Bezpieczna przestrzeń nie zaczyna się od symbolu ani od „dobrego projektu”. Zaczyna się tam, gdzie ktoś bierze odpowiedzialność za zasady i ich egzekwowanie. Rozmowa o queerowych miejscach i instytucjach kultury pokazuje, że architektura może chronić, ale może też eskalować ryzyko — a widoczność, tak chętnie fetyszyzowana w mieście, bywa równie problematyczna jak jej brak. To pierwsze spotkanie i rozmowa w ramach projektu Mile widzianx — queerowanie miasta.
Kacper Kępiński: Przyjrzyjmy się safe space'om z dwóch perspektyw: oddolnej, społecznościowej — gdzie miejsca buduje społeczność dla społeczności — oraz instytucjonalnej, gdzie miejska instytucja kultury staje się przestrzenią, która w niełatwych warunkach potrafi zaoferować nie tylko program, ale też realne miejsce do wyrażania siebie. Na początek pytanie do Mateusza: czy w polskich miastach łatwo jest osobom LGBTQ+ odnaleźć bezpieczną przestrzeń? I kiedy taka przestrzeń zaczyna być rzeczywiście safe?
Mateusz Sulwiński (Grupa Stonewall): To zależy — przede wszystkim od tego, w jakim mieście jesteśmy. Są takie miasta, gdzie wciąż wyzwaniem jest znalezienie miejsca, które w ogóle zgodziłoby się zorganizować after po Marszu Równości. Są też takie miasta, w których funkcjonują queerowe miejsca — nie tylko „friendly”, ale queerowe w pełnym sensie: prowadzone przez queerowe osoby dla queerowych osób — i wręcz można wybierać, gdzie się idzie. A jeśli chodzi o samo pojęcie safe space, ja wolę mówić „bezpieczniejsza przestrzeń”, bo moim zdaniem nigdy nie jesteśmy w stanie zagwarantować w stu procentach, że nic złego się nie wydarzy i nikomu. To byłaby obietnica nie do spełnienia.
ILGA-Europe”s Rainbow Map 2025
© ILGA
Dla mnie to jest miejsce, w którym osoby ze społeczności mogą czuć się dobrze i bezpiecznie. To jest miejsce, w którym można spuścić trochę napięcia, które nosimy w sobie na co dzień. Miejsce, w którym możemy złapać partnera albo partnerkę za rękę i się tego nie bać. Miejsce, w którym możemy być sobą — używać swoich zaimków, swojego imienia — bez obawy o konsekwencje i o to, jak zostanie to przyjęte. I wreszcie: to miejsce, w którym wiemy, że jeśli wydarzy się coś złego, to mamy wiedzę, do kogo się zwrócić, żeby ta osoba zareagowała — i mamy pewność, że zareaguje. Czyli to jest przestrzeń, w której funkcjonują zasady i są egzekwowane.
Kacper Kępiński: A jak wy — jako instytucja kultury — definiujecie bezpieczeństwo swoich użytkowników i użytkowniczek, ale też osób twórczych: artystek, artystów, projektantek i projektantów, którzy współtworzą wystawy i obiekty? Często to są osoby, które jednocześnie należą do mniejszości. Jak rozumiecie bezpieczeństwo w instytucji kultury właśnie w takim kontekście?
Dominika Janicka (Instytut Dizajnu w Kielcach, Fair Building Studio): Odpowiem z perspektywy naszej instytucji. Dla naszego zespołu bezpieczeństwem jest też to, żeby przyciągnąć jak największą liczbę lokalnych użytkowników i użytkowniczek — żeby ludzie chcieli tu przychodzić. W Polsce jesteśmy w miarę rozpoznawalni, ale lokalnie wyzwaniem bywa nawet sama nazwa: „Instytut” kojarzy się z uczelnią, „design” dopiero z czasem stał się bardziej oswojony. Mamy też nietypową typologię — nie jesteśmy muzeum ani teatrem — więc dla części osób nie jest to od razu zrozumiałe. I to sprawia, że część odbiorców nie czuje się tu „z definicji” komfortowo. Dlatego bezpieczeństwo rozumiemy także jako komfort: komfort przebywania w instytucji i komfort odbioru naszych działań.
