Kliknij i zobacz jak w prosty sposób opublikować swój projekt w A&B
Zostań użytkownikiem portalu A&B i odbierz prezenty!
Zarejestruj się w portalu A&B i odbierz prezenty
maximize

Dla kogo jest miasto?

Przemysław Ciępka
17 września '25

Współczesne miasta, wraz z ich placami, ulicami i innymi przestrzeniami publicznymi sprawiają wrażenie miejsc ogólnodostępnych, a nawet demokratycznych — w końcu dzielnic nie przecinają mury, a każdemu i każdej z nas przysługuje konstytucyjna swoboda poruszania się. W rzeczywistości jednak zarówno wielkie metropolie, jak i małe miasteczka pełne są barier, które dla wielu osób — a nawet całych grup — mogą okazać się nie do pokonania. O różnych wymiarach wykluczenia, wrażliwym projektowaniu oraz o sile zmiany z Magdaleną Milert, autorką książki „Dla kogo jest miasto? Jak stworzyć przestrzeń, która o nas dba” rozmawia Przemek Ciępka.

Magdalena Milert

 
Magdalena MILERT— architektka i urbanistka, absolwentka Politechniki Śląskiej. W mediach społecznościowych działa jako @pieing. Od lat przygląda się polskim miastom z bliska, analizując, co w nich działa, a co wymaga naprawy. Opowiada o gospodarce przestrzennej, architekturze i psychologii przestrzeni, udowadniając, że to, jak wyglądają nasze ulice, skwery i osiedla, ma realny wpływ na nasze codzienne życie. Jest propagatorką dobrego miejskiego UX – przestrzeni dostępnej, funkcjonalnej i wrażliwej na potrzeby wszystkich użytkowników. W swoich działaniach podkreśla, że miasto powinno być tworzone porządnie, odpowiedzialnie i z myślą o zmianach klimatycznych. Jest członkinią krakowskiej Miejskiej Komisji Urbanistyczno-Architektonicznej. Za swoją działalność została wyróżniona na liście Kobiet Forbes Women 2021.

„Dla kogo jest miasto? Jak stworzyć przestrzeń, która o nas dba”, książka Magdaleny Milert

„Dla kogo jest miasto? Jak stworzyć przestrzeń, która o nas dba”, książka Magdaleny Milert

© Wydawnictwo Poznańskie

 
Przemek Ciępka
: Zacznę naszą rozmowę, nawiązując do tytułu twojej książki — dla kogo właściwie projektowane są dzisiejsze miasta?

Magdalena Milert: Miasta, w jakich żyjemy, są przede wszystkim dla tych, którzy są silni, zdrowi, a do tego mają pieniądze, czyli dla grup w pewien sposób uprzywilejowanych. Ten status jest reprodukowany od wieków, przez co wiele osób czuje się wykluczonych z takiego miasta. Oczywiście coraz częściej słyszymy o udogodnieniach na rzecz poprawy dostępności, ale wciąż koncentrujemy się na ikonicznych przykładach, jak osoba na wózku inwalidzkim. Słyszymy też coraz więcej o starzejącym się społeczeństwie, co doprowadziło do powstania tak zwanej silver economy, czyli ekonomii ukierunkowanej na osoby starsze. W rzeczywistości chodzi jednak o to, żeby miasto było dostępne dla wszystkich trochę mniej sprawnych, czyli na przykład także wtedy, kiedy masz okres, źle się czujesz, a musisz iść do sklepu lub coś załatwić.

 
Przemek Ciępka: Z czego wynika ten stan rzeczy?

Magdalena Milert: To efekt reprodukowania pewnych standardów, które przez wieki nie były w żaden sposób kwestionowane. Domyślnym użytkownikiem miasta był biały mężczyzna, poruszający się w linii dom–praca–dom, bez konieczności załatwiania innych rzeczy. Takie osoby były jednocześnie tymi, które sprawowały władzę, w związku z czym ten status był powielany. Kiedy jednak prześwietlimy to, w jaki sposób funkcjonują inne grupy społeczne, to okaże się, że korzystają z miast na wiele różnych sposobów, często próbując się jakoś odnaleźć w tym obecnym standardzie.

