Młoda Azjatka stoi na dziedzińcu. Trzyma aparat tak, by ująć zarówno siebie, jak i to, co za nią. Stara się pokazać w tle cały budynek. Wyobrażam sobie, że nagrywa właśnie fragment do swojego odcinka, który zatytułuje „Zwiedzam najpiękniejsze miejsca w Polsce”. Nie ma łatwo. Tuż obok dość głośno rozmawia hiszpańska grupa turystów, przewijają się szkolne wycieczki. Dla Azjatki, hiszpańskich turystów i klasowej wycieczki to wyjątkowy dzień. Na zapleczu budki z pamiątkami sprzedawczyni dopala papierosa. Dla niej to dzień jak co dzień.
wielki sukces
Wieliczka ma dwa życia. Pierwsze jest turystyczne, znane z przewodników, bannerów i ulotek. Zapraszają do niego biura podróży, kusi plasująca się wysoko w rankingu atrakcji Kopalnia, która jest też punktem obowiązkowym wielu wycieczek szkolnych. Dla wielu miasto to kojarzy się z lizaniem ścian w czwartej klasie. Fakt, Kopalnia bije rekordy. W zeszłym roku przez solne korytarze przewinęło się niemal 2 miliony osób. To wynik historyczny. Dowód na to, że turystyczny zastój wywołany pandemią i niepokojem za wschodnią granicą jest wspomnieniem. Zanotowano ponad dziesięcioprocentowy wzrost w stosunku do ubiegłego roku. Przy kasie i pod ziemią dominują języki angielski, włoski i francuski, bo to właśnie obcokrajowcy stanowią blisko 70 procent gości odwiedzających wielickie podziemia.
Ten ogromny sukces wymusił zmiany. Aby zapanować nad tłumem i odpowiedzieć na tysiące pytań płynących z każdego zakątka globu, kopalnia musiała sięgnąć po technologię. Od kwietnia 2025 roku nad obsługą ruchu czuwają wirtualni asystenci korzystający ze sztucznej inteligencji. Osiem tematycznych chatbotów przejęło na siebie ciężar pierwszej linii frontu. Odpowiadają w dwudziestu językach, doradzają w wyborze trasy, pomagają zarezerwować hotel czy zaplanować konferencję; działają bez przerwy. Niemal co piąta interakcja z klientem odbywa się obecnie za ich pośrednictwem, a prawie połowa tych rozmów ma miejsce wieczorami, poza standardowymi godzinami pracy infolinii. Technologia ma jedynie wspierać procesy, które przy obecnej skali ruchu stają się coraz trudniejsze do zarządzania tradycyjnymi metodami. Labirynt blisko 245 kilometrów korytarzy, drążony od połowy XIII wieku, stał się potężną maszyną turystyczną, wpisaną od niemal pół wieku na listę UNESCO.
Jest to dziedzictwo, które definiuje ekonomiczny ekosystem miasta i determinuje jego wizerunek na zewnątrz. Do tego miałam od zawsze specyficzne podejście. Przez wiele lat było mi wstyd, jako Wieliczance, że podziemia — tak wspaniałe i chętnie odwiedzane — nie determinują chęci zmiany powierzchni. Turyści podziwiają komory wykute na głębokości ponad 300 metrów, ale nie teleportują się tam magicznie. Aby dotrzeć do osławionych komór, trzeba przebić się przez chaotyczną zabudowę, spektrum reklam i szyldów, parkingi, poszczególne zrewitalizowane obiekty. Na powierzchni Wieliczka ciągle próbuje. Nie robi tego jednak zbyt spektakularnie.
Dom Handlowy „Kinga” oraz Plac Kościuszki
fot.: Magdalena Milert
zastaw się, a postaw się
Wiele rzeczy w miastach turystycznych jest przygotowywanych z myślą o turystach. To od zagranicznego klienta zależy, jaki wizerunek będzie budować gmina. Wspomniany już mój własny wstyd wyrastał właśnie na takim gruncie — trwogi o to, co inni o moim mieście pomyślą. Świetnym przykładem było Euro 2012. Miasto przeszło wtedy metamorfozę niczym uczestniczki programu telewizyjnego „The Swan”. Wyremontowano wszystko, co się dało, ponieważ Wieliczka była bazą piłkarskiej reprezentacji Włoch, a wraz z nią przyjechali także kibice.