Flaga „Queerce” promująca kielecki marsz równości w Krakowie
fot.: Silar | Wikimedia Commons © CC BY-SA 4.0
Bardzo ważny jest język, którym się komunikujemy. Staramy się pilnować form i uważności, ale też mówić o tym, co robimy, możliwie przystępnie i prosto. Chodzi o to, żeby nie budować dystansu ani bariery — żeby ktoś czuł się bezpiecznie również w tym sensie, że rozumie, o czym mówimy, i że nie boi się zapytać. Żebyśmy byli instytucją otwartą. Widzę, że to działa, bo mamy wiele pytań o program, wspieramy różne inicjatywy. To są małe, ale realne gesty otwartości i budowania poczucia bezpieczeństwa.
dlaczego symbol nie wystarcza
Kacper Kępiński: Z obu waszych wypowiedzi wynika coś, co pojawia się też w badaniach Lucjana Rostkowskiego: że safe space to często nie tyle „miejsce”, co proces i relacje pomiędzy użytkownikami, organizatorami, osobami odpowiedzialnymi. Co — waszym zdaniem — decyduje o trwałości takiej przestrzeni?
Mateusz Sulwiński: Zależy, ale ja wypowiadam się z perspektywy osób LGBTQ+. Jeśli poszerzamy definicję safe space na inne grupy, to wchodzimy w obszar, w którym nie czuję się ekspertem. Natomiast jeśli chodzi o bezpieczeństwo osób LGBTQ+, to moim zdaniem decyduje konsekwencja i stałość: że to nie są jednorazowe akcje, tylko długofalowe działanie. I też odporność na zmiany polityczne. Żeby nie było tak, że teraz mamy taki samorząd i jest okej, a za chwilę będziemy mieli inny i nagle się wycofujemy, bo boimy się konsekwencji — na przykład tego, że stracimy możliwość pozyskiwania grantów czy współpracy. W latach 2019–2021 obserwowaliśmy duży zryw sojuszniczy, bo w polityce działo się wtedy dużo złego i temat LGBT+ był bardzo obecny. To uruchomiło osoby sojusznicze: pojawiały się sygnały „jesteśmy przyjaźni, jesteśmy sojuszniczy, chodźcie do nas”. Z moich obserwacji wynika, że dziś jest tego mniej. I pytanie: dlaczego? Gdybym miał wskazać najistotniejszy czynnik, który wpływa na to, czy przestrzeń jest bezpieczna, to byłaby nim konsekwencja.
Kacper Kępiński: A jak to wygląda w instytucji, w której organizatorem jest zmieniający się samorząd?
Dominika Janicka: To temat długi. Jesteśmy finansowani publicznie — nasza jednostka działa dzięki dotacji z budżetu Miasta Kielce, a o wielu sprawach w praktyce decyduje Rada Miasta. I podczas różnych zmian politycznych odczuwaliśmy, że działania, które w naszym odczuciu są dobre i powinny być standardem instytucji kultury, potrafią zostać przechwycone jako narzędzie budowania kapitału politycznego. Widzimy, że polityka w dużej mierze opiera się dziś na szczuciu na mniejszości. U nas był okres szczucia na osoby uchodźcze, na osoby LGBTQ, potem na inne grupy. I my nigdy nie mieliśmy pewności, które wydarzenie zostanie „wyjęte” z kontekstu i użyte w walce politycznej — wyśmiane, przerobione na paliwo do zbierania punktów.
Dlatego bardzo ważne jest, jak instytucja komunikuje swoje działania. Czasem — gdy byłam dyrektorką — chciałam coś komunikować odważniej, wprost, ale jednocześnie mam świadomość, że trzeba ważyć słowa. Jeśli chcemy robić rzeczy, musimy poruszać się dyplomatycznie w środowisku politycznym, bo to może mieć realne konsekwencje dla instytucji. Mieliśmy sytuację, w której w Radzie Miasta odbyła się konferencja prasowa dotycząca likwidacji instytutu — po jednym z działań wspierających osoby marginalizowane. Trzeba umieć działać skutecznie i jednocześnie nawigować. To bywa wyczerpujące, ale jeśli chcemy działać konsekwentnie i długofalowo, musimy brać to pod uwagę.
Kacper Kępiński: W Kielcach nie ma wielu instytucji, które konsekwentnie zwiększałyby widoczność wątków queerowych i LGBTQ+ w programie. Jak budować taką widoczność w instytucji i jednocześnie nie zrażać osób, dla których to nie jest coś wrogiego, ale obcego — tak, żeby nie poczuli się wykluczeni z przestrzeni, która jako instytucja jest „dla wszystkich”?