 
Przemek Ciępka: Wspomniałaś o prześwietlaniu potrzeb i sztandarowych przykładach wykluczenia. Jakie są te mniej oczywiste, które trudniej dostrzec?

Magdalena Milert: Wykluczenie często jest codziennością, na którą jesteśmy zobojętnieni. Żeby zauważyć, jak przestrzeń jest niedostępna, można zastosować coś, co nazywam testem walizki. Chodzi o to, by idąc z walizką, zwrócić uwagę, ile razy musimy ją podnieść i przenieść, na ile powierzchnia, po której ją ciągniemy, jest do tego przystosowana. W ten sposób najłatwiej zmapować podstawowe bariery architektoniczne. Już wychodząc z domu, często napotykamy na różnego rodzaju schody i schodki. Nawet trzy stopnie przed wejściem do windy czy do klatki są barierami, z którymi muszą sobie radzić osoby z ograniczoną mobilnością. To zarówno osoby na wózkach, jak i rodzice z dzieckiem czy osoby poruszające się o kulach. Do tego wystarczy założyć słuchawki czy doświadczyć zaparowanych okularów, żeby zauważyć, jak wiele przeszkód podczas poruszania się po mieście muszą pokonać osoby z dysfunkcją słuchu lub wzroku — szybko dostrzeżemy, że większość tekstów stanie się dla nas nieczytelna, a komunikaty dźwiękowe trudne do rozpoznania.

Oczywiście wielką przeszkodą jest też temperatura w mieście. Brak cienia wynikający z braku zieleni również może wykluczać, bo wielkie, przegrzewające się place są ogromnym wyzwaniem dla bardzo dużej grupy osób. Właściwie tylko ludzie młodzi, zdrowi i silni są w stanie funkcjonować w takim środowisku. Dzieci, osoby starsze, w ciąży albo zażywające leki będą miały bardzo sporo problemów z poruszaniem się w takiej przestrzeni.

„Dla kogo jest miasto? Jak stworzyć przestrzeń, która o nas dba”, książka Magdaleny Milert

„Dla kogo jest miasto? Jak stworzyć przestrzeń, która o nas dba”, książka Magdaleny Milert

© Wydawnictwo Poznańskie

 
Przemek Ciępka: Co w sytuacji, gdy pojawiają się sprzeczne potrzeby różnych grup, na przykład w kwestii oświetlenia?

Magdalena Milert: Rzeczywiście, oświetlenie jest kwestią dość problematyczną, w końcu trudno o zachowanie na przykład poczucia bezpieczeństwa kojarzonego z rozświetloną ulicą a ograniczaniem zanieczyszczania świetlnego, problematycznego w miastach. Wychodzę jednak z założenia, że tak naprawdę sprowadza się to do sztuki kompromisu. Miasto jest na tyle dużym obszarem, że jesteśmy w stanie zagospodarować przestrzenie odpowiadające na potrzeby różnych grup, tworzyć strefy buforowe czy rozwiązania adaptowalne, sterowalne. Dla przykładu: wiemy, że białe światło negatywnie wpływa na organizmy zarówno nasze, jak i nieludzkich mieszkańców. Rozwiązania LED pozwalają na sterowanie barwą, a technologia jest już w stanie rozjaśniać się lub przyciemniać w zależności od tego, czy ktoś korzysta z danej trasy. Często problemem jest nie tyle oświetlenie ulicy, ile intensywne, migoczące reklamy i bannery, w wielu miastach nieuregulowane uchwałą krajobrazową.

Podobnie do oświetlenia działa hałas, często mocno wpływający na nasze poczucie zmęczenia w mieście. Bardzo szeroka ulica pozwala na wydzielenie i odseparowanie miejsca dla tych grup, które są bardziej wrażliwe na hałas. To przykłady mniej nagłaśniane, jednak zdecydowanie najwięcej konfliktów powodują samochody, ograniczanie wjazdu czy polityka parkingowa. Ale i tu zmiany się dzieją. Kiedy popatrzymy na stare zdjęcia Krakowa, zobaczymy, że dawniej po samym Rynku jeździły samochody, był parking! Przez lata wprowadzano tam jednak kolejne ograniczenia i dzisiaj trudno sobie wyobrazić, żeby znowu przywrócić taki porządek.

