Robert Konieczny z KWK Promes w podcaście A&B „Osobowości Architektury”
Robert Konieczny z KWK Promes w podcaście A&B „Osobowości Architektury”
maximize
Zostań użytkownikiem portalu A&B i odbierz prezenty!
Zarejestruj się w portalu A&B i odbierz prezenty
maximize

Kto ma płacić za brzydkie budynki? Zacieranie architektonicznego dziedzictwa pochopnymi decyzjami urzędników

Anna Cymer
19 grudnia '25

Budynki z czasów PRL-u, a jeszcze bardziej te z lat 90. wciąż uważane są dość powszechnie za brzydkie. A że wciąż wartościuje się je według kategorii estetycznych, tym łatwiej się ich pozbywać.

Za 39 milionów złotych można obecnie kupić dom, który dla samego siebie w 1926 roku zaprojektował jeden z ważniejszych i bardziej wpływowych architektów pierwszej połowy XX wieku, Romuald Gutt. Dorobek architekta to nie tylko realizacje, ale i kolejne ukształtowane przez niego jako wykładowcę i autorytet pokolenia (jego wychowanką i asystentką była choćby Halina Skibniewska). Willa Gutta przy ulicy Józefa Hoene-Wrońskiego w Warszawie, choć wnętrza ma całkowicie przebudowane, zachowała swój pierwotny wygląd zewnętrzny, modernistyczny kształt i elewacje z szarej cegły cementowej, uważanej za znak rozpoznawczy tego architekta. Przy okazji publikacji ogłoszenia o sprzedaży nieruchomości platformy społecznościowe zalały apele o to, by dom został kupiony przez podmiot publiczny, najlepiej Ministerstwo Kultury. Zwolennicy wykupu willi Gutta powoływali się na istniejącą od kilku miesięcy petycję do Ministerstwa Kultury o wykupienie również wystawionego na sprzedaż (za 5,5 mln zł) zbudowanego w latach 70. w Tarnowie domu doktora Książka.

Willa Gutta, Warszawa,

Willa Gutta, Warszawa, — proj.: Romuald Gutt, 1925–1926

fot.: Verdykrash | Wikimedia Commons CC BY-SA 3.0 pl

Czy jednak można traktować tak samo obie te oferty z rynku nieruchomości? Dom Gutta reprezentuje powszechnie lubiany okres międzywojenny, nie budzi więc estetycznych kontrowersji. Od 1977 roku znajduje się w rejestrze zabytków, jego istnienie nie jest zagrożone, nie ma planów zmiany jego wyglądu, a wnętrza od dawna nie są oryginalne. Dom zawsze był prywatną własnością, podobnie jak wszystkie pozostałe wille, z którymi tworzy także chroniony kompleks Kolonii Profesorskiej. Sytuacja tarnowskiego domu jest zupełnie inna. To obiekt z lat 70., nieujęty w żadnych spisach konserwatorskich (rejestrze czy gminnej ewidencji zabytków), realnie zagrożony rozbiórką, jeśli zostanie kupiony przez inwestora mającego swoją wizję zabudowy działki w centrum miasta. W domu doktora Książka zachowało się w nienaruszonym stanie także pełne wyposażenie, meble oraz wszystkie detale, które jako spójna część projektu były stworzone przez jednego architekta, Wojciecha Pietrzyka. Trudno jednak będzie mieć pretensje do potencjalnego nowego, prywatnego właściciela, jeśli zechce się ich wszystkich pozbyć.