Dominika Janicka: W tym widzę duży potencjał instytucji kultury. Możemy stworzyć bezpieczną przystań i bezpieczną przestrzeń, w której różne środowiska spotykają się z sobą. Bardzo często niechęć czy nienawiść wynika z tego, że ktoś nie zna żadnej osoby LGBTQ+ „na żywo”, nigdy nie rozmawiał z osobą LGBTQ+ albo na przykład z osobą uchodźczą — i wtedy łatwo przyjąć uproszczenia. My staramy się robić takie wydarzenia — czy to wystawy, czy warsztaty projektowe — z dużą dawką merytoryki, wyjaśnienia i kontekstu: dlaczego to jest ważne i dlaczego dbanie o potrzeby osób LGBTQ+ działa z korzyścią dla całego społeczeństwa. Kiedy osoby najbardziej narażone czują się bezpieczniej, to wszyscy w pewnym sensie funkcjonują lepiej. Instytucja kultury może w bezpiecznej, trochę „monitorowanej” przestrzeni otwierać ludzi na siebie. I moim zdaniem tak powinny działać instytucje kultury w miastach.
widoczność kontra ochrona
Kacper Kępiński: Chcę zahaczyć o kwestię widoczności. Czy ona zawsze działa na korzyść? Czy zawsze służy bezpieczeństwu, czy czasem może być zagrożeniem? Są przecież miejsca, których lokalizacja z zasady jest „ukryta”. Gdzie są granice widzialności i potrzeby obecności w przestrzeni publicznej, a gdzie zaczyna się ryzyko?
Mateusz Sulwiński: Moim zdaniem bezpieczeństwo jest nadrzędne wobec widoczności. Widoczność jest świetna, ale trzeba mierzyć siły na zamiary. Jeśli wiemy, że nie jesteśmy w stanie w danej przestrzeni wyegzekwować bezpieczeństwa, to pojawia się zasadne pytanie, na ile ta przestrzeń powinna być widoczna. Z drugiej strony widoczność jest ważna. Poznań jest miastem, w którym ta widoczność jest duża. Prowadzone przez nas Lokum Stonewall znajduje się w Zamku Cesarskim, w samym centrum miasta — z założenia jest bardzo widoczne. Odpukać, do tej pory nie mieliśmy przez to dużych problemów. Natomiast gdyby rzeczywistość poznańska wyglądała inaczej, pewnie trzeba byłoby to organizować w inny sposób.
Są państwa, w których społeczność LGBTQ+ jest bardzo żywa, ale poukrywana: trzeba wiedzieć, do kogo się odezwać, gdzie się spotykamy. To wynika z realiów społeczno-politycznych. Polska daje trochę więcej przestrzeni do odwagi. Nie wartościuję tego i nie mówię, że jeśli ktoś nie jest gotowy na pełną widoczność, to jest „tchórzliwy”. Absolutnie nie. Ale wydaje mi się, że jest przestrzeń, żeby eksperymentować z widocznością i wychodzić do miasta z podniesioną głową.
Kacper Kępiński: W Polsce nie wykształciła się „tęczowa dzielnica” — nie mamy dzielnicy kojarzonej jednoznacznie z queerowością, jak Marais w Paryżu czy podobne miejsca w innych metropoliach. Z drugiej strony Wiedeń też nie ma takiej dzielnicy. Czy rozproszenie jest okej, czy koncentracja to nadekspozycja — taki „wentyl bezpieczeństwa”, że tu możecie więcej, a gdzie indziej niekoniecznie?
Mateusz Sulwiński: To zależy od wielu czynników. I warto ulokować polską sytuację na osi czasu. W Poznaniu dziesięć lat temu, w 2015 roku, restauracja Wypas wywiesiła z okazji Pride'u tęczową flagę jako pierwszy lokal w mieście. To było zaledwie dziesięć lat temu. A dziś miasto Poznań jest oficjalnym współorganizatorem Pride'u. Dałbym nam jeszcze trochę czasu — może doczekamy się takiej dzielnicy. Czy to jest lepszy model niż rozproszone miejsca LGBTQ+? Nie wiem. Wydaje mi się, że to kształtuje się naturalnie. Przez rok albo półtora byliśmy bardzo blisko stworzenia czegoś, co można by nazwać „dzielnicą” w Poznaniu: pierwsze, małe Lokum Stonewall było na ulicy Półwiejskiej, sto metrów dalej było duże Lokum, obok działała księgarnia Stonewall. Nagle ten fragment Półwiejskiej był bardziej tęczowy niż cokolwiek innego — ale trwało to krótko, z powodów logistyczno-organizacyjnych. Mam poczucie, że Polska jest na starcie tej drogi do wykształcania się przestrzeni bardzo silnie kojarzonych jako queerowe, jak na przykład Soho w Londynie.
instytucja pod presją samorządu
Kacper Kępiński: W Kielcach ofiarami hejtu i agresji stały się też tęczowe ławeczki — z budżetu obywatelskiego, miejskie. W takim kontekście: kiedy symbole pojawiają się w przestrzeni publicznej z inicjatywy obywateli, są realizowane przez miasto, a potem niszczone —
czy widzisz rolę instytucji w mediowaniu? Tym bardziej że chodzi o przestrzeń publiczną, w której sami działacie.