Mamy 2025 rok, mówimy o coraz większych inwestycjach, innowacjach, Jeff Bezos zabiera turystów na wycieczki w kosmos. Myślę, że jako społeczeństwo jesteśmy gotowi na wprowadzanie chodników bez barier architektonicznych czy mniej agresywnego oświetlenia w miastach, po to, żeby zapewnić dostępność dla różnych grup, również w zakresie potrzeb, które pozornie wzajemnie się wykluczają. Na przykład ścieżki dotykowe, uwagi dla osób poruszających się dzięki białej lasce z dostępnością dla wózków z dziećmi. Pytanie, czy rzeczywiście płytka chodnikowa z rowkami jest wykluczająca, czy może jednak nierówny chodnik albo kocie łby, bruk, ciągnący się kilometrami? Mamy narzędzia, które godzą grupy potrzeb i to nie są środki wielkobudżetowe, to nie jest lot w kosmos. Powinnyśmy się skupić na bardziej istotnych problemach i na tym, że niektóre rozwiązania powinny już dawno odejść do lamusa.

„Dla kogo jest miasto? Jak stworzyć przestrzeń, która o nas dba”, książka Magdaleny Milert

„Dla kogo jest miasto? Jak stworzyć przestrzeń, która o nas dba”, książka Magdaleny Milert

© Wydawnictwo Poznańskie

 
Przemek Ciępka: Mam też wrażenie, że dużą rolę odgrywa tu czynnik ludzki. Zaszokowały mnie opowieści o lampach mających zapobiegać gromadzeniu się młodzieży poprzez podkreślanie niedoskonałości na ich twarzach.

Magdalena Milert: Takie rozwiązania nie sprawiają, że młodzież, osoby w kryzysie bezdomności czy jakiekolwiek inne grupy nieodpowiadające wizji miejsca znikają, one po prostu przenoszą się gdzie indziej. Nie jest to problem stricte architektoniczny, którego uczą na wydziale, to raczej problem dotyczący sposobów zarządzania miastem. Wydaje mi się jednak, że jako projektanci nie mówimy wystarczająco o połączeniu tych aspektów, tworzeniu miejsc dla różnych grup ludzi, w tym przypadku dla młodzieży. To też wina edukacji, architektów nie uczy się projektowania dla grup o różnych potrzebach. Projektuje się z wymogiem, aby obiekt był dostępny dla osób z niepełnosprawnością, ale często sprowadza się to do wrysowania koła o średnicy 150 centymetrów na rzucie łazienki. Kiedy na drugim czy trzecim roku studiów architektonicznych pojawia się temat plomby urbanistycznej, którą najczęściej lokuje się w obrębie historycznego centrum miasta, to nikt nie mówi o tym, że w tym miejscu pewnie będą pojawiać się osoby w kryzysie bezdomności i że należałoby wziąć pod uwagę naciski inwestora, by na parapecie pojawiły się kolce uniemożliwiające przysiadywanie. A potem pojawiają się zjawiska, takie jak hostile architecture, w których wrogość wymierzona jest w konkretne osoby.

Mentorując grupy warsztatowe czy oceniając konkursy, często pytam uczestników o dostępność dla różnych grup: o to, jak w danej przestrzeni będzie zachowywać się jedenasto- czy piętnastolatek albo sześćdziesięciopięcioletnia kobieta, która przyjeżdża, by opiekować się dzieckiem. Dla wielu osób te pytania to szok wynikający z tego, jak bardzo projektowanie dla sprawnych, poruszających się o własnych siłach osób jest wpisane w nasz architektoniczny kanon. Oczywiście później przekłada się to na to, jakie przestrzenie produkowane są na przykład na osiedlach. To, że na wizualizacji osiedla umieścimy plac zabaw albo uśmiechnięte dziecko biegnące z balonem, nie znaczy, że ta przestrzeń rzeczywiście będzie dostępna dla tych osób.