Miesiąc przed wielkim otwarciem miasto stało się wielkim placem budowy, napędzanym zbiorową trwogą, że włoscy piłkarze i turyści dostrzegą to, co my na co dzień staraliśmy się ignorować. Sztandarowym przykładem tego estetycznego egzorcyzmu stała się renowacja Domu Handlowego „Kinga”. Budynek, powszechnie uznawany za architektoniczną czarną owcę miasta, wiecznie przykryty reklamami, nagle, tuż po Wielkanocy, doczekał się liftingu, na który czekał od dekad. Wewnątrz gorączkowo wymieniano posadzki i regały, ale to, co na zewnątrz, miało największe znaczenie dla wizerunkowej bitwy: frontowa, modernistyczna, charakterystyczna ściana została w końcu odremontowana i odsłonięta. Gdy pojawia się presja zagranicznego spojrzenia, okazuje się, że w budżecie znajduje się ćwierć miliona złotych.
Nawet miejska enklawa zieleni, Park Mickiewicza, mająca pełnić funkcję „Centrum Kibicowania Solne Miasto”, musiała przejść przyspieszony kurs estetyki. Renowacja parkowych alejek i montaż pływającej fontanny na stawie pochłonęły ponad 120 tysięcy złotych, choć brutalnarzeczywistość budżetowa zweryfikowała plany o pełnym przepychu — nowe krzewy i mała architektura nie pojawiły się, bo ceny oferentów okazały się zbyt wysokie.
Równolegle trwała wielka czystka reklamowa — walka z wizualnym chaosem, która swój symboliczny finał znalazła przy skrzyżowaniu ulic Dembowskiego i Daniłowicza. Urzędnicy stoczyli bój z legendarnym, wyjątkowo obskurnym napisem o „parkingu streżonym” (pisownia oryginalna). Ta nieszczęsna ortograficzna pamiątka, od lat strasząca dokładnie naprzeciwko wejścia do Kopalni Soli, w obliczu Euro 2012 stała się nagle wielkim problemem. Rozmowy o usunięciu tego błędu i uporządkowaniu terenu stały się priorytetem, bo o ile lokalny mieszkaniec do tego widoku przywykł, o tyle europejski turysta, znający przecież doskonale język polski, mógłby sobie jeszcze coś pomyśleć.
Rynek Wieliczki obecnie, po malowidle nie ma śladu
fot.: Magdalena Milert
W tym samym duchu estetycznej mobilizacji, zaledwie kilkaset metrów dalej, na płycie Rynku Górnego, w maju 2012 roku pojawiło się coś, co miało być wizytówką nowoczesnej Wieliczki — „Solny Świat”. Ryszard Paprocki zaprojektował i wykonał tam gigantyczne malowidło 3D o powierzchni ponad 350 metrów kwadratowych, które za pomocą iluzji optycznej miało przenosić wnętrze kopalni, z kaplicą św. Kingi na czele, prosto pod nogi przechodniów, wówczas było największym malowidłem 3D w Polsce i prawdopodobnie drugim na świecie, ustępując jedynie londyńskiemu obrazowi „Reebok CrossFit: 3D Street Art”. Uroczyste odsłonięcie malowidła miało uświetnić wizytę Włoskich piłkarzy. Rynek tętnił życiem: gmina ustawiła stoliki z parasolami dla mieszkańców i turystów wypatrujących gwiazd futbolu, a specjalny automat pozwalał zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie „nad przepaścią” i wysłać je e-mailem w świat. „Solny świat” wprowadził Wieliczkę w krąg trójwymiarowej sztuki ulicznej (ang. 3D street art). Takie realizacje, ze względu na swoją anamorficzność, czyli celowe zniekształcenie obrazu, są niezwykle trudne w wykonaniu. Iluzja głębi i pełna czytelność sceny dostępna jest tylko z jednego, precyzyjnie wyznaczonego punktu. Tylko stamtąd można wykonać fotografię, na której obraz odzyskuje prawidłowe proporcje. Pierwotnie miała to być technika niezwykle trwała, wykorzystująca nowoczesną chemię, rzekomo odporna na polskie warunki klimatyczne oraz uszkodzenia mechaniczne wynikające z intensywnego ruchu pieszych i pojazdów. Rzeczywistość zweryfikowała te plany. W 2021 roku podjęto jeszcze próbę ratowania dzieła poprzez kosztowną renowację i zastosowanie nowoczesnych technik nadruku, czas okazał się jednak bezlitosny. Dziś po słynnej atrakcji nie ma już śladu.
