Nie jest odkrywczym stwierdzeniem, że nawet krótki spacer po lesie to nie tylko forma rekreacji fizycznej, ale też znakomita terapia psychiczna. Niezależnie od pory roku, spacerując po lesie odrywamy się od miejskiego gwaru i pośpiesznego trybu życia, a otoczenie przyrody, której przecież jesteśmy częścią, uspokaja i wycisza codzienną gonitwę myśli. Często mówimy o rytmie i życiu miasta, jednak to las jest miejscem, w którym życie podporządkowane jest naturalnemu cyklowi pór roku.
Las to nie tylko zbiorowiska drzew i krzewów, a żyjący organizm, którego obserwacja nasuwa metaforę naszego życia i funkcjonowania. Lecz las ma jeszcze drugą warstwę, ukrytą i niewidoczną. To ogromny, splątany system korzeni, umożliwiający roślinom życie i dostarczający składniki odżywcze. To w tym systemie zachodzą nie do końca poznane jeszcze procesy i zjawiska wzajemnego współżycia, wspierania, a także komunikowania się roślin. Bez tego systemu, las — i każde z osobna drzewo — nie może istnieć. Pień może nadłamać się od podmuchów wichury, korona może być formowana, a owoce zerwane, lecz drzewo będzie dalej żywe. Uszkodzenie jego korzeni oznacza jednak zawsze chorobę lub śmierć. Ta niewidoczna ukryta warstwa lasu odsłania się czasami na stromych wydmach, erodowanych wzgórzach, czy wykrotach, ujawniając swój potężny rozmiar i skomplikowaną strukturę.
Jeżeli odwołamy się do lasu jako metafory ludzkiej egzystencji i naszej działalności w obszarze kultury, to do jej życia niezbędne są korzenie, podobnie jak u roślin zapewniające jej witalność. Kiedy jesteśmy pełni uznania i podziwu dla kultury francuskiej, hiszpańskiej czy japońskiej, to nie tylko dla bieżących wydarzeń i osiągnięć artystycznych, w tym architektonicznych, ale przede wszystkim dla wielowiekowych warstw splątanych korzeni z których się wywodzą. Szybkie przemiany w świecie, w tym szczególnie u nas w Polsce, nadrabiającej pośpiesznie od ponad 30 lat zaległości okresu komunizmu, globalizacja i powierzchowna kultura internetu oraz mediów społecznościowych powodują, że w kulturze i architekturze, będącej jej integralnym składnikiem, chcemy postrzegać tylko czubki koron drzew, zapominając o znaczeniu korzeni.
© Piotr Średniawa
powojenne poszukiwania tożsamości w polskiej architekturze
Parę lat temu architekt Krzysztof Ingarden podjął opublikowaną próbę wyodrębnienia i sklasyfikowania możliwych do wyróżnienia nurtów w powojennej architekturze polskiej. Nie polemizując z tą wnikliwą analizą, warto w jej ramach wskazać te nurty, które odwoływały się do naszych korzeni i poszukiwały tożsamości. Można umownie wskazać (chociaż może to być obarczone błędem wynikającym z braku koniecznego dystansu czasowego) również umownie i nieprecyzyjnie nazwane „szkołę krakowską” i „śląską szkołę architektury”.
Genezę poszukiwań krakowskiego środowiska stanowiło odwołanie się do twórczości Stanisława Witkiewicza [1854 – 1915], twórcy stylu zakopiańskiego, czerpiącego ze swoistej symbiozy secesji z rodzimą architektura Podhala. Fascynacja tym specyficznym, jedynym takim pejzażem w Polsce i jego kulturą przewijała się w twórczości Tadeusza Brzozy [1911 – 1985]. Niekwestionowanym „guru” tego kierunku była legendarna postać krakowskiej uczelni — Włodzimierz Gruszczyński [1906 – 1973], który w swoich profetycznych rysunkach i obrazach przeniósł tę stylistykę w wielką skalę i nadał jej ponadlokalny, wykraczający poza Podhale wymiar. Idee te kontynuowali w swojej twórczości jego uczniowie, wybitni architekci Andrzej Skoczek [1927 – 2011] i Wojciech Kosiński [1943 – 2020]. Z kręgu Włodzimierza Gruszczyńskiego wywodzili się Zbigniew Gądek [1925 – 1998], rozwijający jego idee w swoich oryginalnych wizach rysunkowych i graficznych oraz Tadeusz Gawłowski [1926 – 2009], autor znakomitych kościołów w Rudach Rysich i Zakopanem Olczy, Obaj przeszczepili te idee na śląski grunt, będąc profesorami Politechniki Śląskiej. Generalizując, ta architektura o dynamicznym, ekspresyjnym wyrazie, stanowiąca bliższą lub dalszą parafrazę górskiego pejzażu i transpozycję architektury Podhala, była jednym z najbardziej wyrazistych i rozpoznawalnych nurtów w naszej architekturze.
