Zobacz w A&B!
Zostań użytkownikiem portalu A&B i odbierz prezenty!
Zarejestruj się w portalu A&B i odbierz prezenty
maximize

Chociaż Dom w Będzinie zaprojektowała znana pracownia, to gdy budowa się skończyła, pieniędzy zostało jeszcze na wakacje

Ola Kloc
05 września '25
Dane techniczne
nazwa: Dom w Będzinie
projekt:

jojko+nawrocki

autorzy:

Marcin Jojko, Bartłomiej Nawrocki, Barbara Ziemba, Bianka Szwinder

kalendarium:

  • projekt
  • realizacja

 

  • 2013
  • 2015-2017

powierzchnia:

  • użytkowa

 

  • 140 m²

Ocena — zwłaszcza krytyczna i nieproszona — przychodzi łatwo. Tak też było w przypadku głośnego Domu w Będzinie projektu śląskiej pracowni jojko+nawrocki. Z jednej strony zdobywał branżowe nagrody, z drugiej zalewała go fala negatywnych komentarzy. Dziesięć lat temu zamieszkała w nim pięcioosobowa rodzina Aleksandry i Mariusza Grabowskich. To doskonała okazja, aby porozmawiać o tym, co im się w nim sprawdza (wszystko!), co by w nim zmienili (nic!) i czy wreszcie go otynkują… Z Aleksandrą i Mariuszem Grabowskimi rozmawia Ola Kloc.

Ola Kloc: Mija dziesięć lat, odkąd zamieszkaliście w domu okrzykniętym przez branżę Architekturą Roku Województwa Śląskiego (Grand Prix w 2018 roku). Jak to jest mieszkać w takim domu?

Aleksandra Grabowska: [śmiech] Wygodnie! Marzyliśmy, żeby nasz dom był miejscem do życia, żeby dawał nam swobodę funkcjonowania w nim z trójką już teraz nastoletnich dzieci. I tak rzeczywiście jest. Dom daje nam dużo radości i przestrzeni, nie blokuje nas ani obowiązkami, ani finansowo, nie musimy ciągle myśleć o tym, jak go utrzymać.

Mariusz Grabowski: Po wybudowaniu domu znajomi pytali nas, co byśmy zrobili inaczej. Wtedy odpowiedzieliśmy, że niczego byśmy nie zmienili. Z perspektywy dziesięciu lat — co jest bardzo przyjemne i zaskakujące — wciąż powtarzamy to samo.

Dom w Będzinie

Dom w Będzinie

fot.: Aleksandra Grabowska, proj.: jojko+nawrocki



Aleksandra: Zależało nam, żeby dom był fleksyjny, żeby się dostosowywał do naszych życiowych potrzeb. Kiedy dzieci były małe, miały jedną dużą, wspólną przestrzeń, wystarczyło otworzyć jedne drzwi, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Później dziewczyny chciały mieć wspólny pokój, a syn osobny. Dzisiaj każde z nich ma własny pokój, a my sypialnię w drugiej części domu. Nie przeszkadza nam, nawet jak puszczają K-pop, bo każdy ma swoją przestrzeń. Po dziesięciu latach możemy więc powiedzieć, że dom dobrze się starzeje, a my w nim, bo dziś jesteśmy zupełnie innymi ludźmi, z zupełnie innym bagażem.

 
Ola: Czyli skorzystali Państwo z opcji zmiany układu wnętrz, którą zaplanowali architekci?

Mariusz: Tak, teraz jesteśmy w maksymalnej wersji projektu, w której wykorzystujemy całą przestrzeń.

 
Ola: Myślą Państwo o tym, co zrobią z wolną przestrzenią, kiedy dzieci się wyprowadzą?

Aleksandra: Będzie to miejsce na olbrzymią jadalnię. Stanie tam gigantyczny stół, miejsce, w którym pomieści się cała rodzina (dzieci, ich dzieci, rodzice, przyjaciele). Gdy nie będziemy używać tych przestrzeni, będziemy mogli je po prostu zamknąć. Dzięki temu, że dom jest w pewnym sensie modułowy, niektóre części możemy po prostu „wyciąć” z użytkowania. To jest bardzo wygodne.