Dominika Janicka: Widzę ogromny potencjał edukacyjny. Już mówiłam o roli edukacyjnej i o tym, na czym polega inkluzywne projektowanie. Natomiast w przypadku tej sytuacji z ławeczkami trzeba też zobaczyć, jak funkcjonują dziś media — w dużej mierze social media i klikalne nagłówki. Te ławki, regularnie niszczone, miały też taki efekt, że hejtu w kieleckich social mediach wobec osób LGBTQ+ było mnóstwo i on nie był kontrolowany. To nie było stricte nasze działanie — jesteśmy instytucją miejską, ale ławki były inną inwestycją — więc nie zrobiliśmy dedykowanego wydarzenia „o ławkach”. Mieliśmy natomiast szereg innych działań dotyczących projektowania inkluzywnego i przestrzeni inkluzywnej, więc to było raczej działanie ogólne, programowe.
Jednocześnie często zadawałam sobie pytanie, organizując różne wydarzenia czy projekty i widząc, co dzieje się potem w internecie. Nie tyle, że „instytucja obrywa” — do tego się przyzwyczailiśmy — tylko że realnie dostają osoby LGBTQ+, które to czytają, a nikt tego nie kontroluje. I nie widziałam, żeby urząd miasta wziął większą odpowiedzialność i komunikował to spokojniej: że to po prostu ławki dla mieszkańców i mieszkanek, dla osób sprawnych i niesprawnych, LGBT i hetero. Że to jest normalna rzecz. Coś błahego zostało użyte przez lokalnych polityków jako narzędzie w bardzo przykry sposób. I to jest dla mnie trudne: działania podejmowane w dobrej wierze, które realnie mogą działać, zostają wyrwane z kontekstu, zmultiplikowane i wykorzystane. Tak działa dziś polityka.
architektura jako pole konfliktu
Kacper Kępiński: Chcę teraz przejść do perspektywy architektki i narzędzi urbanistyki feministycznej. Jakimi narzędziami architektonicznymi dysponujemy, żeby kształtować takie przestrzenie? W badaniach Lucjana Rostkowskiego pojawiały się wątki stref buforowych, ukrytych wejść, stopniowania prywatności. Jak ty na to patrzysz?
Dominika Janicka: Odpowiem szerzej — o safe space'ach w ogóle, bo beneficjentów i beneficjentek takich rozwiązań jest bardzo wiele. Większość naszych przestrzeni, miast czy budynków przez lata była tworzona dla jednego „domyślnego” użytkownika — zazwyczaj sprawnego mężczyzny. Stąd w starszych budynkach brakuje udogodnień dla osób poruszających się na wózkach czy z wózkami dziecięcymi. Wciąż pokutują takie problemy jak krawężniki, brak wind czy dostosowanych pochylni. Ten „domyślny użytkownik” czuje się w mieście bezpieczniej — nie potrzebuje dobrego oświetlenia czy bardziej kameralnych przestrzeni publicznych. On z definicji czuje się dobrze wszędzie. A więc takich ogólnych, „twardych” działań w miastach można zrobić dużo.
Choćby temat oświetlenia: paradoksalnie w polskim prawie, które obowiązuje projektantki i projektantów, nie ma zbyt wielu norm dotyczących oświetlenia, wejść czy przestrzeni wokół budynków. Tego jest bardzo mało. I tu płynnie przejdę do nieszczęsnego tematu toalet. Jako BAL Architektek postulujemy odejście od podziału toalet ze względu na płeć, bo on jest przestarzały i nie gwarantuje bezpieczeństwa. A w świetle polskiego prawa budowlanego — w budynkach użyteczności publicznej — widać dużą dysproporcję: kobietom gwarantuje się mniej „miejsc” w toaletach. Dla tej samej liczby użytkowników po stronie mężczyzn jest więcej możliwości, po stronie kobiet mniej, mimo że kobiety częściej korzystają z toalety, często też z dziećmi. Zniesienie tego archaicznego podziału mogłoby wyrównać sytuację. Ale dla mnie ważna jest też otwartość głowy, empatia i uważność — i to, żeby projektowanie nie odbywało się według jednego modelu użytkownika.
queerowanie miejsca, nie projektowanie od zera
Kacper Kępiński: Czy w Lokum Stonewall — w którymkolwiek z miejsc — korzystaliście z usług architektów i architektek? Kto dokonywał aranżacji? Jak wyglądał proces?
