Wzbogaceni Polacy kolonizują niemieckie wsie pod Szczecinem, bo tam bieda, więc i tańsze grunta niż po polskiej stronie. Amerykański wiceprezydent jedzie wspierać dławiącego demokrację rosyjskiego wasala przeciw przebrzydłej, demokratycznej Europie, a amerykański prezydent grozi atakiem na Watykan. Przedstawiciele Gen Z piszą na swoich profilach w mediach społecznościowych, że „samotnie wyhodują pieska”, gdy sierocińce pękają w szwach. Na czarno odziani kuratorzy w warszawskich instytucjach zwracają się do się per „osobo kuratorska” i nawet im brew nie drgnie.
Człowiek, który umie nakazać komputerowi coś napisać, nakręcić czy malować, odpowiednio przy tym formułując komendy, doprowadza do bankructwa tego, kto sam potrafi pisać, kręcić filmy albo malować. Bo komputer szybszy jest i lepszy, a przed kolejną cyfrową rewolucją, wiadomo, się nie ucieknie. Francuskie studentki zawzięcie uczą się mowy Lachów, żeby próbować załapać się do pracy w… Polsce. A do tego polscy (i nie tylko) architekci, proszę tylko pomyśleć, zupełnie serio rozprawiają, że powinno się mniej budować albo w ogóle, czyli wcale nic, nul i zero. Co się porobiło?!
Z tymi architektami to jest ciekawie: w tych dziwnych czasach wydają się w niczym nie zgadzać, przynajmniej, gdyby próbować ich ująć jako jedno plemię. Nie da się łatwo stwierdzić, że „polscy architekci są tacy i tacy”. Są zbyt różni, by ich nazywać jednym gatunkiem. Są raczej biotopem: bardzo zróżnicowaną zbieraniną gatunków połączonych środowiskiem i wspólnymi zależnościami. Na pierwszy rzut oka łączy ich niewiele, choć wszyscy potrzebują na przykład pieniędzy, ale nawet na ich zdobywanie mają zupełnie odmienne pomysły. Jedni zarabiają na obsłudze tych, którzy coś budują. Znajdują dla nich działki, planują inwestycje, doradzają, otwierają drzwi urzędników, a do tego też projektują, choć każdy wie, że to tylko dodatek, bardziej upierdliwy niż przyjemny, do zarabiania prawdziwych pieniędzy.
Inni po kilku albo nawet kilkudziesięciu latach życia z projektowania rzucają tę straceńczą praktykę na rzecz bycia klientami albo nadzorcami swoich byłych kolegów i koleżanek. Stają się tymi, którzy budują albo przeprowadzają karkołomne procesy budowania jako deweloperzy albo menadżerowie projektów. Jeszcze inni projektują dla przyjemności, bo na boku prowadzą działalności, które mają im dostarczać pieniędzy. Prowadzą własne kawiarnie i wideoblogi, robią scenografie teatralne i kolekcjonerskie meble, zakładają ośrodki agroturystyczne albo flipują kawalerki. Dla wielu hobby albo side-business okazuje się intratniejsze niż codzienna praca.
Wielu z nich projektuje już tylko dla siebie, co łączy się z konfliktem interesów, w końcu najtrudniej jest być swoim klientem. Wielu znajduje punkt zaczepienia w nawet nieciekawie płatnych, ale stałych działalnościach, jak uczenie. Nieliczni zarabiają na samym projektowaniu świetnie, niezgorzej albo dostatecznie dobrze, żeby nie narzekać. Do tego niekoniecznie są to właściciele pracowni, bo ci, żeby utrzymać pracowników, zwłaszcza tych bardziej doświadczonych, muszą w pierwszej kolejności zapłacić im, kontentując się tym, co zostanie po opłaceniu ludzi, podatków i — jak to się ładnie nazywa — kosztów stałych. Zresztą ci, co nie narzekają na brak pieniędzy, często utyskują na brak czasu. No i wreszcie są też dziwacy i renegaci, co spotykają się na uczelnianych korytarzach i branżowych dyskusjach, zadając wywrotowe pytania podchwycone od różnych Springerów albo szwajcarskich kalwinistów. „Po co budować, kiedy świat płonie i tonie?”. „Jeśli w ogóle budować, to jak?”. „Może recyklować nie tylko budynki, ale też materiały, z których są zrobione?”
