Zobacz w portalu A&B!
Zostań użytkownikiem portalu A&B i odbierz prezenty!
Zarejestruj się w portalu A&B i odbierz prezenty
maximize

Fryzjer przyszłości

Jakub Szczęsny
18 lutego '26

Wchodzę do francuskiego sieciowego fryzjera w mojej dzielnicy. Panie z długimi tipsami zza lady witają profesjonalnymi uśmiechami i kawę proponują, trzepocząc rzęs przedłużkami. Sterylnie białe wnętrze, jak scenografia z filmu science fiction z lat 80. Stroje obsługi też bardzo białe. Prawie prawdziwa blondynka prowadzi mnie do fotela. Zakłada mi biały fartuch. Mówię, że nie umawiałem się do nikogo konkretnego. Pani kiwa głową, odpowiada, że zaraz kogoś do mnie przyślą. Wbijam wzrok w lustro, badając krytycznie moją łysiejącą łepetynę i słyszę, jak jedna mówi do drugiej: „Pani Bożenko, pani pójdzie po brunecika”. Jakoś podejrzanie mi to przypomniało zdanie z „Pulp Fiction”: „Bring out the gimp”.

W tle spokojna muzyka windowa. Plum, plum i senne lowjubejbi wokalistki, co pewnie miała szykowną coiffure pasującą do nastroju tego przybytku. Skrzypnięcie drzwi. Szuranie stóp ciągniętych po białym gresie. W kadr lustra po mojej prawej niepostrzeżenie wpływa ciało.

Koszula, niegdyś biała i czarne, workowate spodnie. Do tego szerokie, rozklapciane skórzane buty. Staje nade mną człowiek wycięty z dowolnego zakładu fryzjerskiego w Hiszpanii albo Ameryce Łacińskiej. Ani stary, ani młody. Sięga lewą ręką do moich włosów, bada, ale jakoś bez zainteresowania. I w bok patrzy.

Drugą ręką szuka nożyczek w czarnym kubełku na blaciku pod lustrem. Ani me, ani be, nawet żadnego „dzień dobry szanownemu panu”. Kruczoczarna czupryna gęsta jak hełm. Twarz pociągła, wzrok nieobecny. To ja do niego w języku Cervantesa, bo go od razu przejrzałem, w sensie człowieka, nie pisarza. „A może jakaś gra wstępna najpierw?”, mówię z filuternym uśmiechem. Ciało nagle się zwarło, napięło. Tamten głowę przechylił i rzecze, ale bez uśmiechu: „Ay, que no he sabido que vos esta hablando español!”. To go od razu go zdradziło: Argentyńczyk, jak nic. Zaczynam go za język ciągnąć, skąd on i jak on tu, więc się chłop otwiera i historię swą smutnym głosem opowiada.

„Z kraju mojego ja, proszę szanownego pana, wyjechałem w nader niefortunnych okolicznościach, mając lat osiemnaście. Moja matka była Żydówką hiszpańską, więc ja do Hiszpanii kroki moje od razu skierowałem i przez wiele lat mieszkałem w Madrycie i Barcelonie. W każdym z tych miast miałem narzeczone, dużo narzeczonych i fachu się wyuczyłem, a potem dalej ruszyłem w Europę. W Niemczech, Austrii, Norwegii i gdzie popadło mieszkałem i tam też dużo narzeczonych miałem”.

Łypię na faceta. Staram się ocenić, czy on taki znowu grzechu wart, żeby tych narzeczonych tak dużo mieć. Ale co ja tam wiem o gustach Austriaczek i Norweżek? W końcu on brunet taki gęsty, choć nie śniady, a raczej prawie biały jak laminat z blatu obok. „A teraz do Polski dotarłem i tu pracuję, i tu narzeczone też mam” mówi.