Pod buty nadjeżdżających Włochów i kibiców rzucono jednak nie tylko malowidło — dla nich zmieniono także całą logistykę miejską. Można rzec, że Euro miało magiczne skutki. Na trasę do Krakowa w pośpiechu przywrócono wcześniej zawieszony pociąg, a popularną linię autobusową zmodyfikowano tak, by jeździła częściej. Okazało się, że pojawiły się też nowe przystanki — na przykład Wieliczka Park, ulokowany strategicznie w rejonie Parku Mickiewicza i Hotelu „Turówka”, by ułatwić życie tym, którzy do Wieliczki przyjechali podglądać miejsce życia piłkarzy.
Wszystkim gminom życzmy więc przyjazdu włoskiej ekipy na Euro, które powinniśmy organizować częściej! Po latach oczywiście oceniam te działania dość pozytywnie, impreza była siłą do zmiany, której miasto potrzebowało. Z porządkiem reklamowym nie udało się uporać na stałe, bannery wracają jak bumerang (nie ma uchwały krajobrazowej), ale pociąg i przystanki zostały. Zrewitalizowane przestrzenie wciąż wyglądają dość świeżo. Boli jednak przekaz, który można z tego wyczytać: Panie Areczku, Wieliczka musiała lśnić dla zagranicznego zarządu (czyt. turysty i masowej imprezy), dla Pana marzeń o rewitalizacji osiedla pieniędzy nie ma. Blask jest więc niepełny, nakładany w ostatniej chwili, tworzony tak, byle tylko uniknąć owego paraliżującego wstydu przed światem.
Można by powiedzieć, że jest to nawiązanie do tradycji. W końcu przywołane zostaje tu szlacheckie „zastaw się, a postaw się”. Myślę jednak, że nieco inaczej powinniśmy już do takiej tradycji podchodzić. Ten „ostatni moment”, o którym mowa, kontrastuje z długą i mozolną historią systemowej ochrony zabytków Wieliczki, która nie zawsze wynikała z lęku przed obcym spojrzeniem.
Tradycje prac konserwatorskich w mieście sięgają bowiem schyłku XIX wieku, kiedy to wysiłkiem lokalnej społeczności ratowano modrzewiowy Kościół św. Sebastiana z XVI wieku. Już w 1892 roku pojawiła się inicjatywa stworzenia inwentarza zabytków powiatu wielickiego. Początkowo spotkało się to z brakiem zrozumienia, ale ostatecznie doprowadziło do powołania Komitetu Opieki, który fundusze na remont kościoła zbierał między innymi poprzez sprzedaż kolorowych pocztówek-cegiełek. Merytoryczną opiekę nad tymi pracami sprawowali wybitni fachowcy, jak Sławomir Odrzywolski, a polichromie we wnętrzu wykonał w 1906 roku Włodzimierz Tetmajer.