Śląska szkoła architektury swój rodowód budowała na grupie profesorów-architektów, którzy wywodząc się z lwowskiej uczelni, po II wojnie światowej tworzyli w Gliwicach nową uczelnię — Politechnikę Śląską. Byli to Zygmunt Majerski [1909 – 1979], pierwszy dziekan utworzonego w 1977 r. samodzielnego Wydziału Architektury, Tadeusz Teodorowicz-Todorowski [1907 – 2001], Franciszek Maurer [1918 – 2010] i inni. Znakomity warsztat, osiągnięcia twórcze i wysoki poziom wiedzy i kultury, w tym także osobistej, stanowiły fundamenty nowej śląskiej uczelni. Dołączyli do nich później młodsi architekci, tacy jak Mieczysław Król [1928 -2013], Wiktor Jackiewicz [1932 – 2018], i ich wychowankowie, na przykład Jerzy Witeczek. Zajęcia ze studentami prowadzili również znakomici praktykujący architekci, między innymi Aleksander Franta [1925 -2019], Henryk Buszko [1924 -2015], Andrzej Czyżewski [1930 – 2016]. Byli to nie tylko świetni nauczyciele akademiccy, ale również znakomici architekci, legitymizujący się wybitnymi realizacjami. Powiązanie teorii z praktyką, osadzone w przemysłowym regionie, a jednocześnie w tych latach jednym z wiodących ośrodków współczesnej modernistycznej architektury polskiej, wytworzyło cechy śląskiej szkoły architektury. Racjonalizm, pragmatyzm, bez zbytecznego formalizmu, jednak niepozbawiony nieuchwytnej poetyki, czerpiący ze szczytowych osiągnięć modernizmu, jak i industrialnego dziedzictwa Śląska, to cechy tej architektury, wyróżniającej się na terenie Polski.
Żartowano, że na Śląsku w architekturze dominuje najbardziej ortodoksyjny kąt prosty. Uczniowie tych architektów, a później wykładowcy Wydziału Architektury Politechniki Śląskiej — Andrzej Duda i Henryk Zubel — wzbogacili ją o wyniesione z Holandii doświadczenia, paralelne zresztą z poszukiwaniami ich nauczycieli. Te pokolenia wykładowców i profesorów wykształciły parę generacji architektów, którzy swoją dojrzałą drogę zawodową oparli na wyniesionych z uczelni ideach kreowania wyrazistej, bezkompromisowej architektury.
Niestety, ostatnie lata to powolny zmierzch tych dwóch ciekawych poszukiwań, gdzieś zagubionych we wszechogarniającej komercji i pogoni inwestorów za zyskiem. Obecnie stanowią chyba zamknięte rozdziały naszej architektury. Trudno dzisiaj wskazać w Polsce jakiś wyrazisty i konsekwentny nurt w poszukiwaniach tożsamości. Prawdopodobnie jest to również skutkiem zarzucenia systemowego nauczania na naszych uczelniach architektonicznych, braku edukacji w zakresie kultury, na rzecz komputerowej zręczności, co powoduje szybkie wypalenie i wyjałowienie twórcze i zawodowe, bazujące na powierzchownym naśladownictwie.
© Piotr Średniawa
w poszukiwaniu prawdziwych inspiracji
W ostatnich kilkudziesięciu latach pojawiło się jednak w Polsce kilka obiektów, głównie użyteczności publicznej, które z dużą kulturą i wyczuciem wpisane zostały w lokalny i kulturowy kontekst miejski i reprezentują zupełnie różne szkoły kreowania architektury. W większości koncepcje tych obiektów zostały wyłonione w procedurach konkursowych, co wydawać by się mogło oczywistym faktem, gdyby nie powszechne lekceważenie kryterium jakości w naszych procedurach zamówień publicznych, co niestety znajduje odzwierciedlenie w niskim poziomie znacznej ilości realizacji. Niezależnie od potwierdzenia jakości tych realizacji licznymi i zasłużonymi nagrodami, uznaniem krytyków, po minięciu efektu nowości, z czasem zyskały aprobatę mieszkańców i — co najważniejsze — stały się integralnymi elementami miast, wnoszącymi tak potrzebną wartość dodaną w kulturę miejskich struktur.
W Filharmonii w Szczecinie, jedynym wzniesionym w Polsce obiekcie uhonorowanym w 2015 roku nagrodą im. Miesa van der Rohe, hiszpańscy architekci Fabrizio Barozzi i Alberto Veiga, dyskretnie nawiązali do historycznej zabudowy miasta uformowaniem struktury obiektu, a „lodowa”, abstrakcyjna fasada nadała mu jednoznacznie współczesny wyraz.
