Ciągły stres, przemęczenie i nadmiar obowiązków, praca pod presją czasu od deadline'u do deadline'u odciskają piętno na naszym dobrostanie, a co za tym idzie — zdrowiu psychicznym. Do dotykającego coraz więcej osób wypalenia zawodowego dochodzi też rzeczywistość otaczającego nas świata, polikryzysów, niepewności jutra. Okazuje się, że radzenie sobie z tym przytłaczającym doświadczeniem wspierać może... sztuka, którą Światowa Organizacja Zdrowia uznała niedawno za jeden z kluczowych komponentów wspierających nasze zdrowie i dobrostan. O tym, w jaki sposób z nią obcować, aby otworzyć się na jej wspierające działanie, rozmawiamy z Dellfiną Dellert — arteterapeutką i członkinią Neuroarts Resource Center.
Dellfina DELLERT — Arteterapeutka, założycielka laboratorium twórczego rozwoju Flow.Lab+ART, członkini Neuroarts Resource Center, propagatorka neurosztuki i neuroestetyki oraz sztuki na receptę, autorka koncepcji mikrodozowania sztuki, artystka multidyscyplinarna, reżyserka dokumentalna, dziennikarka. www.flowlabart.com
Ola Kloc: Od 2019 roku WHO uznaje sztukę za jeden z kluczowych komponentów wspierających nasze zdrowie psychiczne, fizyczne i dobrostan. Poproszę więc o konkrety: co, jak i na co wpływa?
Dellfina Dellert: To ogromne pytanie, zwłaszcza że nie ma układu w ciele człowieka, na który sztuka, odpowiednio zaaplikowana, nie oddziałuje, ale postaram się na nie odpowiedzieć. Za rewolucyjny uważam rok 2019. Wtedy to powstała nowa dziedzina badawcza — Neuroarts — działająca na styku nauki, sztuki i technologii, która bada, w jaki sposób sztuka i doświadczenia estetyczne mierzalnie wpływają na nasz mózg, ciało i zachowanie oraz, jak ta wiedza przekłada się na bardzo konkretne praktyki wspierające nasze zdrowie, rozwój i dobrostan, np. zmniejszenie samotności, redukcję stresu, stanów lękowych czy depresji, wzrost empatii, samooceny, motywacji, poczucia sensu, redukcję bólu, poprawę motoryki, nawet u osób z chorobą Parkinsona czy funkcji poznawczych, spowolnienie procesów degeneracyjnych mózgu, szybsze zdrowienie po przebytych chorobach i operacjach.
Szeroko rozumiana sztuka może, dosłownie, wspierać nas od narodzin aż do śmierci. Na przykład śpiewanie czy puszczanie muzyki wcześniakom na OIOM-ie, wycisza im system nerwowy, poprawia metabolizm, a dzięki temu szybciej przybierają na wadze i szybciej opuszczają szpital. Nucenie i śpiewanie wpływa także na obniżenie depresji poporodowej u kobiet.
Ola Kloc: Niezależnie od gatunku muzyki?
Dellfina Dellert: Nie wiem, co by było, gdyby puścić świeżo narodzonemu dziecku trash metal, ale jeśli mama słuchała go całą ciążę i działał na nią kojąco to jest szansa, że na dziecko też zadziała. Profesora Daisy Fancourt, psychobiolożka i epidemiolożka na UCL oraz dyrektorka Centrum Sztuki i Zdrowia przy Światowej Organizacji Zdrowia, w jednym z wywiadów opisuje, że kiedy urodziła przedwcześnie córkę, postawiła empirycznie sprawdzić te badania i zaczęła jej śpiewać. I faktycznie dziecko wyszło szybciej ze szpitala. Okazuje się też, że osoby terminalnie chore, które piszą dzienniki, żyją o jedną trzecią dłużej niż osoby, które tego nie robią.
neony projektu Dellfiny Dellert
© Dellfina Dellert
Ola Kloc: Jak właściwie się to bada?
Dellfina Dellert: Na przykład badaniem EEG, rezonansem magnetycznym, opaskami biometrycznymi, badaniami krwi, śliny, ruchu gałek ocznych, poprzez badania podłużne i kohortowe, ankiety. Powstała też specjalna rygorystyczna metoda badawcza „impact thinking”, która bada wpływ sztuki, architektury i muzyki, angażując szeroki i interdyscyplinarny zespół około trzydziestu naukowców z różnych dziedzin.