Dom w Będzinie

Dom w Będzinie — makieta domu

fot.: jojko+nawrocki

 
Ola: Jak wyobrażali sobie Państwo wymarzony dom przed pierwszym spotkaniem z architektami? 

Mariusz: To był czas, kiedy wiele osób w gronie naszych znajomych było tuż po lub w trakcie budowy domu. Słuchaliśmy ich historii, podeszliśmy więc do tego procesu z ich doświadczeniami. Ponieważ jest to poważna inwestycja, wiedzieliśmy, że potrzebujemy mądrego doradztwa i rozmowy z mądrymi architektami. To jest trochę jak z kupnem samochodu: idzie się do salonu z jakimś modelem w głowie, a sprzedawca powie „dorzućmy jeszcze to i to” i człowiek wydaje więcej, niż planował. Samochód łatwiej przeboleć niż dom, konsekwencje są nieporównywalne.


Aleksandra: Myśleliśmy albo o mieszkaniu w centrum miasta, albo o domu, który nie przyłoży się do zjawiska rozlewania się miast, który będzie wpisany w istniejącą infrastrukturę. Dzięki temu, że mieszkamy w dzielnicy pokopalnianej, pocementowej [dom znajduje się w sąsiedztwie zabytkowej cementowni Grodziec — przyp. red.], jesteśmy dobrze skomunikowani z całą konurbacją. Naszym marzeniem było też, żebyśmy mieli dobrze zaprojektowany dom. Najpierw trafiliśmy do architekta, który zgadzał się na każdą naszą propozycję. Zapaliła się nam czerwona lampka, zdaliśmy sobie sprawę, że to chyba nie jest dobry partner do rozmowy. Nie jesteśmy architektami, doskonale wiedzieliśmy, czego chcemy, ale potrzebowaliśmy kogoś, kto tę naszą galopującą, nieposkromioną wyobraźnię powstrzyma. Powinniśmy zadzwonić do Marcina Jojko i Bartka Nawrockiego i powiedzieć, że to, co zaprojektowali dziesięć lat temu, bardzo dobrze się sprawdza.

Dom w Będzinie

Dom w Będzinie — parterowy dom podczas pierwszej sesji zdjęciowej

fot.: Michał Jędrzejewski



Mariusz: Pracę z nimi zaczęliśmy od białej kartki. Architekci spisali nasze ogólne wizje, wsłuchali się w potrzeby dotyczące wielkości, nawiązania do miejsca, wpisania się w kontekst, bez krzyczenia „tu jesteśmy!”. Dzięki temu oni też mogli zaproponować inne rozwiązania, a my na nie spojrzeć bez uprzedzeń, nie mówiliśmy „musi być tak i koniec”. Obstawałem na przykład przy centralnym ogrzewaniu, Marcin z Bartkiem przekonali mnie jednak, że to nie jest dobry pomysł, pokazując wyliczenia matematyczne. Powstało kilka wizji, a nawet makiet naszego domu, zanim zdecydowaliśmy się na ten projekt. To była dobra współpraca.

Dom w Będzinie

Dom w Będzinie — schemat funkcjonalny

rys..: jojko+nawrocki



Aleksandra: Projektując dom, słyszeliśmy od znajomych, że rzadko korzystają z tarasu. My z naszego korzystamy prawie przez cały rok, dzięki temu, że architekci przewidzieli posadzenie w nim drzewa liściastego, które latem zatrzymuje słońce, a zimą je przepuszcza. Mamy też zielony dach, zieleń porasta dom, jak to Bartek ostatnio stwierdził, odwiedzając nas — zielenina „pochłania” nam dom. Trochę jak w cementowni Grodziec, gdzie natura upomina się o przestrzeń, my też pozwoliliśmy, żeby zawładnęła naszym domem. Staraliśmy się też, żeby była to lokalna roślinność, taka jak brzozy, graby, jarzębina, kaliny, goździki, róże, jaśmin, agresty, morwa, drzewa owocowe.