Mateusz Sulwiński: Nie deprecjonuję roli architektury — bardziej śmieję się z naszego procesu twórczego. Nie było tam miejsca na taki namysł, który pozwalałby na skorzystanie z usług architekta czy architektki. Opowiem krótko kontekst. Grupa Stonewall w 2019 roku otworzyła klubokawiarnię Lokum Stonewall. Założenie było takie, że zysk z miejsca finansuje nasze działania — żeby oderwać się trochę od grantów i konkursów, które raz są, raz ich nie ma. Potem przyszła pandemia i okazało się, że te przychody też nie są gwarantowane, ale jakoś to przetrwaliśmy. To nie było tak, że mieliśmy na starcie dużo pieniędzy i postanowiliśmy „otwierać klub”. Weszliśmy we współpracę z przedsiębiorcą, Jakubem Wieleczyńskim, który był właścicielem kilku klubów w Poznaniu. Podpisaliśmy umowę o zarządzaniu: on był właścicielem i pracodawcą, odpowiadał za zatowarowanie i formalności, a my zarządzaliśmy miejscem. Dostawaliśmy jedną trzecią zysku, ale nie partycypowaliśmy w ewentualnej stracie.
Lokum Stonewall w Zamku Cesarskim w Poznaniu
© Grupa Stonewall
To był dla nas dobry układ, bo lokum mogło ruszyć i mogliśmy zarabiać pieniądze. Ta współpraca była od początku trudna i skończyła się burzliwie, ale w pewnym momencie zerwaliśmy ją. Mieliśmy już na tyle kapitału, że powiedzieliśmy: dobra, to jest czas, żeby przejść od A do Z na własną działalność. Pojawiła się osoba, która prowadziła klub w Zamku Cesarskim w Poznaniu, i powiedziała, że jemu nie wyszło, ale może my chcemy wejść. Zobaczyliśmy tę przestrzeń i okazało się, że jest idealnie skrojona pod nasze potrzeby: jedna duża sala, kuchnia, mała przestrzeń ze sceną. W zasadzie mogliśmy wejść i nie przejmować się niczym poważnym poza detalami. Zobaczyliśmy odstępne i otworzyliśmy swoje lokum w Zamku Cesarskim.
Dlatego rozbawiło mnie pytanie o architekturę: realia działania stowarzyszeń są takie, że kupujemy farbę, malujemy, co się da, zatrudniamy ludzi i mówimy: „dobra, jedziemy, mamy lokum”. To, że jest w takim miejscu, wyszło trochę przypadkiem — nie było to elementem strategii „queerowania Poznania”. Ale do pewnego stopnia nie ma przypadków: nikt nie protestował, a zamek stał się trochę naszym domem.
Lokum Stonewall
© Grupa Stonewall
Odbywają się tam prajdowe wydarzenia, co roku podświetlamy zamek na tęczowo. I w ogóle nie mieliśmy takiego namysłu, że to ma znaczenie symboliczne. Dopiero ktoś wysłał nam zdjęcie z wykładu na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu: porównanie zamku podświetlonego na tęczowo i zamku z czasów hitlerowskich — bo to był zamek, w którym Adolf Hitler miał swój gabinet. Nigdy go tam nie było, ale miał. I ten wykład był o tym, jak zmieniają się czasy i jak architektura zmienia się razem z nimi. My wtedy mieliśmy: „wow”. My to robiliśmy bez myślenia o symbolice.
Kacper Kępiński: Czy myślisz, że architektura i projektowanie mogłyby wam się przydać jako narzędzie, gdybyście mieli taką możliwość? Nie pytam o fundusze, tylko o przydatność.
Mateusz Sulwiński: To trudne pytanie. Nie chciałbym wyjść na osobę, która uważa, że to fanaberia — absolutnie nie. Tylko trudno mi odpowiedzieć, bo o „magii” decyduje coś innego. Padło tu na przykład hasło „ukryte wejścia”. Tylko dlaczego? Może być safe space z ukrytym wejściem, a może być safe space z witryną na całą ścianę, gdzie widać wszystko w środku i wisi wielka tęczowa flaga. To, czy to będzie safe space, zależy od mnóstwa czynników — niekoniecznie od tego, jaki jest typ wejścia.