Podam przykład: profesora Daisy Fancourt, która jest dla mnie punktem odniesienia w wielu działaniach, zrobiła badania kohortowe sprawdzające, czy rekreacyjne angażowanie się w sztukę raz w tygodniu może pomagać zapobiegać rozwojowi zaburzeń psychicznych. Przeprowadziła te badania na szerokiej grupie osób w Wielkiej Brytanii i okazało się, że bez względu na pochodzenie, płeć, status ekonomiczny, społeczny, choroby i ogrom innych czynników, regularne angażowanie się w sztukę znacznie zmniejsza ryzyko rozwoju depresji.
Ola Kloc: Czy wspiera też wyjście z choroby?
Dellfina Dellert: Tak. Są badania, które udowadniają, że osoby cierpiące na depresję, które zaczynają angażować się w różne działania twórcze, dwa razy szybciej z niej wychodzą. Co ciekawe, poziom umiejętności artystycznych nie ma żadnego znaczenia. Liczy się samo uczestnictwo.
Ola Kloc: Obawiam się, że dla osoby cierpiącej na depresję, pójście na zajęcia artystyczne czy wyjście do muzeum samo w sobie może być sporym wyzwaniem.
Dellfina Dellert: Myślę, że równie ciężko jest zmobilizować się takiej osobie do pójścia na terapię, a czasem nawet do wstania z łóżka. Całe szczęście nawet w łóżku można rysować, malować, pisać dziennik lub poezję. Też ta mobilizacja zależy od wiedzy. Jeśli traktujemy sztukę jedynie jako estetyczny i raczej zbędny dodatek do rzeczywistości, na wystawę, koncert czy warsztaty na pewno nie pójdziemy, ale kiedy wiemy już, że to potężne i skuteczne narzędzie, będzie nam łatwiej.
neony projektu Dellfiny Dellert
© Dellfina Dellert
Ola Kloc: Jak więc zacząć?
Dellfina Dellert: Od małych kroków, żeby wyrobić nowe nawyki i sprawdzić co na nas najlepiej działa. Właśnie w tym celu stworzyłam koncepcję mikrodozowania sztuki — małych, częstych doświadczeń i praktyk artystycznych. To świetna profilaktyka. Ja zaczynam dzień od porannego tańca. Ale można śpiewać pod prysznicem, robić na drutach, szyć na maszynie, majsterkować, robić kompozycje z kwiatów, fotografować.
Ola Kloc: Jak powinno wyglądać takie dawkowanie sztuki?
Dellfina Dellert: Regularność jest ważniejsza niż przypadkowe doświadczanie. Wyjście raz w roku do opery jest wspaniałe, ale ważne jest przede wszystkim to, czym karmimy swoje zmysły na co dzień. Naukowcy mówią, że obok zdrowego snu, właściwego odżywiania, sportu czy kontaktu z naturą, to właśnie sztuka jest piątym filarem naszego dobrostanu. Widzieliśmy to od zawsze. Już czterdzieści tysięcy lat temu zasiadaliśmy w kręgach, śpiewaliśmy piosenki, tańczyliśmy, opowiadaliśmy sobie historie, malowaliśmy na skałach. Sztuka była częścią naszego życia i była traktowana jak lekarstwo. Dziś wracamy do tego myślenia, co podkreśla stworzenie Neuroarts i skupienie Światowej Organizacji Zdrowia na sztuce.
Wielu naukowców uważa, że stoimy na progu zmiany kulturowej, a poszerzenie definicji i pola wpływu sztuki może realnie zmienić życie miliardów ludzi na świecie. Jest to personalizowane, niedające skutków ubocznych, skuteczne działanie prewencyjne i terapeutyczne, ale też zdrowotne, bo dzięki niemu ludzie szybciej dochodzą do siebie po operacjach. Odpowiednia muzyka puszczana na SOR-ze łagodzi ból, na sali operacyjnej sprawia, że chirurg jest bardziej stabilny, a pacjentowi podaje się mniej leków sedacyjnych. To są naprawdę niesamowite badania!
Ola Kloc: Co więc powinniśmy zmienić?