Dom w Będzinie

Dom w Będzinie — rzut i elewacje

rys.: jojko+nawrocki

 
Ola Kloc: Jak właściwie trafili Państwo do pracowni jojko + nawrocki?

Aleksandra: Po spotkaniu z pierwszym architektem, zaczęliśmy szukać kogoś, kto będzie bardziej świadomy architektury, to było dla nas ważne. Wiedzieliśmy, że nawet jeśli budujemy coś za prywatne pieniądze, to wciąż jest to przestrzeń publiczna. Podpytywałam pewnego cudownego architekta, Krzysztofa Gorgonia, czy zaprojektowałby dla nas dom, albo czy mógłby nam kogoś polecić. Powiedział, że architekt powinien być mniej więcej w wieku inwestorów, wtedy najlepiej się zrozumieją. I rzeczywiście tak było! Kiedy oglądaliśmy projekty na stronie internetowej pracowni jojko + nawrocki, moją uwagę zwróciło to, że był w nich wyeksponowany stół, ważne dla nas miejsce. I chyba to nas przekonało. Wiedzieliśmy też, że nie chcemy wpisywać się w obecne trendy, ale w tożsamość miejsca. Myślę, że nasz dom trochę wymyka się czasowi, trudno określić, kiedy powstał, w latach 60. czy 80.

Dom w Będzinie

Dom w Będzinie — dziś dom z każdej strony porasta zieleń, wtapiając parterową bryłę w krajobraz

fot.: Aleksandra Grabowska, proj.: jojko+nawrocki

 
Ola: Dom wzbudzał kontrowersje wśród okolicznych mieszkańców? Sąsiedzi pytali, kiedy go otynkujecie? 

Mariusz: Tak! Albo uważali, że na razie nie stać nas na piętro, dlatego skończyliśmy na parterze.

Aleksandra: Bardzo podzielił ludzi — byli tacy, którzy mówili, że im się podoba, i tacy, którzy go zupełnie nie rozumieli i nie pochwalali. Chcieliśmy, żeby nasz dom był cichutki, malutki, wpisany w krajobraz, w kontekst pobliskiej cementowni, miał piątą „zieloną” elewację, nie zakłócał widoku, a tymczasem stał się przedmiotem debaty narodowej: „Co to ludzie postawili?! Co to jury oceniło?!”.

Mariusz: Dla nas ważne było to, żeby dom wiosną był zarośnięty z każdej strony, niewidoczny z ulicy. I tak jest, nie wybija się, pasuje i wygląda, jakby stał tu nie wiadomo jak długo.

Dom w Będzinie

Dom w Będzinie — inwestorzy stawiali na lokalne materiały i elementy wyposażenia, między innymi bloczki od pobliskiego producenta czy łączniki ze znajdującej się nieopodal Pilicy

fot.: Aleksandra Grabowska, proj.: jojko+nawrocki

 
Ola: Słyszeli też Państwo głosy, że jest za mały, za skromny, że jak już budować to z rozmachem?

Aleksandra: Tak, wszystkie te złote rady. Wielu znajomych pytało: „Dlaczego budujecie taki mały dom? Przecież to nie są koszty, żeby go dwa razy powiększyć”. Na etapie budowy to rzeczywiście nie są wielkie koszty, ale potem przekładają się na koszty życia.

 
Ola: A przecież 140 metrów kwadratowych to wcale nie jest tak mało!

Aleksandra: Mamy znajomych, którzy ciągle powtarzają, że ich mieszkanie jest większe niż nasz dom.

 
Ola: Wspomnieli Państwo o lokalnej roślinności, ale tych lokalnych motywów jest więcej, zwłaszcza w materiałach — betonowych bloczkach i płytach stropowych. Ten wybór zwiększył czy zmniejszył koszty realizacji?