Te dwa przykłady doskonale ilustrują o wiele szerszy, bardziej skomplikowany i trudny do rozwiązania problem, jakim jest ochrona dziedzictwa architektury, szczególnie tej powstałej niedawno, w latach PRL-u czy czasach transformacji. Już tylko najbardziej ortodoksyjni nienawistnicy uważają, że nie należy w ogóle otaczać ochroną zbudowanych wtedy obiektów; jednocześnie nie ukształtowały się jasne kryteria, mówiące o tym, jakimi cechami powinien odznaczać się godny ochrony obiekt, nie udało się stworzyć metod ich wartościowania, układania hierarchii. Skoro więc nie wiemy, jakie budynki warto otaczać opieką, tym trudniej stworzyć narzędzia do skutecznego tego typu działania.

wpisana do rejestru zabytków w 2019 roku greckokatolicka Cerkiew Narodzenia Przenajświętszej Bogarodzicy, Biały Bór

wpisana do rejestru zabytków w 2019 roku greckokatolicka Cerkiew Narodzenia Przenajświętszej Bogarodzicy, Biały Bór — proj.: Jerzy Nowosielski, Bogdan Kotarba, 1993–1997

fot.: Jerzy (Jurek) Durczak | Wikimedia Commons CC BY-SA 2.0

Dziś właściwie mamy tylko wpis do rejestru zabytków, najtrudniejszy do zastosowania, bo wywołuje kontrowersje: wciąż oburza uznanie za zabytek budynku dwudziesto-, trzydziesto-, nawet pięćdziesięcioletniego, wpisanie do rejestru kolorowego biurowca z lat 90. (co jeszcze nigdy nie miało miejsca) zapewne wywołałoby lawinę sprzeciwów, skoro wciąż wzbudza je ochrona obiektów z lat 70. Potwierdzającym regułę wyjątkiem można nazwać najmłodszy obecnie polski zabytek, czyli zbudowaną w latach 1993–1997 cerkiew w Białym Borze. Dlaczego młody wiek tego zabytku nikogo nie oburza? Zapewne dlatego, że za jego projektem stoi Jerzy Nowosielski, powszechnie lubiany malarz, a nie architekt; cerkiew znajduje się także z daleka od dużych miast i ich cennych gruntów.

wyburzony w 2023 roku kompleks biurowy Atrium Business Centre, Warszawa,

wyburzony w 2023 roku kompleks biurowy Atrium Business Centre, Warszawa, — proj.: Biuro Projektów Kazimierski i Ryba, 1994–2001

fot.: Panek | Wikimedia Commons CC BY-SA 4.0

Urbaniści w kontekście ochrony budynków chętnie powołują się na plany ogólne i miejscowe: jeśli jakiś obiekt zostaje uwzględniony w takim dokumencie, oznacza to jego zachowanie. W teorii, bo praktyka jest ponura. Wiele terenów Polski wciąż nie ma planów miejscowych, inne były rysowane dziesięć, dwadzieścia lat temu, kiedy to debata o ochronie powojennej architektury była w zupełnie innym miejscu i nie uwzględniają cennych budowli tej epoki. Kiedyś oddziały SARP, dziś częściej organizacje i lokalne stowarzyszenia starają się tworzyć, aktualizować i reklamować jeszcze inne narzędzie: listę Dóbr Kultury Współczesnej (DKW). Istnieje ono w ścisłym powiązaniu z planami miejscowymi, lista sama w sobie nie daje ochrony obiektom na niej umieszczonym, ale jest wskazaniem dla planistów o konieczności uwzględniania takich budynków. Jest więc naznaczona wymienionym problemem. Warszawa była pionierką: listę DKW stworzył tu SARP niemal dwadzieścia lat temu, w 2006 roku, tym samym, w którym rozebrano Supersam. Dziś wiele budynków na niej wymienionych już nie istnieje. W 2019 roku, między innymi z inicjatywy stołecznego konserwatora zabytków, w ramach prac powołanego przez prezydenta Warszawy zespołu do spraw dóbr kultury współczesnej, powstała druga część listy, licząca pięćdziesiąt osiem pozycji i obejmująca obiekty z lat 80., 90., a nawet późniejszych. Wpisany na nią układ urbanistyczny kompleksu biurowego Atrium Business Centre już nie istnieje.