A pomyślcie tylko, że minęło raptem trzydzieści pięć lat od czasów, kiedy architekt i architektka byli, po prostu, ludźmi od rysowania dużej liczby kresek na deskach kreślarskich i cullmanach, a potem nadzorowania budowlańców. I że pracowali od ósmej do szesnastej, choć po prawdzie, niemała ich część po godzinach musiała dorabiać, dziergając małe projekciki na desce rozłożonej w kącie spółdzielczego mieszkanka w bloku. Wszyscy chcieli należeć do SARP, bo to dawało możliwość udziału w loterii w postaci dopuszczenia do tygodnia wakacji w ośrodku wczasowym albo w plenerze rysunkowym na drugim końcu kraju.
Wszyscy mieli rapidografy, ekierki, linijki, przykładnice i grafiony. I głód świata: życia i projektowania TAM, za zachodnią granicą, tudzież gdzieś w Azji czy Afryce albo przynajmniej jeżdżenia na zagraniczne wakacje, choćby do Jugosławii. Świat był poukładany i binarny, nawet jeśli ktoś zapisał się do partii. Były krainy snów wspaniałych i krainy snów socjalistycznych. Niemcy, znaczy RFN, były bogate, jakby wygrały wojnę, a my biedni, bośmy ją w zasadzie przegrali, wpadając w łapy niedźwiedzia ze wschodu. Rzeczywistość była deficytowa, szara i absurdalna, ale przewidywalna i jakoś (choć pokrętnie) poukładana, jak historie z filmów Stanisława Barei.
Dziś wielu polskich architektów, zwłaszcza tych dojrzalszych i chcących zarabiać projektowaniem, łączy gradualny spadek entuzjazmu i wiary we wpajaną na studiach misję czynienia świata lepszym. Spaja fatalizm i zwiększającą się, równie gradualnie tylko w drugą stronę, świadomość wagi pieniądza i jego prymatu nad jakimikolwiek przekonaniami. Chyba że jest to rzymskie pecunia non olet i sławny cytat z Philipa Johnsona o kurewskiej naturze architekta. Wspólnie nieufnie patrzą w przyszłość, w której będą musieli się znaleźć, niezależnie od tego, czy załapią się na rewolucję AI, czy ich ona wyrzuci z siodła. Wielu zresztą zdaje się wierzyć, że to wyrzucenie, ta dziejowo-technologiczna konieczność zmusi ich do ostatecznego pożegnania się z męczącym uzależnieniem od projektowania i wymyślenia siebie na nowo. Do tego integruje ich wszystkich tępe, długotrwałe zmęczenie. Dumpingiem stawek, arogancją i ignorancją większości klientów, biurokracją, upolitycznieniem sektora publicznego i parszywą kulturą prawną. Nie wspominając o dwuznaczności statusu zawodowego, bo architekt może liczyć na szacunek zwłaszcza jako postać w serialu telewizyjnym. Na szczęście spaja ich też coś pozytywnego: nadzieja, że zachwyci ich i innych widok własnego, zrealizowanego projektu. Że na chwilę doznają haju sprawczości, spełnienia i poczucia, że te wszystkie wysiłki miały jednak jakiś sens. Tyle, że często, kiedy przyjdzie architektowi w końcu stanąć przed skończonym budynkiem, jest on zbyt zajęty albo zmęczony, żeby poczuć cokolwiek
Dlatego nie dziwmy się, że coraz częściej architektki i architekci zadają sobie pytania o sens budowania. Nie dziwmy się też, że za nimi pojawiają się kolejne, tym razem o sens samego projektowania, a w końcu pada to najdobitniejsze i z gatunku egzystencjalnych: „Właściwie po cholerę dalej to robić?”.
Jakub SZCZĘSNY
więcej: A&B 5/2026 – Ekologia,
pobierz bezpłatne e-wydania A&B

