Mariusz: Pierwsze pytanie architektów, które trochę mnie wyrzuciło z butów, brzmiało: „Ile chcecie zapłacić za metr kwadratowy?”. Niby oczywiste pytanie, ale to ono ustawia środek ciężkości. Pozwoliło nam ustalić kwotę graniczną przy zachowaniu zasady, że dom ma być wygodny do mieszkania, ale nie sprawiać, że staniemy się finansowo jego niewolnikami. Poza nieprzekraczalną kwotą, którą będziemy w stanie spokojnie i bezpiecznie wyłożyć, założyliśmy sobie granicę czasową — dwa lata od rozpoczęcia budowy na to, aby zrobić wszystko, co musi być zrobione.

 
Ola: Dlaczego?

Mariusz: Mamy sporo znajomych, którym budżet na budowę domu ciągle puchnie, ciągle do niego dokładają, mieszkają, a nadal trzeba w nim coś zrobić. Dla nas było ważne, żeby skończyć ten etap, zacząć w tym domu funkcjonować, a nie stresować się, że jeszcze będą wydatki.

Dom w Będzinie

Dom w Będzinie — zieleń porasta nie tylko teren działki i elewację domu — zielony jest też dach

fot.: Aleksandra Grabowska, proj.: jojko+nawrocki

 
Ola: Jak udało się to Państwu osiągnąć?

Mariusz: To dzięki temu, że dom był tak dobrze przemyślany i zaprojektowany. Dostaliśmy od architektów „książkę”, która dokładnie opisywała co, gdzie i jak należy zrobić. Dzięki temu też mogliśmy odpowiednio wcześniej zacząć rozmawiać z lokalnymi dostawcami czy producentami i negocjować ceny.

Aleksandra: Architekci od razu zaczęli pracować z budżetem, do tego stopnia się go trzymali, że kiedy przychodziłam z jakąś propozycją, to mówili: „Dobra, ale rozumiemy, że macie na to dodatkowe 40 tysięcy”. Jak się słyszy, że jakaś życiowa atrakcja kosztuje 40 tysięcy, to człowiek się zastanawia, czy na pewno tego potrzebuje.

W naszym domu wszystko jest zrobione w standardzie, w ramach pewnej modułowości. Kaprysem w pewnym sensie były zielony, czyli ekstensywny dach, dębowa podłoga, ale zależało nam, aby materiały nie szły do nas z drugiej części świata, dlatego mamy na przykład włączniki z Pilicy, strunobetonowy dach z Siemianowic Śląskich, odrestaurowane polskie krzesła z lat 70. i pamiątkowe elementy rodzinne czy platan rosnący na tarasie, który wiąże się z naszymi wspomnieniami z Wrocławia. Architekci nam powiedzieli, że wyliczyli koszty i jeśli będziemy się trzymać kropka w kropkę projektu, to zmieścimy się w budżecie. Nasz budżet był bardzo mały, ale się w nim zmieściliśmy, co wtedy było wśród naszych znajomych zupełnie niewykonalne.

Mariusz: Nie spotkaliśmy nikogo, kto po wybudowaniu domu nie powiedziałby, że musiał dopłacić.

Aleksandra: A my nie musieliśmy nawet uruchamiać ostatnich pieniędzy, pojechaliśmy za nie w piątkę na wakacje. Pilnując projektu, udało nam się zamknąć dom poniżej wyliczonej kwoty.

Mariusz: Rzeczywiście wzięliśmy sobie za punkt honoru zrealizowanie domu zgodnie z projektem. Czuwał nad tym kierownik budowy. Odkąd go wybudowaliśmy, wszyscy — znajomi i rodzina — o niego pytali. Każdemu radziliśmy, żeby poszli do dobrych architektów i trzymali się projektu, wtedy zamkną się w budżecie. Oczywiście nikt nie posłuchał, wszyscy zdecydowali się na standardową ścieżkę adaptacji gotowego projektu.

Aleksandra: Tutaj komuś coś przecieka, tutaj coś się dzieje. Ważne jest też to, że dzięki dobrej izolacji domu, comiesięczne koszty utrzymania i rachunki za ogrzewanie są niskie.