W okresie międzywojennym odrestaurowano według projektów Zygmunta Hendla czternastowieczną basztę obronną. Prawdziwym wyzwaniem okazała się jednak powojenna odbudowa Zamku Żupnego, który w styczniu 1945 roku został poważnie zniszczony przez bomby lotnicze. Walka o przywrócenie tej historycznej siedziby administracji salinarnej trwała dziesięciolecia i wymagała ogromnej determinacji konserwatorów, którzy przez lata przeciwstawiali się biurokratycznym opóźnieniom i brakom środków, aby w końcu w latach 80. udostępnić obiekt zwiedzającym.
Ukoronowaniem był wpis Kopalni Soli na pierwszą listę UNESCO w 1978 roku. W latach 80. XX wieku powstały również kompleksowe studia historyczno-urbanistyczne opracowane przez Zbigniewa Beiersdorfa i Bogusława Krasnowolskiego, które objęły analizą niemal 300 obiektów historycznych w mieście. Stały się one fundamentem dla profesjonalnego planu rewaloryzacji Starego Miasta przygotowanego w latach 1984–1986 przez Andrzeja Dobrowolskiego. Całość tych działań miała na celu poprawę miejskiej estetyki oraz, a może przede wszystkim — odbudowę świadomości wspólnoty żyjącej w mieście o wielowiekowej historii.
W zestawieniu raptowności działań z ostatnich lat blado wypadają interwencje tworzone tak szybko, dla oka zagranicznego turysty.
urbanistyka łanowa w wielickich Krzyszkowicach
fot.: Magdalena Milert
podchody
Wieliczka została lokowana całkiem nietypowo, na prawie frankońskim. Próżno takiego ewenementu szukać po sąsiedzku. Prawdopodobnie to ciąg dość specyficznych zdarzeń zadecydował o takim podejściu. Nie wchodząc jednak w te detale, najważniejsze jest to, że odkrycie pokładów soli sprawiło, że potrzebna była tu nowa siła robocza oraz kapitał. Zaczęto więc zapraszać do przyjazdu znających się na rzeczy. Tak oto miasto zaludniło się osobami chętnymi do pracy.
Drugie życia miasta, poza Kopalnią, jest tym zwykłym i przyziemnym. Mimo ogromnej popularności turystycznej, jest po prostu krakowskim obwarzankiem, gdzie na przedmieściach dużego miasta można wybudować sobie dom. Miasto liczy nieco ponad 28 tysięcy mieszkańców, gmina — ponad 70 tysięcy. Wyróżnia się, na tle ogólnego trendu, nieco lepszym przyrostem naturalnym. Jest sypialnią Krakowa. Gmina jest tego świadoma, jednak mówi o tym dość lakonicznie. Co prawda wspomina o temacie w strategii, w której nawet używa pojęcia „suburbanizacja”, ale oprócz definiowania problemu, nie widać dalekosiężnych działań. Na mój wniosek o dostęp do informacji publicznej dostaję odpowiedź, że Urząd Miasta i Gminy w Wieliczce nie posiada wypracowanej strategii lub opracowania analitycznego dotyczącego zarządzania terenami podlegającymi intensywnej suburbanizacji (rozlewania się zabudowy).
To podejście, które nazywam miejskimi podchodami. Niby mamy zjawiska nazwane i zdefiniowane w dokumentach strategicznych, przybiera to jednak formę działań rozproszonych, doraźnych, punktowych. Chodzimy po strzałeczkach do celu, ale ten nam umyka. Nie powiemy jednak, że nic nie robimy. Leczone są objawy, ale nie ma działań przeciwdziałających. Zamiast kompleksowego zarządzania przestrzenią, które ograniczyłoby presję inwestycyjną na tereny zielone, magistrat stawia na projekty jednostkowe, często oparte na zewnętrznym dofinansowaniu.