wyburzony w 2023 roku kompleks biurowy Atrium Business Centre, Warszawa,

wyburzony w 2023 roku kompleks biurowy Atrium Business Centre, Warszawa, — proj.: Biuro Projektów Kazimierski i Ryba, 1994–2001

fot.: Panek | Wikimedia Commons CC BY-SA 4.0

Czy wpis do rejestru zabytków — jeśli uda się go przeforsować — jest skuteczny? Nie zawsze. W 2023 roku do rejestru zabytków wpisano dzieło Aleksandra Franty i Henryka Buszko, dzielnicę uzdrowiskowo-leczniczą Ustroń-Zawodzie; rok wcześniej właściciel większości budynków z tego zespołu ogłosił plany jego rozbudowy, stworzone przez Macieja Frantę i Roberta Koniecznego. Objęcie ochroną konserwatorską było przedstawiane jako wyczekiwana konsekwencja dbałości inwestora o to dziedzictwo, zrozumienie jego wartości i chęć uszanowania pierwotnego projektu. Dziś trwa procedura odwołania, które złożył jeden z właścicieli wobec decyzji konserwatora, teren nie jest chroniony. Analogiczna sytuacja dotyczy budynku ZETO we Wrocławiu, którego nieszczęściem jest nie tyle sama architektura, ile fakt, że nieduży, ledwie dwupiętrowy budynek stoi na wartej majątek działce w samym centrum miasta.

budynki kompleksu sanatoryjnego Ustroń-Zawodzie

budynki kompleksu sanatoryjnego Ustroń-Zawodzie — proj.: Aleksander Franta, Henryk Buszko, Tadeusz Szewczyk, lata 60. XX wieku

fot.: MichalPL | Wikimedia Commons CC BY-SA 4.0

Dużym problemem jest ustawodawstwo — z jednej strony przestarzałe (obowiązująca ustawa o zabytkach pochodzi z 2003 roku, nie byliśmy wtedy nawet jeszcze w Unii Europejskiej!), z drugiej — niedoskonałe. Jednym ze słabych punktów ustawy jest status urzędu konserwatora zabytków, czy to miejskiego, czy wojewódzkiego. To urzędnik podejmuje decyzje o wpisie obiektu do rejestru zabytków. Choć wspiera się eksperckimi opiniami, decyzja należy personalnie do niego. Jeśli więc nie ma jasnych, ustalonych kryteriów oceny, podyktowana jest osobistymi preferencjami, opiniami, poglądami. To dlatego są miasta, w których budynki z czasów PRL-u trafiają do rejestru częściej, w innych — wcale. Trudno się dziwić: urzędnik wypełnia swoje obowiązki jak uważa najlepiej, nie jego winą jest brak kategorii, według których można jego ­działania oceniać.

Jest jeszcze jedno wyzwanie, które łączy się z ochroną współczesnej architektury: używanie do jej oceny kryteriów estetycznych, niepraktykowane raczej w odniesieniu do obiektów „starych”. Powszechnie stosowane jest pojęcie piękna i brzydoty, nieobiektywne, nieweryfikowalne, indywidualne, a jednak sięgają po nie nie tylko użytkownicy, mieszkańcy miast, ale i eksperci. Nie istnieje debata o powojennym dziedzictwie pozbawiona argumentów o architekturze, która „źle się zestarzała”, „nie przetrwała próby czasu”, „jest niechcianą pamiątką słusznie minionej epoki”, jest wykonana ze złej jakości materiałów, w „trudnych czasach”, gdy „wszystko było byle jakie”. Na zbicie argumentów o konieczności ochrony mówi się też często, że to sentyment kieruje obrońcami, a nie merytoryczna ocena, bo zawsze widzi się przez różowe okulary budynki, które „kojarzą się z latami młodości”.

