Ale czym w zasadzie jest sukces? — rzuca Reiner, młody wiedeński architekt o artystycznych ambicjach, powoli rolując tytoń w papierku. Zaraz potem poślini jego brzeg, żeby domknąć powstałą w ten sposób rurkę i sięgnie po stylową srebrną zapalniczkę.
Czy jest nim to, że ludzie mówią, że masz sukces i że cię gdzieś umieszczają na jakiejś drabince hierarchii albo w jakimś zbiorze, który nie jest strefą dla przegrywów? — dodaje Gabi odziana w spłowiały czarny uniform i bardzo ciemne okulary przeciwsłoneczne. Jest pierwszy ciepły weekend marca. Siedzimy, wystawiając twarze do słońca w ogródku Café Schubert, przed którym suną dobrze odziani austriaccy emeryci i grupy nastolatków. Dotarliśmy tu po nietypowym, bo porannym wernisażu w pobliskim muzeum dla dzieci. W końcu kto prowadza dziatwę na otwarcia wystaw po podwieczorku?
Albo nawet nie przegrywów. Nie jesteśmy w liceum. Pomyślmy o milionach zmęczonych fachowców, którzy nie mają aspiracji ani możliwości robienia czegoś, co się w jakikolwiek sposób wyróżnia… — dorzuca spowity dymem własnego papierosa łysiejący dryblas Holger, producent projektów artystycznych.
No dobra, czy w takim razie sukces jest mierzony odbiciem zewnętrznym, czyli tym, jak nas postrzegają? Jeśli oceniają, że ci się udało, że na pewno jesteś spełniony, to masz się tak czuć? A co, jeśli czujesz, że to ułuda albo co gorsza sprawiasz wrażenie, że to prawda, ale tak naprawdę kulisz się w sobie z niepokoju, żeby nie wyszło na jaw, że tak nie jest? — ciągnie Reiner.
Chodzi ci o to, że ktoś może świadomie robić różne wysiłki autopromocyjne, trąbić na lewo i prawo, że jest w świetnym miejscu swojej kariery, a jednocześnie drży o przyszłość i ma syndrom oszusta? Chyba do tego zostały stworzone media społecznościowe i agencje PR, no nie? — mówi bardzo prostolinijna Gabi. W swojej bolesnej szczerości wyznała mi kiedyś, że pogardza dziennikarzami, którzy przeszli na ciemną stronę mocy, jak określa branżę public relations.
To są całe armie cynicznych zaklinaczy. Pracują dla patologicznego systemu, który rzuca uroki szczęścia na siebie nawzajem i na nas, frajerów, a my jesteśmy za głupi albo za mało zorientowani, żeby wykumać, że to ściemy przykrywające chciwość i nicość — powiedziała wtedy, karcąc mnie za współpracę z PR-owcami i organizatorami różnych wydarzeń branżowych.
Sukces to paskudne amerykańskie określenie — stwierdza Holger. — Wolę spełnienie. Brzmi jakoś bardziej wzniośle.
Na to Reiner: Zwał jak zwał. Spełnienie też może być pułapką dla tych, którzy myślą o swojej działalności nie tylko biznesowo. Jak jesteś spełniony to znaczy, że już nic nie musisz, co nie? Nie musisz się wysilać, szukać, rozwijać.
Rozwój też brzmi podejrzanie — chrypi Gabi, sięgając po bursztynowe piwo, w którym odbijają się promienie wczesnego popołudnia. Przez głowę przebiegają mi historie biznesów, które padły ofiarą własnego samozadowolenia po tym, jak odtrąbiły sukces. Z Kodakiem na czele. Nie trzeba być artystą, żeby zostać sparaliżowanym zaklęciem ostatecznego spełnienia.
W sobotnim tłumie na Wiener Straße dostrzegamy wysoką sylwetkę Janice, rzeźbiarki z Nowego Jorku, która przyjechała do Austrii na swoją pierwszą rezydencję poza Stanami. Poznałem Janice na kursie szycia gdzieś na Queensie dobre dwanaście lat temu. Była wtedy ubrana w ten sam niebieski kombinezon co teraz. Po warsztatach wracaliśmy metrem na Brooklyn pokrętną drogą przez Manhattan. Janice, absolwentka wydziału rzeźby uczelni w Detroit, opowiedziała mi, jak łączy pracę zarobkową z rzeźbieniem. Dzięki państwowej uczelni w ramach zajęć zrobiła kurs spawacza. Kilka kursów później wylądowała w Big Apple i po badaniach lekarskich dostała pracę spawacza wysokościowego. Wstąpiła do związku zawodowego i dzięki temu pracuje dwa tygodnie w miesiącu, spawając konstrukcje wieżowców setki metrów nad ziemią, a przez pozostałe dwa rzeźbi. Skądinąd w stali. Janice przysiada się do nas. Zamawia piwo, a my wprowadzamy ją w temat. Pociąga spory łyk płynnego złota w postaci Zipfera Märzen, ociera pianę z ust i rzecze: Dla mnie sukces to już sam fakt, że mogę robić to, co kocham i jestem niezależna. Prawie nikt mi się nie wtrynia w moją robotę. Prawie, bo wystawiam i sprzedaję przez galerie, więc pojawiają się galerzyści i kuratorzy, ale mam mega niezależność, bo nie muszę na sztuce zarabiać.