Dellfina Dellert: Przede wszystkim nasze podejście. Gdyby jakaś firma farmaceutyczna weszła teraz na rynek z lekiem, który robi to wszystko, o czym opowiadam i to bez skutków ubocznych, każdy by się zachwycał. A my, mając sztukę pod ręką, zupełnie z jej dobrodziejstw nie korzystamy. Pewnie dlatego, że jest wyparta z naszego systemu nauczania i z życia. Stała się albo zawodem dla wybranych, albo drogim hobby, albo sposobem na unikanie podatków. Możemy jednak zmienić tę perspektywę. Sztuka nie musi należeć tylko do muzeów i instytucji kultury, powinna być dla każdego. Jestem przeciwna podziałom na sztukę wysoką i niską, lepszą i gorszą, ładną i brzydką. Ten dualizm ma w sobie pogardę i ocenę, a nic naszej autoekspresji nie ogranicza bardziej niż lęk przed tą oceną.
neony projektu Dellfiny Dellert
© Dellfina Dellert
Ola Kloc: Wspominałaś o dobroczynnym wpływie oglądania sztuki. Jednak nie każdy czuje się dobrze w muzeum czy w galerii, zwłaszcza jeśli ma do czynienia ze sztuką nowoczesną, której „nie rozumie”.
Dellfina Dellert: O ile w sztuce dawnej wszystko jest proste: człowiek to człowiek, drzewo to drzewo, a koń to koń, to gdy patrzymy na prace współczesne, nie da się ich „rozumieć”. Dlatego zawsze zachęcam do tego, żeby sztukę przede wszystkim czuć. I kompletnie nie przejmować się „nie wiem”, zamieniając lęk na ciekawość.
Zawsze zachęcam do słuchania swojego ciała. Ono bardzo dużo wie. Można na przykład wejść do muzeum i sprawdzić, do której pracy nas ciągnie i spędzić z nią więcej czasu. Możemy zastanowić się, co ona w nas porusza, o czym nam przypomina, jakie emocje budzi. Traktując ją jak „lustro” tego, co w nas, dajemy sobie szansę na przeżycie czegoś. Ubolewam nad tym, że żyjemy w czasach, w których wolimy nie czuć, a wszystkie trudne emocje nazywamy złymi. Nie bez powodu spożycie opioidów i psychotropów stale rośnie. Przecież każda emocja jest informacją, a dzięki sztuce można w przepiękny sposób do nich docierać i je sublimować.
Ola Kloc: A jak to jest z przestrzenią i architekturą? Czy i jak dobrze zaprojektowane przestrzenie, architektura i wnętrza mogą działać terapeutycznie na odbiorcę?
Dellfina Dellert: Pandemia Covid-19, kiedy zostaliśmy zamknięci w naszych domach, bardzo posunęła do przodu myślenie o architekturze. Inicjatywa Intentional Spaces, którą od 2023 uważnie śledzę, ma na celu wywarcie wpływu na projektowanie przestrzeni i miejsc, w których pracujemy, leczymy się, uczymy i żyjemy. Jeden z propagatorów tej inicjatywy, architekt Tye Farrow powiedział, że ludzie spędzają dziś więcej czasu w budynkach niż wieloryby pod wodą. To zdanie zapadło mi w pamięć, bo dobrze pokazuje skalę wpływu środowiska, w którym żyjemy. Dlatego projektowanie przestrzeni miejskich, publicznych, prywatnych czy miejsc pracy, powinno uwzględniać nie tylko funkcję i finanse, ale także zdrowie psychiczne i fizyczne użytkowników. To odpowiedzialność etyczna architektów i deweloperów.
Intencjonalnie zaprojektowana przestrzeń może wspierać regenerację psychiczną, redukować stres, poprawiać koncentrację, sprzyjać dobrostanowi i przyspieszać zdrowienie. Psychologia środowiskowa wskazuje cztery właściwości środowiska, które sprzyjają takiej regeneracji. Pierwszą jest fascynacja — subtelne bodźce, takie jak światło, zieleń, woda czy sztuka, które przyciągają uwagę w naturalny sposób i pozwalają umysłowi odpocząć. Drugą jest poczucie oddalenia, czyli doświadczenie wyjścia z codziennego kontekstu — może je dawać ogród, atrium, galeria czy dobrze zaprojektowana przestrzeń publiczna. Trzecim elementem jest extent, czyli poczucie spójności i rozległości miejsca, które pozwala się w nim mentalnie zanurzyć i je eksplorować. Czwartym jest kompatybilność, czyli dopasowanie przestrzeni do ludzkich potrzeb — kiedy miejsce wspiera to, co chcemy robić, czujemy się w nim swobodniej i bezpieczniej. Gdy architektura łączy te cztery elementy, może realnie wspierać. Na przykład szpitale, które wprowadzają sztukę, naturalne materiały, światło dzienne czy kontakt z naturą, raportują krótszy czas hospitalizacji pacjentów oraz mniejsze wypalenie zawodowe personelu.