Kacper Kępiński: Pytam też o estetykę: jak queerowość może się przejawiać w przestrzeni? Czy te miejsca muszą być patchworkowe, oddolne, „niedoprojektowane”, i w tym tkwi queerowość? Czy jest pole do świadomego grania estetyką?
Mateusz Sulwiński: O queerowości miejsca decyduje przede wszystkim to, kto je prowadzi. A jeśli chodzi o elementy estetyczne czy funkcjonalne, to tęczowa flaga wisząca gdzieś w środku to jest absolutna podstawa. To jest jednocześnie nic i wszystko. W wielu miejscach w Polsce to nadal gest wywrotowy — czasem wręcz niebezpieczny. To dużo mówi o Poznaniu. Członek naszego zarządu, Paweł, ma mieszkanie mniej więcej w centrum Poznania i od zawsze wywieszał tęczową flagę na takim porządnym kiju — bardzo widoczną. Pewnego dnia dostał pismo z administracji kamienicy. Otwierał je, spodziewając się czegoś „grubego”, a to była prośba, żeby wymienić flagę na nową, bo ta jest już nieestetyczna. Dla mnie ważne jest też nieprzywiązanie do binarnego podziału „panowie/panie” — na przykład w podejściu do toalet. Mamy też różne drobne gesty: ktoś kiedyś napisał coś na szybie, typu „geje zapraszają”, i widziałem, jak jacyś panowie przystanęli, przeczytali i mieli: „co tu się dzieje?”. Siła naszego aktualnego miejsca jest też w tym, że ono jest w przestrzeni, w której ludzie się tego nie spodziewają: w Zamku Cesarskim. Można to zaznaczać na różne sposoby. Mamy na przykład wymalowane tęczowe łuki — tego nie pomylisz. Latem widzę osoby, które zawracają, gdy widzą tęczową flagę, bo nie chcą wejść. Widzę też osoby, które wchodzą — bardzo różne. W tym miejscu lata temu była restauracja chyba dosyć prestiżowa i do dziś wchodzą osoby 60+, czasem zostają, czasem są zawiedzione, bo przyszły „zjeść”, a karta jest skromniejsza, niż się spodziewały.
I jest jeszcze jeden ważny czynnik: w Poznaniu jest sprzyjająca władza. Nie chcę tu robić laurki Jackowi Jaśkowiakowi — szczególnie w kontekście jego ostatniej wypowiedzi o Palestynie — ale trzeba mu oddać, że jest absolutnie najważniejszym prezydentem polskiego miasta w tematyce LGBT+. To pierwszy urzędujący prezydent miasta, który wziął udział w Marszu Równości w 2015 roku. Przychodzi do Lokum, pojawia się na wieczorach wyborczych, robi rzeczy pionierskie z dużą swobodą — takie, nad którymi inni prezydenci pewnie zastanawialiby się tygodniami. On po prostu przychodzi i tańczy poloneza w Lokum, prowadząc korowód i tańcząc z osobą transpłciową. Ja czasem na to patrzę i mam: „co tu się w ogóle dzieje?”. To tworzy zupełnie inny klimat. Jestem świadomy, że to ma ogromne znaczenie. Prowadzenie przyjaznej instytucji czy miejsca w mieście, w którym rządzi prawica — skrajna czy nie skrajna — to jest zupełnie inna historia. Dużo trudniejsza. To bardziej walka o przetrwanie niż „szpanowanie” widocznością.
Kacper Kępiński: A jak wy — jako instytucja — możecie komunikować inkluzywność nie tylko programowo, ale też przestrzennie: aranżacją, grafiką, atmosferą? Organizowaliście warsztaty projektowania oznaczeń toalet neutralnych płciowo, ale te oznaczenia nie są wdrożone. Jak sprawiać, żeby to nie było wyłącznie deklaratywne, tylko realnie obecne w przestrzeni?
Dominika Janicka: W kontekście społeczności LGBTQ+ nie zawsze da się wdrożyć „twarde” działania architektoniczne w prosty sposób. Oczywiście są rzeczy ogólne: dostępność, podjazdy, rozwiązania projektowe — one są albo ich nie ma. Ale tu bardzo ważna jest atmosfera i program. Jeśli chodzi o komunikowanie przez grafikę: pod koniec 2023 roku mieliśmy wystawę bardzo młodego projektanta graficznego — to był jego dyplom. Była to kampania o tym, jak zrobić coming out przed rodzicami: z jednej strony dedykowana osobom, które to przeżywają, z drugiej — rodzicom, żeby uwrażliwiać obie strony i ułatwiać rozmowę. To był projekt, który miał konkretne rozwiązania graficzne i był komunikowany w określony sposób. Autor, Maciej Gil, umieścił w aranżacji wystawy także wydruki hejtu. One działają inaczej, kiedy są wydrukowane — nagle widać skalę i ciężar. Mieliśmy bardzo dużo reakcji od odbiorców, że to zrobiło na nich ogromne wrażenie: że dopiero wtedy uświadomili sobie, z czym te osoby muszą żyć.