 
Przemek Ciępka: W jednym z rozdziałów używasz określenia „projektowanie wrażliwe”. Jak możemy je rozumieć?

Magdalena Milert: Projektowanie wrażliwe dla mnie jest podejściem uwzględniającym potrzeby osób wrażliwych społecznie, tych najbardziej narażonych na wykluczenie i zderzenie z barierami. To projektowanie empatyczne, czyli z podejściem do drugiej osoby, która ma wiele różnorodnych potrzeb, najczęściej nieusłyszanych. Sam fakt rozmowy na temat tego, że potrzeby bywają bardzo różne, rzuca światło na to, że pewne rozwiązania nie zawsze są domyślnie dobre, że powinniśmy się zastanowić nad pewnymi elementami, które wykluczają, a mają status quo, bo „zawsze tak robiliśmy i jakoś to było, nikt nie narzekał”.

Projektowanie wrażliwe jest też zbliżeniem się do podejścia stosowanego w informatyce, charakteryzującego się założeniem, że to użytkownik zawsze ma rację. W projektowaniu sprzętu czy aplikacji istotne jest przebadanie użytkownika, sprawdzenie, w jaki sposób porusza się po aplikacji czy korzysta z danego urządzenia. Jeśli okaże się, że jakieś rozwiązanie się nie sprawdza, to należy je zmienić i dostosować do potrzeb użytkownika. W projektowaniu architektonicznym tego nie spotykamy, wydaje mi się, że to brakujący element w tej praktyce. Oczywiście w przypadku ekskluzywnych domów jednorodzinnych przeprowadza się głęboki wywiad, są rozmowy o projekcie i o potrzebach klientów. Ale znów, to projektowanie dla bogatych, a kiedy chodzi o przestrzenie publiczne, najczęściej sprowadza się to do konsultacji społecznych (których przeprowadzenie jest obowiązkiem prawnym), prowadzonych z przymusu, a których wyniki i tak najczęściej trafiają do kosza. Brakuje nam projektowania zorientowanego na użytkowników i użytkowniczki, słuchającego ich potrzeb.

„Dla kogo jest miasto? Jak stworzyć przestrzeń, która o nas dba”, książka Magdaleny Milert

„Dla kogo jest miasto? Jak stworzyć przestrzeń, która o nas dba”, książka Magdaleny Milert

© Wydawnictwo Poznańskie

 
Przemek Ciępka: Wspominasz także o konieczności kompromisu między mieszkalnictwem komercyjnym a społecznym. Jak go sobie wyobrażasz?

Magdalena Milert: Chciałabym, żeby mieszkania przestały być przedmiotami inwestycji i spekulacji w takim stopniu, w jakim są obecnie. Prawo nie pozwala na monopol w zakresie sprzedaży benzyny, produkcji herbaty czy spodni. W przypadku mieszkalnictwa tak naprawdę tylko deweloperzy produkują mieszkania. Potrzebujemy wyrównania sił w postaci produkcji mieszkań przez samorządy oraz dzięki rządowym programom, potrzebujemy doinwestowania Społecznych Agencji Najmu. To działania, które mogą pomóc w zlikwidowaniu deweloperskiego monopolu, przebiciu bańki, z którą mamy do czynienia, i przywróceniu równowagi na rynku. Oczywiście optuję za całym wachlarzem rozwiązań, nie możemy się ograniczać na przykład do dopłat do kredytów, bo wszyscy wiemy, że kończy się to dalszym wzrostem cen mieszkań. Dopłaty sprawdzają się, ale tylko w połączeniu z dodatkowymi narzędziami rynkowymi, takimi jak podatek od pustostanów lub od krotności mieszkania, albo łącznie z regulacjami dotyczącymi powstawania apartamentów na wynajem. W książce staram się tylko nakreślić tę problematykę, bo uważam, że jest bardzo ważnym czynnikiem przyczyniającym się do wielu zjawisk miejskich, istnieją opracowania w całości poświęcone temu zagadnieniu, na przykład „System do mieszkania” Agaty Twardoch, czy „Poza własnością” Joanny Erbel, opisują one konkretne rozwiązania. Pewnie trzeba zacząć od tego, że nasi politycy mają po kilkanaście mieszkań i nie palą się do wprowadzania przepisów, które miałyby to regulować.

