„To, co nas otacza, nie jest w gruncie rzeczy w ogóle architekturą, ale tylko budownictwem” — te znamienne słowa Marty Leśniakowskiej przywołuje Grzegorz Piątek we wstępie swojej najnowszej książki „Świątynia i śmietnik. Architektura dla życia”, przekonując, że to przebrzmiały i fałszywy obraz. Architektura przyszłości to bardziej profanum niż sacrum. A może inaczej — to świętość zaklęta w codzienności. Metafizyczny wymiar tytułowego śmietnika albo publicznej toalety.
Grzegorz PIĄTEK — Urodził się w 1980 roku w Warszawie. W 2006 roku ukończył Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej. Zaledwie dwa lata później, w 2008 roku, wspólnie z Jarosławem Trybusiem był kuratorem nagrodzonej Złotym Lwem wystawy „Hotel Polonia. The Afterlife of Buildings” w Pawilonie Polskim na XI Biennale Architektury w Wenecji. Piątek jest autorem wielu nagradzanych książek związanych z architekturą, miastem i twórcami zmian zachodzących na tych polach — jego książka „Sanator. Kariera Stefana Starzyńskiego” (2016) zdobyła Nagrodę Literacką m.st. Warszawy, „Najlepsze miasto świata. Warszawa w odbudowie 1944–1949” (2020) stała się inspiracją do stworzenia „Opery o Warszawie”, a „Gdynia obiecana. Miasto, modernizm, modernizacja 1920–1939” (2022) została uhonorowana Nagrodą Czytelników „Nike”. Laureat Nagrody Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego 2025 w kategorii Architektura i przestrzeń.
Twórczość Grzegorza Piątka śledzę od samego początku. Od „Lukru i mięsa”, poprzez „Sanatora”, „Najlepsze miasto świata” i „Niezniszczalnego”, po „Gdynię obiecaną”. Kibicuję mu, z niepokojem wypatrując kolejnych tytułów. Ów niepokój jest efektem rosnących oczekiwań wobec nowych książek i obawy, że mogą im nie sprostać. A nuż okaże się, że autor poszedł na łatwiznę, zaczął bezwstydnie odcinać kupony od zasłużonej skądinąd popularności? A może postanowił iść w nowym kierunku, który zupełnie nie przypadnie mi do gustu? Na moje szczęście laureat „Nike” Czytelników z 2023 roku jest autorem poszukującym, efektem owych poszukiwań jest zaś brawurowa hybryda eseju, reportażu i manifestu. Czuć w niej luz, pisarską sprezzaturę. Zupełnie jakby osobisty ton książki i brak sztywnych ram „wielkiej architektury” czy „wielkiej historii” dodawał mu skrzydeł.
Prowadzi nas zatem Piątek do swojego mieszkania w modernistycznej kamienicy z lat 30., wiedzie przez blokowiska z wielkiej płyty, zagląda do wnętrz przedszkoli. Pokazuje czytelnikowi szlak stołecznych miejskich szaletów i „stajnię jednorożców”, czyli ogromną wiatę tramwajową w centrum Łodzi. Czasami rzuca kąśliwą uwagę wymierzoną w architektów lub polityków. Innym razem zaskakuje niemal ekshibicjonistyczną szczerością, jak wówczas, gdy przyznaje się, że „często musi sikać”. Nie przekracza przy tym granic gatunku, ani dobrego smaku, kolejne zdania sprawiają zaś wrażenie delikatnych i wyważonych. Osobiste wtręty u kogoś innego byłyby być może irytujące, ale u Piątka urzekają subtelnością. „Świątynia i śmietnik” jest książką napisaną w obronie słabszych (podobnym zamierzeniem kierowała się chociażby Magdalena Milert w „Dla kogo jest miasto? Jak stworzyć przestrzeń, która o nas dba”), a autor, odsłaniając swoje niedoskonałości, zdaje się mówić „też tak mam”. Tym samym skłania czytelnika do spojrzenia na codzienność i niesione przez nią problemy. Kto z nas nigdy nie szukał w pośpiechu publicznej toalety w obcym mieście? Kto w czasach przedszkolnych lub wczesnoszkolnych nie miał ochoty choćby na chwilę wyłączyć się z rówieśniczego rozgardiaszu i ukryć w miejscu cichym i bezpiecznym? Kto, oglądając mieszkanie, które chciał kupić lub wynająć, nigdy nie pomyślał „kto to (przecinek) tak zaprojektował”?