Przestrzeń publiczna jest też naturalnym polem współpracy architektów i artystów. Sama w ramach koncepcji intencjonalnych przestrzeni tworzę w miejscach publicznych instalacje neonowe, których celem jest oświetlanie nie tylko tego, co na zewnątrz, ale też tego, co w nas.
neony projektu Dellfiny Dellert
© Dellfina Dellert
Ola Kloc: Zastanawia mnie dlaczego, skoro sztuka ma na nas taki dobroczynny wpływ, artyści również mierzą się z problemami natury psychicznej. Dwa lata temu przeprowadzono badania dotyczące kondycji psychicznej studentów i pracowników Wydziałów Architektury. Aż 78 procent ankietowanych uznało, że studiowanie architektury wpływa negatywnie na ich stan psychiczny.
Dellfina Dellert: A wiadomo, jak definiowali przyczyny tego stanu?
Ola Kloc: Jednym z czynników był przeładowany program i sposób traktowania osób studiujących przez osoby nauczające. System nauczania zawodzi, młodzi architekci, zanim wejdą na rynek, mierzą się z wyzwaniami natury psychicznej, a potem — pracując już w zawodzie — z wypaleniem. Przypuszczam, że podobnie może być wśród artystów.
Dellfina Dellert: Przestarzały, hierarchiczny system nauczania, od podstawówki aż po uczelnie wyższe, często ogranicza naszą kreatywność i autentyczność. Dołująca jest też sytuacja społeczna artystów, których praca wciąż nie jest uznawana za pracę. Gdyby młodzi wiedzieli, że kończąc ASP czy Wydział Architektury, będą w stanie się utrzymać, robiąc coś wartościowego dla innych, to być może nie mieliby problemów z wypaleniem, które jest ściśle związane z brakiem poczucia sensu.
Często przypisuje się artystom łatkę niezrównoważonych, ale czytałam właśnie o szwedzkich badaniach prowadzonych przez czterdzieści lat na populacji miliona dwustu osób, które sprawdzały, czy istnieje związek między byciem artystą a problemami psychicznymi. Okazało się, że mit szalonego artysty nie ma żadnego potwierdzenia w badaniach! Jest wręcz przeciwnie. Zbadano też rodziny artystów i okazało się, że choć były w nich przypadki chorób psychicznych, osoby, które działały twórczo, dużo lepiej funkcjonowały. Wynika z tego, że artysta dzięki sztuce, może stać na skraju przepaści szaleństwa, ale w nią nie wpada, bo dzięki sztuce ma zasoby, żeby sobie radzić.
neony projektu Dellfiny Dellert
© Dellfina Dellert
Ola Kloc: Czyli co powinniśmy robić? Wychodzić do muzeum, do filharmonii, rysować, śpiewać?
Dellfina Dellert: Oczywiście chodzenie do muzeów, teatrów czy filharmonii jest dla nas zdrowe, ale wiadomo, że nie wszyscy chcą lub mogą to robić często, a potrzebne jest nam wsparcie na co dzień. Żyjemy w świecie multikryzysów, stresu i niepewności, a służba zdrowia jest raczej służbą chorobie i nie zajmuje się zapobieganiem. Więc w pierwszej kolejności wracam do mikrodozowania sztuki, które jest wspaniałą metodą wspierającą budowanie odporności psychicznej.
Badania pokazują też, że rekreacyjne praktykowanie sztuki, czyli na przykład zapisanie się na warsztaty ceramiczne, kurs malowania, śpiewanie w lokalnym chórze, czy lekcje tańca, praktykowane raz w tygodniu przez minimum sześć tygodni już może przynieść widoczne i długo utrzymujące się rezultaty.
Wspaniałym rozwiązaniem jest też profesjonalna arteterapia. Obecnie zawód, który wykonuję, zaczął być uznawany za zawód przyszłości i coraz częściej mówi się o tym, że każda instytucja czy firma powinna arteterapeutę zatrudniać. Czytałam niedawno badania, które pokazały, że zajęcia arteterapeutyczne realizowane dla personelu medycznego zmniejszyły o połowę ryzyko wypalenia zawodowego. Badaniem zostali objęci lekarze z czterech brytyjskich szpitali. Z kolei żołnierze armii amerykańskiej, którzy wracają z misji, w świeżej traumie, uczęszczający na arteterapię, mogą zmniejszyć ryzyko wystąpienia PTSD o ponad 80 procent. Metoda ta została opracowana przez Narodowy Fundusz Sztuki, Wydział Obrony, Departament Spraw Weteranów i państwowe agencje artystyczne z dwunastoma ośrodkami klinicznymi w całych Stanach Zjednoczonych.