Tradycyjny śląski materiał, jakim jest czerwona cegła, został współcześnie przetworzony w nowym Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, laureata nagrody Wienerberger Brick Award w 2020 r. autorstwa katalońskiego biura BAAS arquitectura, Grupa 5 Architekci i Małeccy Biuro Projektowe. Nowa interpretacja ceramicznego materiału znakomicie wpisuje obiekt w tradycyjny śląski kwartał uliczny.
Jak nastroszone wieżyczki bojowego krążownika, strzegą gdyńskiego portu wieże Sea Towers autorstwa, pracującego w Wiedniu architekta Andrzeja Kapuścika [1949 -2020]. Niczym ciemny, ceglany bastion ze świetlistym wnętrzem, flankujący starówkę jawi się Teatr Szekspirowski w Gdańsku, autorstwa włoskiego architekta Renato Rizziego, doskonale korespondujący z masywem Bazyliki Mariackiej, dominującym nad historycznym centrum miasta.
W niebanalny sposób, kojarzący się z okruchami historii wtopionej w mury, hiszpański architekt Fernando Menis użył ceramicznego materiału w Centrum Kulturalno-Kongresowym Jordanki w Toruniu. Zamykający oś ulicy Emilii Plater w Warszawie 160-metrowy wieżowiec autorstwa Helmuta Jahna [1940 – 2021], amerykańskiego architekta o niemieckim pochodzeniu, to chyba najlepszy wysokościowiec w stolicy. Obiekt o świetnych, smukłych proporcjach, dynamicznym podcięciu i doskonale użytych szklanych fasadach stanowi twórczy dyskurs z zapomnianą dzisiaj, lekką warszawską elegancją, przewijającą się od stanisławowskiego klasycyzmu po twórczość Bohdana Pniewskiego i Ścianę Wschodnią Zbigniewa Karpińskiego.
Wypada wspomnieć również o Muzeum Śląskim, ukrytym w ziemi, jak górnicze sztolnie, zrealizowanym według projektu austriackich architektów z Grazu — Floriana Riegler i Rogera Riewe, oraz o Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej „Manggha” w Krakowie, echu wiślanej fali, autorstwa japońskiego architekta Araty Isozakiego, oraz krakowskich architektów Krzysztofa Ingardena i Jacka Ewy.
© Piotr Średniawa
Jakie wspólne cechy można przypisać tym obiektom, które sprawiają że lokalne inspiracje zostały przetworzone w tak dobry i przekonujący sposób? Pierwszą, pozornie oczywistą cechą tych budynków jest ich świetne wpisanie w strukturę miejską, przeprowadzone z zachowaniem wszelkich klasycznych zasad kompozycji urbanistycznej. To — jak by się wydawało — banalne stwierdzenie, wobec powszechnego chaosu przestrzennego i woluntarystycznego traktowania lokalizacji obiektów w Polsce nabiera fundamentalnego wręcz znaczenia. Drugą, nieco zaskakującą cechą jest fakt że generalnymi projektantami tych obiektów byli zagraniczni architekci współpracujący z polskimi biurami. Nasuwa się myśl, że dla odczytania autentycznych inspiracji i kontekstu potrzebna jest pewna odległość i dystans zawodowy. Tego dystansu, jak się wydaje, brakuje w naszej rodzimej, nadal nieco zakompleksionej działalności, próbującej uporczywie gonić uciekający nam świat. Ten dystans umożliwia również posiłkowanie się pewną umownością, pozbawioną dosłownej nachalności i naiwnej dosłowności w kształtowaniu struktury, morfologii i imagu obiektów. Charakterystyczną cechą jest również nowatorskie, świeże posiłkowanie się tradycyjnym, w tym również lokalnym materiałem, nadając mu nową, współczesną interpretację.
Powyższe rozważania można skwitować prostym i nieco banalnym stwierdzeniem, że trzeba i wystarczy kreować wrażliwą, współczesną, progresywną architekturę (cokolwiek znaczy i zawiera w sobie to stwierdzenie), osadzoną przestrzennie i kulturowo w miejskim kontekście. Tylko tyle, i aż tyle — i być może dlatego tak trudno jest osiągnąć w Polsce dobrą, globalną, a zarazem lokalną, współczesną architekturę, posiadającą podobnie jak las niewidoczne, acz głębokie korzenie.
Piotr Średniawa
Przewodniczący Rady Śląskiej Izby Architektów,
członek WKUA i MKUA w Katowicach,
od 2003 r. prowadzi z Barbarą Średniawą Biuro Studiów i Projektów w Gliwicach




