Podczas lektury „Świątyni i śmietnika” czytelnik wiele razy może złapać się za głowę. Lista absurdów opisywanych w kolejnych rozdziałach, wynikających z ignorancji, chciwości czy braku empatii, jest długa. Piątek piętnuje je z właściwą sobie gracją i zamiast rzucić radykalnym, prowokacyjnym hasłem niczym koktajlem Mołotowa woli uciec się do ironii, aluzji. To jedna z ogromnych zalet książki i zarazem dowód literackiej ewolucji autora. Wcześniej charakterystycznym elementem Piątkowego stylu były, skądinąd zgrabne i chwytliwe, bon moty oraz metafory (na przykład gdyńska hala targowa stała się „katedrą pietruszki”), które czasami wydawały się jednak nieco wymuszone. Teraz zamiast prostych, chociaż efektownych sztuczek erystycznych mamy do czynienia z refleksjami nie mniej błyskotliwymi, lecz wyrażonymi w zupełnie inny sposób. Stosując architektoniczne odniesienia: „katedra pietruszki” była projektem Bjarke Ingelsa, poetyka „Świątyni i śmietnika” bliższa jest zaś architekturze Romualda Gutta. Nawet jeśli ta przemiana była mimowolnym efektem jakiegoś naturalnego procesu, to doskonale współgra z treścią książki, która pod względem czysto literackim jest największym dotychczasowym osiągnięciem Piątka.
Jednym z najmocniej zapadających w pamięć fragmentów jest akapit, w którym Piątek obnaża hipokryzję współczesnego świata:
Nasza kultura, mimo teoretycznie dokonanej rewolucji seksualnej czy przyzwolenia na skąpy strój, ma dwuznaczny stosunek do ciała. Na pierwszy rzut oka wydaje się opętana obsesją młodości i sprawności […]. Ta sama kultura jednak też zapomina, że ciało nie istnieje wyłącznie jako forma czy obraz, tylko że pachnie, oddycha i cieknie…
To nie jedyny fragment, gdy autor postanowił zdekonstruować popularny mit czy odbrązowić pomnik. Ogromnie ciekawi mnie reakcja miłośników „wielkiej architektury” tworzonej przez „wielkich twórców” na sugestię, że za sukcesem Le Corbusiera mógł w istocie stać talent do aforyzmów i opowiadania o sobie. Czy oburzą się, czytając, że Juliusz Żórawski projektował budynki może i piękne, ale niezbyt funkcjonalne? Co odpowiedzą Halinie Skibniewskiej, która twierdziła, że w mieszkaniówce najważniejszy jest wygodny, ergonomiczny układ mieszkania oraz widok z okna, natomiast sama forma budynku to rzecz drugorzędna?
W nowej książce Grzegorza Piątka nie brakuje rozważań nad historią (wspomniana historia budynków Skibniewskiej i Żórawskiego), wątków reporterskich (rozdział poświęcony łódzkiej „stajni jednorożców”), błyskotliwej eseistyki — wszystkiego, do czego zdążyły nas w pewnym stopniu przyzwyczaić jego wcześniejsze teksty. Ostatni rozdział odsłania jednak nowe, nieznane oblicze autora — oblicze rewolucjonisty. W manifeście „Architektura dla życia”, Piątek otwarcie krytykuje współczesną architekturę, nazywając ją zombie modernizmem, zarzuca jej bezideowość i brak empatii. To właśnie empatia, a także powracająca w ostatniej części książki publiczna toaleta, sprawiają, że „Świątynia i śmietnik” wywołują skojarzenia z twórczością Michała Witkowskiego. On także, podobnie jak Piątek, potrafi odnaleźć piękno w codzienności, w rzeczach prostych i nierzadko ułomnych.
Albo architektura, albo rewolucja — pisał Le Corbusier. Architektura to rewolucja — zdaje się mówić Grzegorz Piątek, dla którego rewolucja to nie gilotyna i toczące się ku rynsztokom ścięte głowy, ale radykalna zmiana spojrzenia na świat. Ta zaś nie musi być wdrażana przemocą. Przeciwnie, jej największym orężem mogą być empatia i czułość.
Błażej Ciarkowski
więcej: A&B 12/2025 – MBA Kraków 2025: RE-THINK,
pobierz bezpłatne e-wydania A&B


































