Zobacz w portalu A&B!
Zostań użytkownikiem portalu A&B i odbierz prezenty!
Zarejestruj się w portalu A&B i odbierz prezenty
maximize

O pogardzie... względem architektury przeszłości, współczesności i samych siebie

Piotr Średniawa
06 marca '26

„Aleksander Franta w satyrycznym rysunku o gorzkiej wymowie marzył o patronie polskiej architektury i urbanistyki, o przybyciu do Polski Archimuzona, który czuwałby nad rodzimą architekturą. Wydaje się, że ta Muza szerokim łukiem omija ostatnio nasz kraj lub, jak podpisał rysunek Franta, chwilowo przysnęła”...

pogardliwa wyniosłość

Kiedy odwiedzamy muzea europejskie, pełne wspaniałych dzieł z przeszłości — rzeźb, obrazów, wyrobów rzemiosła artystycznego — niezależnie czy jest to Francja, Hiszpania, Włochy, Holandia czy też Polska, ogarnia nas podziw dla dawnych mistrzów i ich dokonań. Pojawia się pytanie, czy dzisiaj jako współczesna cywilizacja, bylibyśmy zdolni stworzyć tak wspaniałe dzieła? Próbujemy dociekać i zgadywać, co chcieli współczesnym sobie i przyszłym odbiorcom przekazać ich twórcy? Czego poszukiwali, co ich nurtowało?

Dlaczego dzieła te wywołują w nas tylko bezmyślny podziw i nie zmuszają do głębszej refleksji? Ich przekaz jest na tyle wielowątkowy, a czasami wręcz tajemniczy, że wymaga długiej kontemplacji, a nie „zaliczenia” w turystycznym pośpiechu kolejnej muzealnej kolekcji. Odczuwamy jednak, że to, co nas naprawdę łączy z przeszłością, to nieprzerwany pochód kultury i sztuki, która zawsze nam towarzyszyła, mimo że zamknęliśmy ją w muzeach niczym w luksusowych więzieniach.

Podobne odczucia towarzyszą nam, gdy obcujemy z wielką historyczną architekturą, której nie sposób uwięzić w muzealnych salach. Wielkie gotyckie katedry, średniowieczne zamki, renesansowe pałace, barokowe kościoły z ich wystrojem, zabytkowa zabudowa miast i miasteczek w jakimś stopniu nas onieśmielają, powodują, że zniżamy głos i zwalniamy nasz codzienny rytm życia, niemal czując podświadomie obowiązek szacunku zarówno dla nich, jak i ich twórców. Zapominamy, że nie przybyły do nas z odległej przestrzeni kosmicznej, ale są wytworami ludzi podobnych do nas, naszych przodków. Warto pamiętać, że nie są to jedynie nobliwe zabytki, lecz że były organicznym współczesnym wówczas elementem rzeczywistości. Zdumiewają nas ówczesne osiągnięcia techniczne, lecz przede wszystkim motywacja dla realizacji tych dzieł i poszukiwanie nieuchwytnego piękna, tak różnie definiowanego.

Odwiedzając krakowski Rynek i Wawel, położony nad Wisłą Sandomierz, zamek w Malborku, opactwo w Krzeszowie czy bajkowy pałac w Mosznej na Opolszczyźnie nie mamy wątpliwości, że otacza nas wybitna architektura i żaden z jej składników nie jest przypadkowy, nie ma w niej też elementów, których wątpliwa estetyka lub jej brak powodowałyby dysonans. Oprócz podziwu dla tej architektury wyczuwamy dystans jej wzniosłości, a może też pogardę dla współczesności i jej wątpliwej kultury. Trudno się dziwić, skoro przeżyła ona już wiele pokoleń, znalazła u nich uznanie i podziw, tymczasem współczesna architektura już po paru latach prezentuje się fatalnie i wiele stosunkowo młodych obiektów tandetnie się starzeje. Bardzo wątpliwe jest, czy powstająca dziś architektura będzie przez następne pokolenia ceniona, czy też zostanie w przyszłości bez żalu wyburzona i nie pozostanie z niej przysłowiowy kamień na kamieniu.

pogarda współczesności

Ten dysonans szczególnie silnie odczuwamy, gdy opuszczając historyczne centra miast, wędrujemy przez odleglejsze dzielnice, aż do koszmaru naszych przedmieść. Widoczne są tutaj niczym w odwiertach geologicznych warstwy i procesy ukazujące stopniową degrengoladę przestrzeni.

Na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat uznaliśmy urbanistykę za zbędną i niepotrzebnie obciążającą dziedzinę, skutecznie eliminując ją z kształtowania przestrzeni miejskiej. Symboliczne jest wręcz, że pojęcie urbanistyki nie ma w naszym kraju urzędowo formalnego odniesienia, wyparte przez planowanie przestrzenne, mające z kształtowaniem przestrzeni niewiele wspólnego. Również w obecnej ustawie o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, planowanie miast definiowane jest jako archaiczne wyznaczanie stref funkcjonalnych w praktyce niekształtujące struktury i układów urbanistycznych.