W oficjalnej odpowiedzi na wspomniane pismo, urząd wylicza inicjatywy mające mitygować negatywne skutki obecnego stanu rzeczy. Pierwszym narzędziem monitoringu jest… system Airly, który na bieżąco raportuje jakość powietrza. Warto zauważyć, że to model bazujący na zewnętrznym, komercyjnym dostawcy technologii. To coraz powszechniejsze zjawisko (nie tylko w polskich samorządach), polega na przesunięciu ciężaru gromadzenia danych z instytucji publicznych na prywatne platformy działające w modelu abonamentowym. Pozwala to gminie na szybki dostęp do czytelnych wizualizacji i gęstej sieci czujników bez konieczności utrzymywania własnej, skomplikowanej infrastruktury badawczej, ale jest też wpisaniem się w trend zarządzania reaktywnego. Gmina staje się subskrybentem informacji o stanie środowiska, nie zaś kreatorem polityki opierającej się na własnej, głębokiej analityce. Oczywiście, lepiej mieć takie dane niż nie mieć. Ale trudno tu mówić o czymś więcej niż potwierdzeniu problemu.
Jeśli chodzi o inne działania proekologiczne gmin, to koncentrują się one głównie na sferze energetycznej i wymianie przestarzałych źródeł ciepła. Realizowano między innymi projekty wymiany kotłów w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego oraz program „Ekopartnerzy na rzecz słonecznej energii Małopolski”, promujący instalacje OZE w prywatnych gospodarstwach. Gmina angażuje się również w inicjatywy o charakterze doradczym i sieciowym, takie jak projekt LIFE czy EKO TEAM, tworzony we współpracy ze Stowarzyszeniem Metropolia Krakowska. W strukturach urzędu funkcjonują ekodoradcy, których zadaniem jest wspieranie mieszkańców w procesie transformacji energetycznej. To podejście „miękkie”, oparte na edukacji i dotacjach, wydaje się główną linią obrony przed środowiskowymi kosztami suburbanizacji.
widok” na Wzgórze Kaim
fot.: Magdalena Milert
wysyłam sygnał SOS
Jest się nad czym zastanawiać, bo skala demograficznej i budowlanej presji, jakiej poddawana jest Wieliczka, stawia ją w krajowej czołówce miast zmagających się z gwałtowną suburbanizacją. Dane z Narodowego Spisu Powszechnego (NSP) z lat 2011–2021 pokazują, że liczba mieszkańców gminy wzrosła w ciągu dekady o ponad 25 procent, co w ujęciu bezwzględnym oznacza przybycie ponad 13 tysięcy nowych osób. Taki skok demograficzny plasuje Wieliczkę na liście gmin o największych przyrostach ludności w całej Polsce, tuż obok najszybciej rosnących satelitów największych metropolii, takich jak podwarszawskie Piaseczno czy podwrocławskie Siechnice.
Jeszcze bardziej wymowne są statystyki dotyczące dynamiki rynku mieszkaniowego. Na samym obszarze miejskim Wieliczki liczba mieszkań w okresie między spisami wzrosła o równe 50 procent. Jest to tempo znacznie przewyższające średnią dla całego województwa małopolskiego (19,3%) oraz dla samego Krakowa (31,6%). Tak ogromny przyrost tkanki budowlanej w tak krótkim czasie w dużej mierze kształtuje codzienność i jakość życia mieszkańców.
Najbardziej jaskrawym dowodem na to, że owa statystyczna masa mieszkań nie zawsze idzie w parze z jakością planowania, jest północna część Wieliczki, gdzie Wzgórze Kaim staje się prawdziwym poligonem doświadczalnym dla deweloperskiej ekspansji. Wzniesienie, będące niegdyś historyczną dominantą z obeliskiem upamiętniającym odparcie wojsk rosyjskich w 1914 roku, dziś coraz skuteczniej zakrywane jest przez chaotyczną zabudowę. Pomnik autorstwa Henryka Nitry i Karela Korschanna odsłaniano w 1915 roku z wielką pompą w obecności prezydenta Krakowa Juliusza Leo i kardynała Adama Sapiehy. Wieliczka zdaje się jednak traktować to dziedzictwo z dużą dozą urzędniczej amnezji. Jeszcze w 2017 roku pełnomocnik burmistrza obiecywał wykup gruntów wokół monumentu, budowę reprezentacyjnych schodów od ulicy Winnickiej oraz utworzenie piętnastometrowej strefy ochronnej nakazanej przez konserwatora zabytków. Rzeczywistość zweryfikowała te plany: żadna z obietnic nie została zrealizowana, a historyczny symbol oddano na pastwę losu w morzu rozlewającej się, gęstej zabudowy.