 
Przemek Ciępka: Pisząc o różnych formach mieszkalnictwa, wspominasz też o anarchitekturze. Zastanawiam się, jak podchodzisz do tego z pozycji członkini Miejskiej Komisji Urbanistyczno-Architektonicznej. Czy jest to zjawisko, które może powodować zaburzenie ładu urbanistycznego, który jest nam przecież tak bardzo potrzebny?

Magdalena Milert: Anarchitektura generuje tak wiele społecznych korzyści, że powinniśmy wybaczyć pewną frywolność, na przykład w zakresie formy elewacji. W naszej przestrzeni publicznej jest tyle chaosu, tak wiele nieuregulowanych elementów, że nie wydaje mi się, aby zajęcie pustostanu drastycznie wpływało na obraz miasta. Jest wiele innych przykładów odstępstw od planowania przestrzennego, obchodzenie prawa przez inwestorów, wyroki sądów, które unieważniają plany miejscowe, decyzje wojewody blokujące uchwały krajobrazowe albo inne przepisy. Inwestorzy mogą bardzo wiele, są bardzo kreatywni w obchodzeniu prawa, w tej walce bywają często ponad samorządami. Gminy czasem boją się starać o jakiekolwiek zmiany w obawie przed pozwem. Za to wzięcie pod uwagę anarchitektury jako zjawiska mogącego zmieniać przestrzeń miasta, tworzyć społeczność i budować kapitał społeczny jest rozumowaniem, które w ogóle się u nas nie pojawia. Myślę, że powinniśmy odpuścić nieco w restrykcjach wobec społeczności.

„Dla kogo jest miasto? Jak stworzyć przestrzeń, która o nas dba”, książka Magdaleny Milert

„Dla kogo jest miasto? Jak stworzyć przestrzeń, która o nas dba”, książka Magdaleny Milert

© Wydawnictwo Poznańskie

 
Przemek Ciępka: A co z naturą? Czy są obszary, w których również powinniśmy „odpuścić”?

Magdalena Milert: Zdecydowanie. Bardzo dużo dzieje się w kwestii zielonego ładu i przepisów, które coraz bardziej regulują kwestie zieleni, bo widzimy, że gotujemy się w naszych miastach. Było jednak bardzo dużo uczenia nas, architektów i architektek, że ta zieleń musi być zagospodarowana, bardzo określona, kontrolowana, dopuszczana do wyznaczonych miejsc w zaplanowany sposób. To zachowane barokowe podejście do zieleni, kontrolujące nawet wysokość trawnika. Są też i tacy, którzy dążą do sztucznego i nadmiernego przenikania się architektury z naturą, na przykład poprzez stosowanie ogromnych przeszkleń. Uważam, że to wyraz braku zrozumienia, jak działa środowisko i jakie niesie to zagrożenie na przykład dla ptaków. To demiurgiczna wola projektanta i jego wizja, a dla całej nieludzkiej społeczności ekosystemu to coś, co nigdy nie powinno się wydarzyć. W tej wizji dopuszcza się bowiem tylko jedną, pożądaną wersję natury — wyidealizowaną, sterylną i podporządkowaną, jak zadbany trawnik czy widok lasu za szybą. Koncentruje się ona na estetyce i wrażeniu bliskości z przyrodą, ale jest to bliskość pozorna i bardzo wybiórcza. Wielkie przeszklenia to przecież upał, który trzeba kontrolować klimatyzacją, a prawdziwy kontakt z naturą w domu oznaczałby również obecność mrówek, które chętnie znalazłyby drogę do kuchni. To także możliwość pojawienia się ula w ścianie czy na strychu, rybików w łazience albo grzybów czy pleśni — a więc form życia, których zwyczajowo nie chcemy w naszym domowym środowisku. Można tu przywołać przykład Pawilonu Polskiego na tegorocznym Biennale Architektury w Wenecji: jednym z elementów ekspozycji był tam próg, symbol wyznaczenia granicy między tym, co jest domem, a zewnętrzem, bezpieczną granicą dla mieszkańców chaty. Potrzebują go jednak również inni użytkownicy, aby otrzymać informację, że właśnie tutaj zaczyna się przestrzeń człowieka, a przed nią jest łąka, trawa czy miejsca, w których żyją mrówki, latają ptaki i sikają pieski. Powinniśmy projektować w trosce o nieludzkich użytkowników. To coś, co nie pojawia się w dyskursie projektowym, zwłaszcza tym spod znaku stararchitektury.