Skoro zlikwidowaliśmy uciążliwą dla naszych realiów urbanistykę, nadszedł czas na uporanie się z architekturą. Powiększa się sukcesywnie katalog obiektów, które z założenia nie noszą atrybutów architektury, mimo że stanowią znaczną, o ile nie główną ilość realizowanej kubatury. Z definicji są to: stacje paliw, wiadukty, mosty i infrastruktura autostrad i dróg szybkiego ruchu, ale usprawiedliwia je zaliczenie według niedawno zmarłego francuskiego antropologa kultury Marca Augé do „nie miejsc” funkcjonujących w bezczasowej wiecznej teraźniejszości, zastępującej typową dla kultury europejskiej ciągłość i linearność kulturową. Przedmieścia opanowane zostały przez warsztaty, magazyny i różne obiekty o urodzie pudełek do butów. Do tej kategorii „nie architektury” sprowadzona została ekspansja sieciowych parterowych pawilonów spożywczych i fast foodów zalewających wolne i przypadkowe miejsca wśród istniejącej zabudowy. Można uznać, że relatywnie niewielka skala nie jest jeszcze groźna, ale ich ilość wzbudza już niepokój.

Również wielkie kubatury licznie zrealizowanych głównie na przedmieściach galerii handlowych, mimo scenografii udającej wyszukaną architekturę wnętrz, a będącej jedynie powierzchownym dekoratorstwem, trudno zaliczyć do architektury. Podobną wielkość prezentują wielkopowierzchniowe blaszane magazyny logistyczne, stanowiące coraz częściej organiczny element pejzażu pól uprawnych i pastwisk, jako że z upodobaniem wznoszone są na tych terenach. Na granicy balansują szklane pudła i pudełka obiektów biurowych, wątpliwie zachęcające do pracy w ich wnętrzach wynajmowanych przez korporacje. Stopniowo z kategorii architektury wypierana jest też zabudowa mieszkaniowa, zastępowana przez patodeweloperkę i rozpełzająca się wśród dróg, łąk i pól zabudową jednorodzinną. Obrazu dopełniają pasteloza, betonoza przestrzeni publicznych i chaos niekontrolowanych tablic i afiszy reklamowych przybierający w przypadku lokalizacji na fasadach budynków gargantuiczne wręcz rozmiary. Trudno się dziwić, że wielka historyczna architektura patrzy się na nasze dokonania z politowaniem i pogardą.

O pogardzie... względem architektury przeszłości, współczesności i samych siebie

O pogardzie... względem architektury przeszłości, współczesności i samych siebie

© Piotr Średniawa

Ten brak szacunku dla rodzimej przestrzeni rozciąga się stopniowo na cały kraj, a szczególnie — co jest szczególnie bolesne — na jego najbardziej malownicze regiony. Monstrualne hotele dewastujące piękne pejzaże wyrastają w Beskidach, Karkonoszach, Mazurach i nadmorskich wydmach, a Podhale jak rakowa narośl pokrywa chaotyczna rozlewająca się po dolinach i wzgórzach zabudowa. To z kolei nasza współczesna pogarda dla bezpowrotnie traconych naturalnych walorów. Nie szanujemy również modernistycznej zabudowy, jak bezpardonowo wyburzone warszawski Supersam, czy katowicki dworzec, których nieżyjących twórców znaliśmy osobiście. Ta mająca ponad pięćdziesiąt lat modernistyczna architektura już chyba też z pogardą spogląda na obecne dokonania. Ten syndrom widoczny był w drastyczny sposób w noc sylwestrową, gdy elegancki katowicki Spodek spoglądał z zażenowaniem na krzykliwo-papugowatą, błyskającą ledami i laserami pretensjonalną siostrę, jaką była szeroko rozreklamowana estrada dla koncertu noworocznego wzniesiona przez Telewizję Polską. Ten brak szacunku, a wręcz pogarda, przejawia się również w przebudowach — bez cienia żenady i refleksji — obiektów stworzonych przez innych architektów.

mechanizmy pogardy

Od kilkunastu lat coś niedobrego dzieje się z naszą przestrzenią. Funkcjonują w niej mechanizmy i siły, nad którymi straciliśmy panowanie mimo ułomnych, lecz demokratycznych przemian. Chcielibyśmy przecież jako architekci mieć możliwość wpływania na kształt miast, ich przestrzeni, na warunki i sposób, w jakich żyją jego mieszkańcy. W naszej relatywnie młodej demokracji każdy urząd czy jednostka publiczna działa zgodnie z wolą grupy ludzi, którzy aktualnie są u władzy i lobbystów, którzy zawsze są w jej pobliżu. Działania te zazwyczaj spotykają się niestety z obojętnością ludzi, którzy paradoksalnie te władze wybrali i raczej służą tworzeniu powiązań i utrwalaniu władzy. Mało prawdopodobne więc, a zasadzie niemożliwe jest oczekiwanie na zmiany ze środka struktur władzy i że podporządkowane władzy urzędy będą pracować niezależnie, kreując przestrzeń i politykę służebną wobec mieszkańców. Wobec słabości finansowych miast i gmin, ograniczających możliwości inwestycyjne, pozostają nam oczekiwania wobec sektora prywatnego. Ten, pozornie działając w uwarunkowaniach podaży i popytu, powinien spełniać oczekiwania mieszkańców, aby ci byli skłonni kupić lub użytkować ich przestrzenne produkty. Tak jednak się nie dzieje, przynajmniej w naszym kraju, w którym doświadczyliśmy deficytu powierzchni handlowych i usługowych i nadal mierzymy się z deficytem mieszkań i powierzchni biurowych. W takiej sytuacji kapitał prywatny, wspomagany zagranicznymi korporacjami, dąży do maksymalizacji zysku i szybkiej amortyzacji.