Wzgórze Kaim to dziś podręcznikowy przykład niewydolności systemu, w którym plan miejscowy istnieje, ale jego jakość i dopuszczone wskaźniki stawiają zysk ponad ład przestrzenny. Wieliczka skutecznie „dopycha” zabudowę do samej granicy z Krakowem, wydając kolejne pozwolenia na intensywne osiedla, które nie oferują mieszkańcom niemal żadnych usług społecznych ani nowej infrastruktury. Początkowe, niemal wizjonerskie projekty dróg w formie górskich spirali, ostatecznie zastąpiono prostymi odcinkami i układem budynków przypominającym chaotycznie rozrzucone klocki. Co gorsza, ta betonowa ofensywa odbywa się na trudnym geologicznie terenie fliszu i gruntów makroporowatych, które przy nadmiernym nawodnieniu tracą stabilność. Efekty widzieliśmy w 2021 roku, gdy przy ulicy Winnickiej osunęła się skarpa. Choć deweloperzy i miasto często przerzucają się odpowiedzialnością, eksperci wskazują na błędy już na etapie budowy, takie jak brak odwodnienia korony skarpy.
Mieszkańcy zrzeszeni w Akcji Ratunkowej dla Wzgórza Kaim od lat apelują o ochronę tego miejsca jako parku kulturowego lub użytku ekologicznego, widząc w nim ostatnią szansę na zachowanie terenów zielonych w obliczu postępującej betonozy. Mimo że sam pomnik wpisano do rejestru zabytków w 2018 roku, władze Wieliczki wykazują zastanawiający brak zainteresowania realną ochroną otoczenia, a nowy burmistrz Rafał Ślęczka, planując sprzedaż kolejnych działek na wzgórzu, idzie, jak się zdaje, po linii swojego poprzednika. To podejście jaskrawie kontrastuje z działaniami po krakowskiej stronie granicy, gdzie miasto sukcesywnie wykupuje działki w rejonie monumentu. Cały ten chaos ma swoją wymierną cenę, nie tylko estetyczną, ale i ekonomiczną. Według Polskiego Instytutu Ekonomicznego brak kontroli nad rozlewaniem się miast kosztuje Polskę rocznie ponad 84 miliardy złotych, wynikających z konieczności rozbudowy infrastruktury i negatywnego wpływu na środowisko [dane na rok 2021 — przyp. red.]. Wieliczka, dumnie prezentująca statystyki wzrostu, zapomina, że budowanie sypialni na osuwisku, historii i fliszu to strategia, za którą przyszłe pokolenia zapłacą najwyższy rachunek.
zdjęcia satelitarne granicy Wieliczki i Krakowa pokazujące intensywność zabudowy łanowej
fot.: Magdalena Milert
przecież próbujemy?
Równolegle podejmowane są próby reorganizacji transportu, co w przypadku sypialni Krakowa ma dość duże znaczenie dla redukcji emisji komunikacyjnej. Specjalnie używam tu słowa „próba”, bo projekt zakupu niskoemisyjnych autobusów i integracji infrastruktury ma stanowić alternatywę dla tysięcy prywatnych samochodów codziennie opuszczających Wieliczkę. Tylko że bez nadrzędnej strategii planistycznej, która powstrzymałaby chaos przestrzenny, nawet najnowocześniejsza flota transportowa pozostanie jedynie próbą nadgonienia rzeczywistości, w której nowe domy powstają szybciej i dalej, niż docierają linie autobusowe. Gmina wybiera więc drogę modernizacji technologicznej, pozostawiając kwestię strukturalnego opanowania rozlewania się miasta bez jasnej odpowiedzi. Zarządzanie po fakcie, reaktywne, nie inicjatywne.