budynek Zakładu Elektronicznej Techniki Obliczeniowej (ZETO), Wrocław

budynek Zakładu Elektronicznej Techniki Obliczeniowej (ZETO), Wrocław — proj.: Anna i Jerzy Tarnawscy, 1969

fot.: Evidamii019 | Wikimedia Commons CC BY-SA 4.0

Ani w latach transformacji, tym bardziej w czasach PRL-u, ani nawet w latach zerowych XXI wieku skala rozbiórek i wyburzeń nie była tak gigantyczna jak obecnie. Zjawisko to dotyczy przede wszystkim największych miast, jednak nie omija również mniejszych ośrodków, na które po prostu nie są skierowane medialne reflektory, gdzie wartościowe budynki z XX wieku znikają nie tylko za sprawą pazernych deweloperów, ale i zęba czasu — opuszczone, popadają w ruinę. Niespotykane wcześniej tempo, w jakim „wymieniana” jest zabudowa naszych miast, wymusza też szybszą ewolucję pojęć i działań: musimy coraz szybciej aktualizować listę wartych ochrony obiektów, bo inaczej one po prostu przestaną istnieć. To jeden z powodów, dla których kryterium „starości” przestało decydować o tym, co możemy uznać za zabytek. Teraz właściwie najlepiej by było ujmować w rejestrze każdy obiekt, który niesie wartość architektoniczną, a jest realnie zagrożony chciwością rynku.

Bo to nie zły stan zachowania lub brak pomysłu na funkcjonowanie jest głównym wrogiem powojennej architektury. Tym pozostaje „niewidzialna ręka rynku” i „święte prawo własności”. Pierwszą budowlą w kapitalistycznej Polsce, którą zmiotły buldożery nie dlatego, że była w złym stanie, ale z powodu chęci zysku, było warszawskie kino Moskwa. Stało się to w 1996 roku, a socrealistyczny gmach miał wtedy czterdzieści sześć lat. Dokonana systemowo w latach 90. prywatyzacja praktycznie każdej dziedziny życia — w tym architektury i budownictwa — przyniosła tragiczne skutki. Zniknęło planowanie (w tym urbanistyczne) — dla Warszawy w tej chwili powstaje (w bólach) plan ogólny, trzy dekady po tym, jak poprzednie koncepcje długofalowego rozwoju miasta wyrzucono do kosza. Przez ten czas największe polskie miasto w błyskawicznym tempie rozbudowywało się i rozwijało właściwie bez spójnej, zatwierdzonej, długoletniej wizji, na podstawie punktowych decyzji.

rozebrany w 2022 roku dom towarowy Solpol, Wrocław

rozebrany w 2022 roku dom towarowy Solpol, Wrocław — proj.: Wojciech Jarząbek, 1992–1993

fot.: Volens nolens kraplak | Wikimedia Commons C BY-SA 4.0

Architekturę w epoce transformacji zamieniono na część procesu zarządzania pojedynczymi działkami. W takich realiach tym trudniejsze jest tworzenie nowych, bardziej adekwatnych koncepcji ochrony dziedzictwa architektonicznego. Presja inwestycyjna jest silnym wrogiem. I to właśnie stąd się biorą petycje o zakup przez podmioty publiczne zagrożonych budowli. Mówiło się o tym, gdy prywatny właściciel zdecydował się rozebrać Solpol, a urząd konserwatora zabytków odmówił ujęcia budynku w rejestrze zabytków — wydawało się, że jedyną szansą na ocalenie dzieła postmodernizmu było wykupienie go przez samorząd czy jakąś instytucję publiczną. Tak, jak w przypadku hotelu Cracovia, którego ocalenie zapewnił Skarb Państwa, odkupując gmach od dewelopera. Podobną drogą poszły ostatnio władze Katowic — od prywatnego właściciela wykupiły pochodzący z lat 60. zaprojektowany przez Stanisława Kwaśniewicza budynek mieszczący Galerię BWA i sklep Cepelia czy pawilon handlowy Domus, dzieło tego samego architekta. W Warszawie to prywatny podmiot odtworzył znajdujący się już właściwie w ruinie (ale i ujęty w rejestrze zabytków) pawilon Cepelii, we Wrocławiu także prywatni właściciele pracują nad przywróceniem pierwotnej świetności jednego z pawilonów w kompleksie mieszkaniowo-usługowym przy placu Grunwaldzkim ­projektu Jadwigi Grabowskiej-Hawrylak.