No, ale chcesz być jakoś doceniona przez środowisko, cokolwiek to oznacza, nie? Czy to cię w ogóle nie interesuje? — pyta prowokacyjnie Gabi, którą prowadzenie małej pracowni architektonicznej stale przyprawia o zawały serca, z powodu niepewnej ciągłości zarobków. Gabi nie ma żadnego pasywnego dochodu ani równoległej działalności. Mimo że co jakiś czas dostaje nagrody branżowe, a ludzie cenią jej pomysły, to jej niepokój zmniejsza bardziej zestaw przywilejów socjalnych wynikających z mieszkania w Czerwonym Wiedniu, w tym tanie komunalne mieszkanie, niż perspektywa wysokich dochodów.
Janice w końcu przyznaje jej rację. Finansowa niezależność nie przekłada się na całkowitą autonomię w sferze symbolicznej. Pewnie, że chcę, żeby ludzie, których szanuję, powiedzieli mi, że dobrze robię. Nie mieszkam na bezludnej wyspie. Ocenianie i dyskutowanie to też formy relacji, nawet jaki mi to nie leży, bo ktoś mnie skrytykuje.
Pomyślcie o tych, którzy znaleźli się w strefie pośrodku: niby mają ten upragniony sukces — otoczenie ich docenia, sprzedają swoje rzeczy i może nawet nieźle przędą, ale to nie jest żadna błyskotliwa kariera. Nie zarabiają tak, żeby inwestować w rzeczy, które ich zabezpieczą na starość. Nie mają retrospektyw w Guggenheimie albo Reina Sofia tylko w lokalnych kunstverein. Ich prace sprzedaje fajna galeria z drugiego miasta albo nawet innego kraju, ale to żaden Gagosian czy Goodman — rzuca Holger, który dobrze zna różne sceny artystyczne, bo pracowałw Nowym Jorku, Berlinie i Kolonii.
Wiem, o czym mówisz. W architekturze to byłaby skala solidnych małych i średnich pracowni, które prowadzą ludzie w średnim wieku. Takich, co projektują ciekawe zamówienia publiczne i domy, ale nie opery w Tajpej czy wieżowce w Dubaju. Ale też nie robią jakichś beznadziejnych biur czy magazynów wysokiego składowania — kiwa głową Reiner, który zanim otworzył swoją jednoosobową działalność praktykował w kilku niewielkich szwajcarskich pracowniach robiących dopieszczone średnio- i małoskalowe projekty.
No i co — ci architekci mają się czuć przegrywami? Czym dla nich ma być sukces? — pyta, chyba już tylko retorycznie Gabi. Słońce zaczyna solidnie grzać. Rozpinamy kurtki. Domawiam lemoniadę.
No właśnie, czym ma być ten sukces, czy jak woli Holger, spełnienie? Skalą? Nagrodami? Pieniędzmi? Szeptami zazdrości za plecami? Naszymi portretami w branżowych publikacjach, gdzie stoimy w pozach władzy i pewności? Gwarancją nieśmiertelności? A może ma być po prostu tym, że stać cię na robienie tego, co mniej więcej lubisz i co sprawia ci radość. Może nawet tego, co kochasz. Że robisz swoje. Nawet jeśli to „swoje” w niektórych miejscach bardzo różni się od tego, jak sobie wyobrażałeś własną przyszłą działalność i siebie samego. Nawet jeśli udajesz, że nie potrzebujesz za to nagród, bo te które dostajesz, są dla ciebie jakoś niewystarczające, a ty sam podejrzewasz, że jesteś niedostatecznie dobry, żeby dostać od świata więcej.
Trzeba robić swoje — podsumowuje Gabi, najwyraźniej czytając w moich myślach.
Let’s drink to that! — rzuca Janice.
Słychać odgłos stuknięcia wypełnionych płynami szklanych naczyń. Gdzieś na chodniku staromiejskiej uliczki, przy stoliku stuletniej restauracyjki w prowincjonalnym miasteczku w sercu Europy.
Jakub SZCZĘSNY
więcej: A&B 4/2026 – Architekt miasta,
pobierz bezpłatne e-wydania A&B

![Zobacz Standardowy moduł szklany VELUX do dachu płaskiego [click: artykuł w A&B] Standardowy moduł szklany Velux do dachu płaskiego - Nowoczesne przeszklenia dachów płaskich dostępne dla większej liczby projektów](https://cdn.architekturaibiznes.pl/upload/filemanager/AiB/BANERY/VELUX/METKA-09-2026/Velux-metka_1070x600_2.jpg?1788776738197)
