 
Ola: Jakie jest Państwa ulubione miejsce w domu? Gdzie najmilej wypić kawę i spędzać czas?

Aleksandra: Duży pokój, czyli część wspólna (prawie 50 metrów kwadratowych) i taras (dodatkowe 50). Tak też przewidzieli to architekci: stosunkowo niewielkie sypialnie, a duża część wspólna. Taras, który zajmuje jedną czwartą domu, rzeczywiście jest częścią naszego życia. Siedzimy na nim od kwietnia do października, czasem nawet zimą, gdy tylko możemy, jemy na nim posiłki.

Dom w Będzinie

Dom w Będzinie — „dom dobrze się starzeje, a my z nim” — mówi Aleksandra Grabowska

fot.: Aleksandra Grabowska, proj.: jojko+nawrocki

 
Ola: Państwa dom można było do niedawna zobaczyć nawet w muzeum! Jego zdjęcia prezentowane były na wystawie „Transformacje. Nowoczesność w III RP” w Muzeum Narodowym w Krakowie.

Aleksandra: Patrzyliśmy na te zdjęcia w Muzeum i zdaliśmy sobie sprawę, że to już nie jest nasz dom, on wygląda teraz zupełnie inaczej niż na początku — żyje, platan urósł, elewacje pokryła zieleń, a na dachu ptaki wiją gniazda. Budując ten, dom nie zakładaliśmy, że będzie jakkolwiek rezonował. Zakładaliśmy, że będzie po prostu nasz, chcieliśmy mieć fajny dom od fajnych architektów, ale on miał być bardzo prywatny. Są inwestorzy, którzy budują domy po to, aby dostać nagrody wspólnie z danymi architektami. My się do tego nie pchaliśmy, to nie jest wielki dom z gigantycznym budżetem na rozkładówkę gazety, nasz dom miał być schowany. To się samo potoczyło, a my i nasze dzieci musimy się mierzyć z tym, że niektórzy mówią „super dom”, a inni — „fatalny dom”.

 
Ola: Jak sobie Państwo radzili z tymi negatywnymi komentarzami?

Aleksandra: To jest bardzo współczesny temat związany z hejtem, zwłaszcza dla naszych dzieci. W pewnym sensie więc nasz dom był początkiem dyskusji o tym zjawisku, o tym, że cokolwiek się robi, to i tak ktoś może cię zaatakować. Nawet jeżeli o to nie prosisz, ktoś może ci powiedzieć, że coś powinno inaczej funkcjonować. Dajemy sobie mało przestrzeni do wyrażania indywidualności. Nie chodzi o to, żeby tworzyć chaos w przestrzeni, ale żeby dać sobie więcej luzu, swobody w funkcjonowaniu i wyrażaniu siebie. Dobra architektura czy dobra muzyka potrzebują pewnego zrozumienia, a współcześnie ludzie patrzą tylko na nagłówki. Gdy się patrzy tylko na jedno zdjęcie naszego domu, może się komuś nie podobać, warto jednak poznać jego historię, zrozumieć, że to są świadome decyzje. Nasz duszpasterz często powtarza, że żyjemy w czasach, w których wszystko jest, nie chodzi więc o to, co możemy mieć, tylko czego możemy nie mieć. Teraz więcej się mówi o uważności, ale dwanaście lat temu, kiedy zaczęliśmy projektować dom, niewiele osób rozumiało, czym jest uważność, lokalność. A nasz dom taki miał być — prawdziwy.


Ola: Dziękuję za rozmowę.

Ola Kloc

więcej: A&B 7-8/2025 – DOMY: inwestor + architekt,
pobierz bezpłatne e-wydania A&B 

Głos został już oddany

okno zamknie się za 5

Robert Konieczny „Architektura to moja pasja totalna — szczerze o pieniądzach i zajeżdżaniu się”
Standardowy moduł szklany Velux do dachu płaskiego - Nowoczesne przeszklenia dachów płaskich dostępne dla większej liczby projektów
Powierzchnie odbijające promieniowanie IR
Prawdziwie matowa rynna kwadratowa
INSPIRACJE