W drodze na tę rozmowę przypomniały mi się wczesne wizualizacje krakowskiego szkieletora, który miał powstać w formie szklanego wieżowca, z uwidocznioną wewnętrzną strukturą. Kiedyś bardzo mi się podobała ta idea, a dzisiaj myślę, jak dobrze, że to w tej formie nie powstało! Ten budynek zabiłby mnóstwo ptaków. Na szczęście, dzięki naciskom ze strony organizacji zajmujących się ochroną przyrody coraz częściej rozmawia się o tego rodzaju problemach, na krakowskich (i nie tylko) przystankach zaczęły się pojawiać naklejki chroniące ptaki. Powinniśmy odpuszczać kontrolę, o której wspomniałeś, ale też projektować z troską, której według mnie w ogóle nie ma. Pierwotnie tytuł mojej książki brzmiał „Miasto pełne wrażliwości”. I mimo że ostatecznie wybraliśmy z wydawnictwem inny tytuł, to ten dobrze opisuje to, co zawarłam w książce. Chodzi o to, żebyśmy jako architekci schowali ego do kieszeni i pomyśleli, kogo dopuszczamy do projektowanych przez nas przestrzeni i jak osoby mniej sprawne lub mniej człowiecze będą się w niej poruszać.

 
Przemek Ciępka: Czy osoby, które nie zajmują się projektowaniem, mogą w jakiś sposób wpływać na to, w jakim stopniu nasze miasta są dostępne?

Magdalena Milert: Zachęcam do zgłaszania różnych przejawów niedziałania miasta, chodzenia na spotkania i udzielania się na nich. Niestety z demokracją nie jest u nas najlepiej. Istnieje coś takiego jak drabina partycypacyjna, która opisuje, jakie miejsce jako społeczeństwo zajmujemy względem władzy. Jeśli władza ogranicza nasz udział w rządzeniu do informowania nas o pewnych działaniach, to jest to sytuacja, w której znajdujemy się na najniższym szczeblu tej drabiny. Jeśli jako społeczeństwo jesteśmy osobami, z którymi miasto chce podejmować dyskusje i traktuje nas jako równych partnerów, znajdujemy się na jej wyższych szczeblach. Możemy więc zapytać siebie, gdzie jesteśmy w tej całej układance. Mimo że to władza podejmuje decyzje dotyczące pozwoleń na budowę, remontów czy rewitalizacji, to jest ona wybierana przez nas i to ona ma spełniać nasze oczekiwania, a nie na odwrót. Na końcu książki podaję listę miejsc, do których można się zgłaszać z rozmaitymi sprawami, i sposób ich działania.

 
Przemek Ciępka: Czytając twoją książkę, zwróciłem uwagę na to, jak łączysz różne zestawy danych. Z jednej strony korzystasz z danych twardych, statystycznych, pochodzących z raportów i opracowań, a z drugiej — z osobistych świadectw osób, które obserwują cię na Instagramie. Dlaczego decydujesz się na tak różnorodne źródła i co daje ci to podejście? Jak je z sobą łączysz?