„Mamo, tato, jestem problemem” — wystawa w Instytucie Dizajnu
fot.: Paula Dulnik
Mieliśmy też wystawę Lucjana Rostkowskiego-Covingtona — poświęconą klubowi Pogłos. W czerwcu, w Miesiącu Dumy, wywieszamy „wirtualną flagę” — mamy monitory przy wejściu z programem i wtedy jedna z plansz jest tęczowa. Ale to nie jest tylko gest. Staramy się przez cały rok, a szczególnie w okolicach czerwca, robić działania wspierające. Mamy cykl „Design w słusznej sprawie”, w którym wykorzystujemy działania projektowe do pozyskiwania środków na cele pomocowe. W czerwcu jedną z akcji dedykowaliśmy wsparciu lokalnej fundacji organizującej Marsz Równości w Kielcach — Prowincji Równości. I są też działania „architektoniczne” w sensie udostępniania przestrzeni: Marsz Równości w Kielcach często startuje z Zamkowej, ze szczytu. Zdarza się też, że udostępniamy nasze wnętrza wieczorem czy w nocy, kiedy przygotowywane są platformy, balony i podobne rzeczy.
„Upamiętniając Pogłos” — wystawa w Instytucie Dizajnu w Kielcach
fot.: Paula Dulnik
A jeśli chodzi o oznaczenia toalet — to przed nami. To była dla mnie ważna lekcja: nazwałam to „warsztatem projektowania piktogramu toalety neutralnej płciowo”. To jest termin, który powinniśmy oswajać. Ale pamiętam, że w opisie bardzo ważyłam słowa, bo wiedziałam, że przychodzą do nas rodzice z dziećmi. I mimo tego był ogromny atak — długo mierzyliśmy się z konsekwencjami. Zastanawiałam się wtedy, czy gdyby to nazwać inaczej — na przykład „toaleta dla wszystkich” — politycy w ogóle zwróciliby uwagę. To jest stały dylemat: czy edukujemy wprost, używając właściwych pojęć, czy działamy „pod przykrywką”. Przy każdym wydarzeniu trzeba to wyważyć. Dla mnie najważniejsze jest budowanie relacji i jasny komunikat: u nas te tematy są obecne, są wystawy, są warsztaty, projektowanie inkluzywne jest ważne i jest priorytetem.
Kacper Kępiński: W pewnym sensie, tak jak Stonewall „queeruje” Zamek Cesarski, tak wy — poprzez program — też wypełniacie miejsce o trudnej historii.
Dominika Janicka: To jest ciekawy wątek, bo nasz budynek ma bardzo wyraźną warstwowość historii. Jesteśmy częścią większego założenia na Wzgórzu Zamkowym. Pod tą nazwą działają dwie instytucje. Instytut Dizajnu to jedna część budynku, a druga to Ośrodek Myśli Patriotycznej i Obywatelskiej, który pielęgnuje pamięć o historii miejsca. Przez bardzo długi czas był to budynek więzienny — szczególnie podczas drugiej wojny światowej i w czasach stalinizmu, gdy osadzano tu więźniów i więźniarki polityczne, osoby walczące o wolność. Przez lata miejsce było puste, zaniedbane i słusznie źle się kojarzyło, jako przestrzeń cierpienia i przemocy. Zwłaszcza na początku działania naszej instytucji, ponad szesnaście lat temu, wiele osób miało silny opór wobec tego miejsca. Nasza część ma nadawać temu miejscu bardziej pozytywne spojrzenie na dziś i przyszłość. To moja subiektywna opinia, ale widzę w tym pewną klamrę: zginęły tu osoby, które walczyły o lepszą Polskę, a my dziś robimy działania na rzecz otwartości i równości. I co ciekawe, nikt nigdy nie buntował się wobec naszych działań argumentem, że to „miejsce kaźni” i nie wypada. Dla mnie to jest też pokazanie architektury jako nakładania się warstw i zmieniających się funkcji.
kiedy przestrzeń przestaje być bezpieczna
Flaga „Queerce” promująca kielecki marsz równości w Poznaniu
fot.: Ladsgroup | Wikimedia Commons © CC BY-SA 4.0
Kacper Kępiński: Czy safe space może stać się zagrożony w momencie, kiedy zaczynają z niego korzystać osoby spoza społeczności? To jest czasem dyskusja o tym, że te przestrzenie „stają się bezpieczne dla wszystkich” — przychodzą osoby hetero, potem z partnerami — i przestrzeń przestaje być atrakcyjna dla tych, dla których została stworzona.