Ola Kloc: I co się robi w ramach arteterapii? Jak to wygląda?
Dellfina Dellert: Arteterapia to bardzo szeroki termin, obejmujący rozwojowe, prewencyjne i lecznicze stosowanie wielu kreatywnych technik. Należą do nich między innymi malowanie, rzeźbienie, rysowanie, fotografowanie, kolarz, haftowanie, tworzenie masek, pacynek, praca z tekstem, w tym poezją, bajkami, dziennikami, improwizacja, drama, taniec, tworzenie muzyki, śpiewanie. Sky is the limit. Ale nie są to zwykłe zajęcia plastyczne, muzyczne czy taneczne. W arteterapii nie oceniamy, nie porównujemy z innymi, żeby udowodnić, kto jest lepszy, nie skupiamy na efekcie w postaci finalnego dzieła. Cała uwaga skupia się na doświadczaniu, eksperymentowaniu i procesie. Między innymi po to, żeby wyjść z perfekcjonizmu i pozbyć się krytyków wewnętrznych.
Co ważne, arteterapia działa niezależnie od umiejętności. Obniża poziom hormonu stresu, podnosi poziom hormonów szczęścia, obniża ciśnienie krwi, zwiększa neuroplastyczność, pomaga budować więzi. Uczy też bezpiecznie wyrażać myśli i emocje oraz poznawać i integrować różne części siebie. A jak to wygląda? Arteterapia może być wsparciem tradycyjnej psychoterapii albo niezależną formą. Mogą to być sesje indywidualne, warsztaty pojedyncze lub cykliczne. Te ostatnie działają oczywiście najlepiej.
neony projektu Dellfiny Dellert
© Dellfina Dellert
Ola Kloc: Czy ludzie chętnie biorą udział w takich zajęciach?
Dellfina Dellert: Obecnie w ponad trzydziestu krajach sztuka jest już w mniejszym lub większym stopniu częścią systemu opieki zdrowotnej i lekarze mogą przepisywać ją na receptę w ramach programów recept społecznych. W Polsce sztuka jako lekarstwo to temat wciąż świeży. Dlatego moją misją jest zmiana sposobu, w jaki ludzie jej doświadczają i ją praktykują.
Czasem spotykam się z podejściem, że arteterapia czy twórczy rozwój, bo wolę taką nazwę, jest niepoważny, bo to zabawa. I nic dziwnego, że niektórzy tak myślą, skoro przez dekady w szkole wmawiano nam, że bez cierpienia, stresu, rywalizacji i wysiłku nie ma rezultatów. Rzecz w tym, że przeciwieństwem zabawy wcale nie jest praca, tylko depresja. Zabawa to nie strata czasu, a jeden z fundamentów naszego rozwoju. Mózgi ssaków są wyposażone w układ zabawy. Najszybciej uczymy się, bawiąc, a empatia, kreatywność, zaufanie i poczucie sprawiedliwości kształtują się właśnie na wspólnym „placu zabaw”.
Jest jeszcze jedna ważna rzecz, o której chcę wspomnieć. Tworzenie pozwala nam wejść w stan flow, czyli stan, w którym według naukowców jesteśmy najszczęśliwsi. Samo przebywanie w tym stanie jest tak przyjemne, że nie mamy potrzeby dalszej gratyfikacji. Przestajemy oceniać siebie i innych, skupiamy się na tu i teraz i na zmysłowym doświadczaniu świata. Bez lęku, ambicji czy presji bycia kimś, kim jeszcze albo już nie jesteśmy. Taki powrót do lekkości, radości i spontaniczności dziecka, którym czasem nigdy wcześniej nie mieliśmy szansy być, może być bardzo uwalniający, w świecie, w którym wartość każdego z nas jest wyliczana na podstawie jego produktywności. Nie da się wypełnić życia samymi konkretami. Nie jesteśmy jedynie racjonalni. I to dzięki sztuce możemy ponownie połączyć się w całość.
Ola Kloc: Dziękuję za rozmowę.








