To ja go pytam, czy w tych wszystkich krajach języków lokalnych się uczył, choćby od owych narzeczonych. On na to, że nie, że kto by to spamiętał. Że ludzie teraz wszędzie mówią po angielsku, a on akurat język ten opanował w stopniu wystarczającym, żeby te włosy ciąć i te narzeczone mieć. Jak o sobie i swojej tułaczce mówił, to ciął mnie jeszcze nożyczkami z niejakim zaangażowaniem, ale zaraz potem sprawy się skomplikowały. „A na dłużej pan w Polsce planuje zostać? Ma pan tu jakieś plany na przyszłość?”, pytam. Musiałem trafić na jakiś trigger, bo jak padło słowo „przyszłość”, to on nagle od mojej głowy ręce odrywa i z niespodziewanym przejęciem mówi: „Przyszłość? Proszę pana, ale jaka przyszłość?!”. I tu się zaczyna! Facet staje za mną, czasem robi krok na bok, rękami żywo gestykuluje, z grzebieniem w jednej i nożyczkami w drugiej. „Pan sobie wyobrazi, że ja to wszystko przewidziałem już dwadzieścia lat temu! Całą tę rewolucję! Ten posthumanizm! Ja to od razu zrozumiałem!”.

Oczy robię wielkie i usta otwieram do pytania, ale on ciągnie dalej: „Bo to oczywiste: oni od dekad w życie plan wcielają, nowy skok ludzkości szykują, ale za cenę, bo to ma swoją ogromną, ba, przerażająca cenę i ja to już dawno zobaczyłem! Oni wolność ludzkości odbiorą i nas tak ukształtują, żebyśmy do siebie byli jak najbardziej podobni. Takich nas łatwiej kontrolować, łatwiej rządzić i w kosmos wysłać! A na statkach kosmicznych, to proszę pana, demokracji nie będzie, bo tam rządzi kapitan! Pionowa hierarchia, pan rozumie!”.

Wtedy mgliście przypomniałem sobie witkiewiczowską krytykę nowoczesności jako drogi do utraty podmiotowości jednostek w potulne masy zmienionych. A czy biedny Witkacy się mylił? Wszyscy go za dziwaka brali, ale on czuł pismo nosem! Fryzjer teraz z kieszeni komórkę wyciąga i pokazuje mi wpisy w cyfrowym notesie. „Pan patrzy, to myśl sprzed lat, ale jakże prorocza, że najpierw nam wejdą do każdej chwili naszego dnia, zagnieżdżą się w urządzeniach, które nam sprzedadzą, przekonają, że bez nich nie da się żyć, że słowa nie da się napisać, wypowiedzieć czy wysłać”. Głos mu drży. „Przykleili nas do tych prostokątów, a myśmy jak owce się dali. Pan patrzy za okno, co druga osoba na ulicy oczy ma wbite w ekran, bez niego nie wie, dokąd pójść, bez niego nie wie, jak wypełnić pustkę! Tak, pustkę, bo my już nie potrafimy być sami z sobą, z naszymi myślami. Ich migotania i drgania nam nasze myśli zastąpiły!”. Patrzę za okno i rzeczywiście: młódka z charcikiem gapi się zaaferowana w telefon. Mija ją muskularny brodacz uchachany z czarnym obiektem przy uchu.

„A wie pan co dalej? Oni z tymi telefonami nam wejdą najpierw do okularów, potem pod skórę i do głów, żeby być jeszcze bliżej nas, żeby być z nami na stałe! Żebyśmy nie mogli ani na chwilę się od nich odłączyć — od wiedzy, komend i rozrywki!”: teraz fryzjer aż tańczy z podniecenia, ręce unoszą się i opadają, jak u dyrygenta.

