Czas bić na alarm. Polska traci narodowe cechy. Jeszcze trochę i nie będzie sobą.
Tradycyjna polska droga — dziurawa, wąska lub w ogóle nieistniejąca — idzie w zapomnienie. Po raz pierwszy w historii nasz kraj ma przyzwoitą sieć porządnych ulic, krajówek, ekspresówek i autostrad. Nie doskonałą, ale poprawną, co jest w naszych dziejach precedensem.
Po raz pierwszy Polska jest też ogólnie raczej czysta niż brudna, z wyłączeniem dzikich wysypisk, składowisk jakichś fantastycznych trucizn i innych skrytych ekobombek. Oraz z wyjątkiem powietrza, któremu należy się porządne pranie. Kiedy jednak słyszymy, że, co prawda, mamy jedno metro na cały kraj, ale za to najczystsze w Europie, a przyjezdni z tej mitycznej Europy chwalą wylizane do czysta ulice polskich miast, więcej: adorują nasze przydrożne wucety, to już wiemy, że straciliśmy swojską lepkość i błotnistość — wszechpolskie gumno rodem z obrazów Chełmońskiego, zdjęć z międzywojnia i z PRL-u. Sławoj Składkowski patrzy na nas z chmurki i śle promienne uśmiechy.
Jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie miejscowo rekonstruować zabytkowe, prapolskie błoto. Zwłaszcza że, jak podają statystyki, jesteśmy jednym z najszybciej betonujących się państw Unii. W zadziwiający sposób spełnia się dawny sen o byciu drugą Japonią, która po wojnie uczyniła koło zamachowe gospodarki właśnie z lania betonu wszędzie i obficie. Koło, które ostatecznie w tym betonie ugrzęzło.
Nie jesteśmy jednak jeszcze Japonią w dziedzinie transportu szynowego. Ale jest szansa, że najbliższe dekady przyniosą nam może nie powszechną szinkansenizację, ale — wreszcie — przyzwoitą kolej. Nie po raz pierwszy w ogóle, ale po raz pierwszy od bardzo dawna. Tak jak dwadzieścia lat temu wzięliśmy się za drogi, tak teraz bierzemy się za tory, pociągi oraz dworce i znów może się okazać, że Polak coś tam jednak potrafi. Jedno na co na razie nie ma widoków, to powrót sensownej sieci PKS-ów, co akurat wpisuje się w przerwaną przez wstrętny i zły PRL polską tradycję odcięcia od świata znacznych połaci interioru. Nie wynarodowimy się więc tak do końca.
Wreszcie, zaczynamy powoli nasycać się budynkami, od filharmonii, bibliotek, centrów kultury i biur po ogromną i, na szczęście, po staropolsku bezładną masę mieszkaniową. Nasycanie będzie jeszcze trwać, ale i tak opuszczamy z wolna czas romantyzmu budów (i, z wyjątkiem mieszkaniówki, coraz lepszej architektury), a wkraczamy w pozytywistyczną Wielką Nudę. W dekady mało widowiskowego administrowania tym, co zbudowaliśmy oraz otwieraliśmy z pompą oraz unijną pomocą. Po inwestycyjnym haju nadciąga utrzymaniowy zjazd. Idzie czas nie kreatorów i rzutkich inwestorów, a administratorów, zarządców i techników, którzy już bez pompy i fanfar będą musieli zadbać o spuściznę ostatnich dekad. Idzie też, miejmy nadzieję, czas łataczy wszystkich dzisiejszych dziur i potencjalnych katastrof — od służby zdrowia, przez edukację i mieszkalnictwo, po naprawdę wydajną obronność.
A żeby zadbać właściwie, trzeba większej wrażliwości, aktualnej wiedzy oraz świadomości dotyczącej na przykład estetycznej i architektonicznej wartości tego, co trzeba zachować w dobrej kondycji. Trzeba też umiejętności zarządzania dalekiej od poetyki folwarku. Tu jednak, na razie, trzymamy się często tradycji opartych na archetypie pana Zenka: kleceniu, łataniu, napraw
najmniejszym kosztem, tępej oszczędności. Tradycji podtrzymywanych przez inną tradycję, czyli przez niechęć do umysłowego wysiłku, perspektywicznych działań, rzeczowej analizy sytuacji oraz łożenia na badania, naukę i specjalistów. Ot, choćby na architektów, którzy w przyszłości przydadzą się raczej w efektywnej adaptacji i modernizacji niż stawianiu kolejnych kubatur.
Wciąż zatem nie uzmysławiamy sobie tak mocno, jak powinniśmy, że gdy ma się naraz wszystko nowe, to potem ma się naraz wszystko stare, czego doświadczają dzisiaj nie tylko Stany, ale i Niemcy czy też Włochy łatające pospiesznie sypiącą się infrastrukturę. Sami zresztą tego doświadczamy, tylko w innej dziedzinie. Na gwałt starzeje się nam społeczeństwo, które było „nowe” w pierwszych powojennych dekadach. Oto po raz pierwszy w historii starzejemy się tak masowo oraz — nie po raz pierwszy — zestarzejemy się w biedzie. Nie będzie to bieda widowiskowa. Uwięzieni w domach bez wind seniorzy i seniority, z emeryturą dwa tysiące plus, albo nie będą mogli wyjść na miasto, albo nie będą mieli po co. Albo i jedno, i drugie. Większości nie zobaczy się ani w wyżyłowanych przybytkach kulinarnej pornografii, ani na zwykłej kawie. Nie będzie ich na koncertach, seansach i w kurortach. Nie wypełnią tych wszystkich świeżo wybudowanych kubatur za unijną forsę. Jedyna nadzieja, że w swojej masie lukę wypełnią młodsi, bo po raz pierwszy Polacy są tak grubi, że potrzebują więcej miejsca na pojedynczego obywatela.
Wreszcie, emeryci nie wykorzystają kolejnego japońskiego patentu. Seniorzy japońscy są bowiem równie liczni, co biedni i nierzadko popełniają na jesień celowe drobne przestępstwo. Zimę spędzają wtedy w przyzwoitym więzieniu na państwowym wikcie. Nasze więzienia nie są jednak przyzwoite. Znikąd ratunku. Nie opłaca się nawet jechać do Niemiec, bo tam i socjal nie ten co kiedyś (pewnie łącznie z więzieniami), a w niektórych dziedzinach RFN musi gonić Polskę. Goni więc nas w cyfryzacji, bo nasze e-urzędy, e-sądy, e-recepty, w ogóle e-wszystko bije niemieckie standardy na głowę. Tak się w nas zresztą zapatrzyli, że dogonili też niedawny poziom naszych kolei. Verspätung to słowo, które mogą na trwałe wyryć na tablicach odjazdów.
Jednocześnie Polska, zdaniem niektórych Niemców, zaczyna punktowo i z wierzchu przypominać im ich własny kraj z lepszych czasów. Bardzo niebezpieczne. Jak już stracimy większość narodowych cech i zmienimy się w drugie Niemcy, to przez pomyłkę sami od siebie zażądamy reparacji.
Jakub Głaz
więcej: A&B 12/2025 – RE-THINK – MBA Kraków 2025,
pobierz bezpłatne e-wydania A&B

