Wieliczka stanowi wprawdzie kluczowy element Szybkiej Kolei Aglomeracyjnej — linia SKA1 łącząca Wieliczkę Rynek-Kopalnię z Krakowem i lotniskiem była fundamentem sukcesu frekwencyjnego całego systemu. Jednak dane wskazują na niepokojące zjawisko: mimo początkowego, gwałtownego wzrostu liczby pasażerów w regionie (z 7 do 13 mln do 2017 roku), jeszcze w okresie przedpandemicznym pojawił się widoczny trend spadkowy. Transport szynowy przestaje wystarczać w obliczu zabudowy powstającej coraz dalej od stacji kolejowych, nawet posiadających swój parking P+R. W sytuacji, gdy co druga jednostka mieszkalna w mieście jest relatywnie nowa, a większość nowych inwestycji lokowana jest na terenach dawniej rolniczych, brak nadrzędnej strategii planistycznej utrwala zależność od prywatnych samochodów. Mapy zmian liczby ludności w aglomeracji krakowskiej jasno pokazują, że Wieliczka znajduje się w samym centrum strefy najbardziej intensywnego wzrostu. Przy braku systemowego zarządzania przestrzenią staje się podręcznikowym przykładem wyzwań, przed jakimi stają współczesne „sypialnie” dużych miast, tu jednak dopalone jeszcze ruchem turystycznym.
Od kiedy pamiętam dojazd do mojego rodzinnego miasta był utrapieniem. Początkowo jeżdżenie starymi, niewydolnymi, kopcącymi busami, potem autobusami nowszej floty, ale wiecznie przepełnionymi, ostatecznie kolej, która jest najbardziej przyjazna, ale ma najmniej dostosowaną linię przystankową. Oczywiście z biegiem lat widzę, jak miasto się zmienia, rozwija, osiąga kolejne sukcesy. Szkoda tylko, że nierównomiernie, pod dyktando napływu euro, a nie bilansu środowiskowego czy wizji starzenia się mieszkańców w rozlanej zabudowie.
jeden z przystanków na przedmieściach
fot.: Magdalena Milert
Marzeniem moich rodziców było mieszkanie w domu, który nie będzie ciasny, jak mieszkanie, które musieli dzielić ze swoimi teściami. Moim marzeniem było nie popełnić błędu wiary w domek pod miastem. Chciałam uciec, wyrwać się ze scenariusza wiecznego dojazdu, kolejnych godzin pochłanianych przez czekanie na kolejny środek transportu. Katarzyna Kajdanek określiła takie osoby jak ja „powrotnikami”. To wszyscy ci, którzy wrócili do miasta, bo mieli dość korków, przesiadek, wykluczenia społecznego, kulturowego i usługowego. Całe szczęście, jest nas więcej.
Nie mam pojęcia, ile osób z Wieliczki uciekło, ile uciekać będzie w przyszłości. Wiem jednak, że wszelkie przesłanki wskazują na to, że problemem będzie mieszkanie w domku pod miastem w starszym wieku tych wszystkich osób skuszonych tańszym metrem kwadratowym. Wiem też, że nie zmieni się to bez strategicznych działań w kwestii mieszkaniowej (na gminnym i centralnym poziomie). Gmina będzie się o tym przekonywać coraz dotkliwiej, tracąc przy tym także cenne tereny środowiskowe, które będzie przykrywać coraz grubsza warstwa smogu.
Wieliczka ma ładne miejsca, gdzie można pójść na spacer. Coraz ładniej wygląda samo centrum miasta. Gdybym dalej miała w sobie wstyd z lat minionych, na pewno nie byłby już tak wielki. Dziś tej emocji już nie mam, przynajmniej w tej kwestii. Migrowała u mnie w stronę trwogi o jakość mieszkania tu za dziesięć i dwadzieścia lat.
Magdalena Milert
więcej: A&B 6/2026 – Małe i średnie miasta / Stawki architektów,
pobierz bezpłatne e-wydania A&B







