„Ale tu nie chodzi po prostu o sprzedaż, o nie, za tym stoi większa myśl, zaręczam panu, myśl taka mianowicie, by ludzkość udoskonalić i pchnąć na nowe tory! Wiwat wielka wizja! Czy ja się tego boję, pan zapyta? Nic bardziej mylnego! Ja wręcz czekam z szeroko otwartymi ramionami, pan patrzy, na tego Nowego Człowieka! Na lepszego mnie! Mówię panu to z całym przekonaniem, bo od lat o tym myślę i czekam na homo sapiens pod każdym względem lepszego, bo dalszego ludzkiej małpie, która wciąż w nas tkwi i chce tylko el culo, krwi i władzy!”.

Argentyńczyk rzeczywiście stoi teraz z szeroko rozłożonymi ramionami, jak jakiś Hellraiser, głowa lekko w dół, łypie przed siebie bez uśmiechu, panie za ladą struchlałe, oczy wybałuszone, aż brwi na ostro regulowane na środki czół im podjechały. Zwraca głowę ku mnie: „Tylko wtedy jako cyfrowo udoskonalone byty, możemy sprostać dziejowemu zadaniu ludzkości, proszę pana, dziełu ludzkiego geniuszu Thiela, Muska i Allena, dzięki którym opuścimy ten padół i polecimy zaludnić kosmos!”, stwierdza dobitnie, teraz z ręką w górze, jakby zamiast nożyczek trzymał kaganek oświaty.

Zmęczony patrzeniem przez ramię obracam się na fotelu i pytam głupio spod fartucha: „A pan się nie boi, że przestaniemy być ludźmi? Że nam to sens odbierze? Że nie będzie po co żyć?”. Ramiona bruneta opadają, teraz uśmiecha się wyrozumiale, jakby mówił do dziesięciolatka: „Ależ proszę pana, co z tego, że nas najpierw AI i roboty pozbawią pracy? Co z tego, że w nas wszystko to wniknie? Że może utracimy wiele z naszych uczuć? Pan zrozumie: tu się liczy dalekosiężny cel, dużo dłuższy niż nasze marne egzystencje! Pana życie i moje nie mają w tym kształcie najmniejszego znaczenia!”, mówi zdanie w uniesieniu, ale przy dwóch ostatnich słowach, ninguna importancia, coś jakby w nim kliknęło. W okamgnieniu z brunecika uchodzi powietrze: flaczeje na moich oczach, jakby kto z niego powietrze wypuścił. Rączki mu opadają wzdłuż ciała. Opuszcza głowę, wzrok wbija w podłogę. Sekund kilka tak stoi zgarbiony, w workowatych spodniach. Widzę zarys jego chudych kolan przez wyciągnięty materiał. Przebiega mi przez głowę, że te kolana ledwie utrzymują ciężar górnej części jego ciała. Nagle bez słowa rusza przed siebie, szurając nogami. Mija recepcję z przerażonymi paniami.

Wszyscy odprowadzamy go wzrokiem, jak znika za białymi drzwiami na zapleczu. Niedługo potem obcięty do końca przez przepraszającą blondynkę wychodzę na jesienną ulicę. Łypiąc na telefon zdaję sobie sprawę, że minęła godzina od mojego wejścia. Normalnie obcięcie mnie na „sen teściowej” zajmuje obsłudze zakładu około 20 minut. Brunecik poczuł pismo nosem. Miał rację: łatwo go będzie zastąpić robotem. Na razie jednak wyręczyła go zwykła fryzjerka. Mam nadzieje, że jeszcze długo będę mógł liczyć na tę zwykłość i na nas: banalnych ludzików jakże dalekich od ideału panów Thiela, Muska i Allena.

 
Jakub Szczęsny

więcej: A&B 12/2025 – RE-THINK — MBA Kraków 2025,
pobierz bezpłatne e-wydania A&B 

Głos został już oddany

okno zamknie się za 5

Robert Konieczny „Architektura to moja pasja totalna — szczerze o pieniądzach i zajeżdżaniu się”
SPECTRUM STUDIO - Projekty, które powstają z myślą o przyszłości v2
Powierzchnie odbijające promieniowanie IR
Prawdziwie matowa rynna kwadratowa
INSPIRACJE