Mateusz Sulwiński: Jest taki anegdotyczny schemat: queerowy klub przyciąga hetero kobiety, bo czują się tam bezpiecznie, mogą odpocząć od patriarchatu i od przemocy czy molestowania. Potem pojawiają się hetero faceci i miejsce traci charakter. Ale moim zdaniem to uproszczenie. Miejsce przestaje być queerowe w momencie, kiedy osoby, które je prowadzą, podejmują taką decyzję — świadomie lub nie. To jest kwestia decyzji. Jeśli pozwolimy na to, żeby program stawał się mniej queerowy, mniej dedykowany osobom queerowym; jeśli będzie mniej dragu; jeśli zaczniemy dostosowywać ofertę pod nową grupę docelową, bo „przynosi pieniądze” — to wtedy robi się problem. Dla mnie barometrem są osoby robiące drag — nie tylko drag queens, ale też drag kingowie i inne osoby performujące drag. Jeśli one zaczynają czuć się źle, to znaczy, że coś jest na rzeczy. Bo jeśli jest za duże natężenie osób spoza społeczności i nie ma realnych mechanizmów reagowania — na przykład ktoś cię łapie za perukę, a ty nie masz pewności, czy obsługa zareaguje — to pęka fundament bezpieczeństwa. Do Lokum przychodzą różne osoby. Mamy czasem nawet osoby w szalikach Lecha Poznań, które wpadają na piwo. Ale dopóki działa szkielet: to jest queerowe miejsce, są zasady i jeśli się do nich nie stosujesz, wylatujesz — dopóty to jest queerowe miejsce. I dopóki nie ma tej odgórnej decyzji, że zaczynamy przymykać oko, bo „to pieniądze”, dopóty to jest bezpieczne.
Kacper Kępiński: Na koniec: czy widzicie coś, czego — jako stowarzyszenie albo jako instytucja — „zazdrościcie” sobie nawzajem? Co instytucja mogłaby wziąć z oddolnego modelu, a co oddolny model mógłby wziąć z instytucji?
Dominika Janicka: Myślę, że jest wiele rzeczy, których możemy uczyć się od siebie nawzajem, i że oba modele powinny istnieć równolegle i się uzupełniać. My mamy pewną stabilność finansowania — jest co roku, daje trwałość. Ale przez to nie możemy pewnych rzeczy robić rewolucyjnie, tylko stopniować. Bywa, że coś dzieje się wolniej, jest mniej spontaniczności, bo mamy ramy instytucjonalne i biurokratyczne. W instytucji trzeba pamiętać, że to nie jest „moja prywatna decyzja” — to są środki publiczne, działamy w pewnym systemie ocen i rozliczeń, a to oznacza także reakcje ze strony władz miasta czy rady miasta. Każde działanie musi być wprowadzane w sposób, który nie zagraża istnieniu instytucji. Mieliśmy sytuację z próbą likwidacji Instytutu — formalnie takie narzędzia istnieją. I wtedy myślisz o całym zespole: że instytucja daje bezpieczeństwo finansowe grupie osób, że odpowiadasz za trwanie miejsca. To jest stałe balansowanie bezpieczeństwa misji z bezpieczeństwem trwania instytucji.
bezpieczeństwo jako decyzja, nie estetyka
Kacper Kępiński: Myślę, że to jest dobre miejsce, żeby tę rozmowę zamknąć. Safe space nie jest ani estetyką, ani deklaracją, ani jednorazowym gestem. To jest sposób zarządzania przestrzenią i odpowiedzialność za to, co się w niej wydarza — na poziomie relacji, zasad i reakcji. Architektura może w tym pomagać albo przeszkadzać, ale nigdy nie działa sama. I chyba właśnie dlatego rozmowa o bezpiecznych przestrzeniach musi dziś toczyć się w centrum debaty o mieście, a nie na jej marginesie.










































