w 1989 roku w wypadku polskiej klasy inteligentów, bo w końcu w 1989 roku klasa średnia jako pojęcie związane z kapitalizmem, dopiero zaczynała się kształtować? Pokuszę się o stwierdzenie, że sny dotyczyły rzeczy z dzisiejszego punktu widzenia rudymentarnych. Luksus definiowały własne mieszkanie, wyposażona kuchnia, jakikolwiek niesocjalistyczny samochód i wakacje za granicą. Nawet wtedy, w świecie prawie pozbawionym telefonów i chaosu informacyjnego, chcieliśmy też odpoczynku od wielkomiejskiego przebodźcowania, choć wymarzona działka nad jeziorem stanowiła też miejsce ucieczki do własnej małej iluzji wolności od opresyjnego systemu politycznego. Jednocześnie mając mało, nie pragnęliśmy mieć mniej: ludzie odrzucający materialistyczne namiętności jawili się wtedy jako jeszcze większy dziwacy niż dzisiejsi minimaliści. Działka nad jeziorem była kolejnym punktem na materialnej liście Polaków, nie zaś symbolem samodyscypliny i zanegowania logiki posiadania.

Tranzycja ustrojowa i bogacenie się naszego społeczeństwa (nierównomierne i wynikające z geografii) przesunęły przede wszystkim granice niemożliwego: postrzeganie luksusu poprzez posiadanie urządzeń przemysłowych, od zmywarki do naczyń po samochód, zdają się dziś już tej klasy nie dotyczyć w takim stopniu co kiedyś, bo znośnej jakości produkty są dla niej dostępne w ramach codziennych budżetów domowych. Sprzęt AGD i RTV jest tańszy, choć wprawdzie dużo mniej solidny niż w czasach naszych rodziców. Nie inaczej jest z dostępnością środków transportu: te stały się częścią przywilejów wynikających z pracy w dużych firmach albo jako podlegające leasingowi i najmom narzędzia dla przedsiębiorców. Dziś na ich zakup prawie nikt nie wyciąga pieniędzy w postaci jednej dużej płatności. Dostępność zwiększyło przede wszystkim „abonamentowanie rzeczywistości”, które sięgnęło dużo dalej niż to, co znamy z przełomu lat 80. i 90., kiedy można było kupić ratalnie pralkę Frania, ale już zakup aut, zazwyczaj niskiej jakości maszyn z krajów RWPG, wynikał z lat oszczędzania. Współczesne poszerzenie zakresu abonamentowania wprowadziło też mniejszą konieczność posiadania: rzeczy są dostępne również jako coś, co wypożyczamy i z czego korzystamy bez potrzeby dbania i serwisowania. Swoją drogą oszczędzanie stało się dużo mniej popularne, bo dziś możemy się cieszyć przedmiotami po raptem kilkudniowej procedurze weryfikacyjnej, płacąc na początek zaledwie część ich wartości i nie będąc ich właścicielami aż do końca okresu wykupu albo, w wypadku najmów, nigdy. Na dodatek oprocentowanie kont oszczędnościowych wobec poziomu inflacji też do powolnego zbierania pieniędzy nie zachęca. 

Bardziej skomplikowanie przedstawia się sytuacja z domami i mieszkaniami, bo w Polsce wciąż cierpimy na deficyt dostępnych mieszkań oferowanych na bazie czynszów przez sektor publiczny, na co odpowiada, jakżeby inaczej, sektor prywatny, oferując mieszkania na wynajem, w tym maleńkie, bo 25-metrowe PRS-y. Jednocześnie raptownie zmniejszająca się populacja ma do dyspozycji pulę lokali ze spadków po poprzednim pokoleniu i fali następujących po 1989 roku wykupów lokali spółdzielczych i nierzadko komunalnych po cenach dużo niższych niż rynkowe. Skomplikowana historia naszego kraju, w tym utrata oszczędności w czasie II wojny światowej, spowodowały, że wierzymy w nieruchomości jako najlepsze lokaty kapitału na „czarną godzinę”. Dlatego, w przeciwieństwie do rzesz Europejczyków z Zachodu, zwłaszcza Niemców, uznajemy posiadanie własnego mieszkania za podstawę osobistego bezpieczeństwa. To dlatego do dziś rodzice kupują w Polsce swoim dzieciom mieszkania „na start”, tak jak rodzice amerykańscy płacą za studia swoich latorośli. U nas są tego liczne konsekwencje: rodzice z prowincji programują przyszłość dzieci, inwestując w mieszkanie w dużym mieście, przy okazji napędzając tam rynek budowlany i nieruchomościowy, a jednocześnie przyczyniając się do depopulacji własnych miejscowości. Te mieszkania stają się przestrzenią praktyki dla zastępów młodych architektów i projektantek wnętrz, a dla wielu z nas początkiem drogi związanej z kupowaniem i remontowaniem kolejnych nieruchomości, znów w logice inwestowania w to, co fizyczne, w coraz bardziej „płynnej nowoczesności”, by przywołać określenie Zygmunta Baumana.