Magdalena Milert: Oprócz architektury studiowałam również zarządzanie zmianą społeczną, gdzie jednym z przedmiotów była statystyka. Dane można pozyskiwać w sposób ilościowy, kreując na ich podstawie twarde, liczbowe wnioski i zestawienia. Można je też pozyskiwać w sposób jakościowy, na przykład poprzez wywiady z uczestnikami różnych procesów. Istotnym elementem mojej pracy jest słuchanie głosu społeczności, bo nie uważam, że zawsze mam rację. Kiedy prezentuję temat, w którym jest bardzo dużo niuansów, odcieni szarości, to ważne jest dla mnie, aby usłyszeć różne opinie, nawet jeżeli nie są z sobą zgodne. Wypowiedzi, które cytuję w swoich tekstach, książkach czy postach, są zazwyczaj najdobitniejszymi głosami, ale nigdy nie są one osamotnione. Wybieram wiadomość będącą najwyraźniejszym przekazem informacji, która pojawiła się w wielu innych wypowiedziach. Zależy mi, żeby pisać przystępnie, a przystępność to dla mnie nie uproszczenie, tylko zaciekawienie. Nasz mózg jest tak skonstruowany, że naturalnie reaguje na opowieści, a nie na nagie zestawienia danych. Dlatego staram się umieszczać dane w kontekście realnego życia: codziennych doświadczeń, emocji, sytuacji, które znamy. Wydaje mi się, że nadaje to ludzki aspekt mojej pracy, łatwiej jest się też utożsamić z rzeczami, o których piszę, albo zrozumieć drugą stronę. Zdaję sobie sprawę, że obraz, jaki prezentuję, może być w pewien sposób zaburzony, ponieważ docieram do konkretnych grup osób, z którymi od lat mam swego rodzaju relację, związaną z produkowanymi przeze mnie treściami. Z drugiej strony mój profil jest platformą pozwalającą wyrazić swój głos, który nie zawsze wpisuje się w ten dominujący, patriarchalny dyskurs.

 
Przemek Ciępka: Czy pisząc „Dla kogo jest miasto?”, wyobrażałaś sobie konkretne osoby, do których ją kierujesz? Co chciałabyś, żeby wyniosły z tej lektury?

Magdalena Milert: Kiedy piszę, zawsze wyobrażam sobie moich obserwatorów, a właściwie obserwatorki, to w większości kobiety koło trzydziestki, w ten sposób łatwiej jest formułować myśli. To do nich głównie kieruję swoją książkę, ale przecież nie tylko! To książka dla wszystkich, którzy codziennie frustrują się, zmagając z barierami, przeszkodami. Przy okazji bardzo dziękuję Wydawnictwu Poznańskiemu, które zadbało o to, żeby książka miała właśnie taki kształt, jaki ma, żeby była przystępna i lekka, nie tylko dla ekspertów. Zależało nam, żeby dało się ją czytać do poduszki. Moim odbiorczyniom chciałabym przypomnieć, że mają siłę zmiany, że w frustracji i niezadowoleniu nie są same. Jeżeli szukają wsparcia, to na pewno jest wokół nich mnóstwo miejsc, w których to wsparcie mogą znaleźć — stowarzyszeń, fundacji, a nawet sąsiadek, które myślą w podobny sposób. Trzeba zacząć głośniej mówić o tym, że są w miastach jeszcze inne potrzeby niż podróżowanie w prostej linii między pracą a domem.

Przemek Ciępka: Dziękuję za rozmowę!

 
rozmawiał: Przemysław Ciępka

więcej: A&B 7-8/2025 – DOMY: inwestor + architekt,
pobierz bezpłatne e-wydania A&B 

Głos został już oddany

okno zamknie się za 5

Robert Konieczny „Architektura to moja pasja totalna — szczerze o pieniądzach i zajeżdżaniu się”
Standardowy moduł szklany Velux do dachu płaskiego - Nowoczesne przeszklenia dachów płaskich dostępne dla większej liczby projektów
Powierzchnie odbijające promieniowanie IR
Prawdziwie matowa rynna kwadratowa
INSPIRACJE