Obie te siły te kształtują procesy wpływające na taki, a nie inny kształt naszej przestrzeni, rozwiewając nadzieję na szybką jej poprawę. Również regulacje prawne i ich stanowienie dotyczące przestrzeni są służebne wobec tych uwarunkowań. Kształt miast implikowany jest prywatyzacją polityki przestrzennej wraz z jej fragmentyzacją, pozbawianą dłuższej strategii. Przez tak kształtowaną przestrzeń przebija nie tylko pogarda dla krajobrazu i architektury, ale przede wszystkim dla ludzi, współmieszkańców skazanych na życie i użytkowanie danych obiektów i przestrzeni. To również niestety pogarda dla samych siebie.

pogarda dla kultury

Nieżyjący, wybitny architekt Aleksander Franta w satyrycznym rysunku o gorzkiej wymowie marzył o patronie polskiej architektury i urbanistyki, o przybyciu do Polski Archimuzona, który czuwałby nad rodzimą architekturą. Wydaje się, że ta Muza szerokim łukiem omija ostatnio nasz kraj lub, jak podpisał rysunek Franta, chwilowo przysnęła. To zresztą ciekawe, że w starożytnej Grecji dziewięć Muz patronowało historii, poezji, tragedii, komedii, muzyce, astronomii, a architekturze, będącej kolebką europejskiej architektury, nie patronowała żadna z nich. Może ówcześni budowniczowie mieli poczucie, że realizując tak wspaniałe budowle, nie potrzebują niebiańskiej patronki, a wystarczy talent i wszechstronna wiedza? Ale te umiejętności, wprawdzie niezbędne, nie były jednak wystarczające, kluczowe były słowo i pojęcie kultury. Nie wdając się w jałowe nieco dywagacje o tym, czy architektura jest sztuką, czy też inżynierią, a może ich syntezą, jest oba bez wątpienia elementem kultury, zarówno materialnej, jak i niematerialnej, wywodzącej się z antyku. Kultura, podobnie jak w starożytnej Grecji, jest niezbędna dla harmonijnego funkcjonowania współczesnego miasta i społeczeństwa. Bez kultury jako głównego paradygmatu, każdy rozwój miast jest zubożony i niepełny, a wręcz kaleki. Współczesne miasto powinno splatać tradycję, historię, lokalną tożsamość i współczesny dyskurs kulturowy, którego bardzo istotnym elementem jest właśnie architektura. Wydaje się, że jako społeczeństwo, elity, władze i my architekci o tej prawidłowości zapomnieliśmy, lub też świadomie ją ignorujemy i nie chcemy ani jej kształtować, ani w niej uczestniczyć. Uwikłani w opisane uwarunkowania, staliśmy się jednym z ogniw systemu, na którego działanie nie mamy wpływu. Również w naszym dyskursie zawodowym niechętnie podejmujemy wątek kultury, mimo wzniosłych deklaracji w naszych statutach. Jeżeli chcemy budować szacunek dla naszego zawodu w społeczeństwie, ale również szacunek dla samych siebie, to oprócz regulacji prawnych, formalnych, standardów wykonywania zawodu, kluczowe jest właśnie słowo kultura. Zapomniane zostaną dość szybko kwestie finansowe, przepisy budowlane, obliczenia energochłonności, zmagania z urzędnikami. Jedyne, co zostanie z naszych działań to kultura. Jeżeli jej zabraknie, to nie zostanie nic, oprócz bezwartościowego budownictwa, a my będziemy jedynie zawodowcami wykonującymi bezdusznie usługi projektowe bez szacunku, pogardzając samymi sobą.

 
Piotr Średniawa

Przewodniczący Rady Śląskiej Izby Architektów, członek WKUA i MKUA w Katowicach, od 2003 roku prowadzi z Barbarą Średniawą Biuro Studiów i Projektów w Gliwicach

Głos został już oddany

okno zamknie się za 5

Robert Konieczny „Architektura to moja pasja totalna — szczerze o pieniądzach i zajeżdżaniu się”
SPECTRUM STUDIO - Projekty, które powstają z myślą o przyszłości v2
Powierzchnie odbijające promieniowanie IR
Prawdziwie matowa rynna kwadratowa
INSPIRACJE