Tu jednak pojawia się kolejna trudność w ocenie, jakiej ewolucji doznały nasze polskie sny o luksusie i prostocie, bo nawet jeśli skupimy się na jednej tylko klasie średniej, to czymże w ogóle ona jest? Przede wszystkim jest bardzo szeroką grupą tkwiącą między klasą ludową a klasą wyższą. Szerokość tej grupy pokazuje fakt, że do klasy średniej „łapie się” zarówno para nauczycieli z małego ośrodka miejskiego, jak i korporacyjny prawnik ze stolicy. To, co najlepiej tę klasę opisuje, to wysiłek sprostania aspiracjom w dążeniu ku górze, a więc ku wyższemu statusowi społecznemu i materialnemu, zarówno poprzez edukację, jak i pracę, ale też poprzez, o ile to możliwe, inwestowanie swoich wysiłków i środków w rzeczy (zwłaszcza nieruchomości i produkty bankowe), które mają przynosić dochód w przyszłości. Klasa średnia patrzy na klasę wyższą, ludzi zamożnych i bogatych, ale patrzy też na kolejne szczeble wewnątrz niej. To te szczeble wyznaczają poziomy materialnych marzeń, które wzbudza większy samochód sąsiada, który ma lepszą pracę, wyremontowany albo postawiony własnoręcznie nowy dom znajomych czy wakacje na południu Europy, na Azorach albo może nawet na Malediwach. Marzenia są pochodną horyzontu postrzegania i powiązanych z nim dostępnych środków, zwłaszcza nadwyżek, które wykraczają poza comiesięczny budżet konieczny do „opędzenia” gospodarstwa domowego. Stwierdzenie Karola Marksa, że „Byt kształtuje świadomość” jest najbardziej aktualne. 

Jan Kłapa nie zapytał mnie o jutro, a jutro odpowiedzi mogą być jeszcze ciekawsze niż dziś. Mam wszelkie powody ku temu, by podejrzewać, że klasa, do której należę ja i zapewne większość czytających te słowa, zacznie zanikać. Nie tylko w Stanach Zjednoczonych, gdzie multimilionerzy, jak się wydaje, robią wszystko, by wytworzyć układ z czasów wczesnego średniowiecza (1 procent panujących nadludzi kontra 99 procent prawieniewolników), ale niestety również w Polsce, naszej dotychczas bezprecedensowo bogacącej się „zielonej wyspie”. Piszę to jako doradca od innowacji po kilku latach przyglądania się polskim przedsiębiorcom. Brak dostępu do pracy, bo ostatecznie będzie u nas jeszcze mniej przemysłu wytwórczego, rolnictwo zdominuje globalny trust od megafarm, a z powodu AI zniknie większość „przemysłów kreatywnych”, spowodują kurczenie się siły nabywczej, a z nią marnienie snów i aspiracji. Marzenia staną się bardzo proste i uniwersalne. Można je będzie zawrzeć raczej w pytaniu niż odpowiedzi: jak tu w ogóle przeżyć, skoro nikt (na górze) cię nie potrzebuje?

Bo w końcu jaki będziemy mieli sens, jeśli tak łatwo można nas zastąpić niepotrzebującymi ubezpieczeń społecznych, nieuzwiązkowionymi i w ogóle niewiele wymagającymi robotami? Może to właśnie znalezienie w naszej egzystencji jakiegokolwiek meaning of life będzie największym z możliwych luksusów?

 

Jakub Szczęsny

więcej: A&B 11/2025 – Kraków od nowa

pobierz bezpłatne e-wydania A&B

Głos został już oddany

Standardowy moduł szklany Velux do dachu płaskiego - Nowoczesne przeszklenia dachów płaskich dostępne dla większej liczby projektów
Powierzchnie odbijające promieniowanie IR
Prawdziwie matowa rynna kwadratowa
INSPIRACJE