hotel Cracovia, Kraków

hotel Cracovia, Kraków — proj.: Witold Cęckiewicz, 1959–1965

fot.: Zygmunt Put | Wikimedia Commons CC BY-SA 4.0

Czy jesteśmy skazani na zamienianie Ministerstwa Kultury i samorządów w agencje skupujące nieruchomości? Jak na razie to chyba jedyna droga, by skutecznie ochronić jeszcze istniejące, wartościowe przykłady nowszej architektury. Jeśli prywatny właściciel sam nie jest szalonym pasjonatem architektury, są małe szanse, by zdecydował się finansować utrzymanie starego budynku, jeśli w jego miejscu może wznieść nowy i bardziej dochodowy. Chyba że otrzymałby od państwa jakieś zachęty. Wsparcie finansowe (w postaci ulg podatkowych czy dotacji remontowych) prywatnego inwestora byłoby na pewno mniejszym obciążeniem dla budżetu niż odkupywanie od niego i późniejsze utrzymywanie wartościowego architektonicznie budynku. To się zresztą już dzieje i dowodzi skuteczności takiego rozwiązania: od kilku lat, od kiedy znacznie zwiększyła się oferta dotacji na remonty obiektów zabytkowych, to sami właściciele składają wnioski o wpisanie ich nieruchomości do rejestru zabytków. W ten sposób pod ochronę konserwatorską trafiły ostatnio między innymi rybnicki Okrąglak z 1974 roku, projekt Barbary Meisel, własność Cechu Rzemiosł oraz Małej i Średniej Przedsiębiorczości w Rybniku oraz Spółdzielni Rzemieślniczej Wielobranżowej, czy kościół pw. Miłosierdzia Bożego w Kaliszu, projekt Jerzego Kuźmienki i Andrzeja Fajansa z końca lat 50., ­realizowany aż do początku lat 90.

Galeria Sztuki Współczesnej BWA, Katowice

Galeria Sztuki Współczesnej BWA, Katowice — proj.: Stanisław Kwaśniewicz, 1965–1969

fot.: Marek Mróz | Wikimedia Commons CC BY 4.0


Wsparcie finansowe w dbaniu o wartościowy budynek jest ważne i skuteczne, ale nie rozwiązuje wszystkich problemów. Może przykład warszawskiego pawilonu Cepelii przyczyni się do zwiększenia świadomości, że powojenny budynek można uczynić atrakcją, wykorzystać marketingowo i nadać mu nowe życie z pożytkiem, także finansowym, dla firmy. Choć podciąć skrzydła może niegdyś pionierski i bardzo głośny przykład przemiany pawilonu kasowego stacji linii średnicowej Warszawa-Powiśle w modną knajpę — dziś pawilon jest pusty, a jego przyszłość nieznana (szczęśliwie jest ujęty w rejestrze zabytków). Taki pomysł miał przez chwilę bank PKO BP: gdy żywe były protesty wobec planów rozbiórki Rotundy, jej właściciel zapewniał, że jednym z celów jej „nowej” wersji będzie ogólnodostępne piętro z kawiarnią, punktem informacji turystycznej, miejscem spotkań. Kawiarnia w Rotundzie działała może kilka miesięcy, piętro pokracznej kopii pawilonu z lat 60. szybko stało się znów niedostępne.

Sanktuarium Miłosierdzia Bożego, Kalisz

Sanktuarium Miłosierdzia Bożego, Kalisz — proj.: Jerzy Kuźmienko, Andrzej Fajans, 1957, realizacja: 1993

fot.: Peżot | Wikimedia Commons CC BY-SA 4.0

Tylko władze centralne i samorządowe oraz urzędy mają narzędzia zarówno do wspierania właścicieli cennych budynków, jak wymagania od nich opieki nad budynkami. Jednak to nie wykupywanie każdego wartościowego obiektu przez państwo powinno być odpowiedzią na problem znikania cennego dziedzictwa współczesności. Zanim uda się usprawnić metody jego ochrony, należy wykształcić zestaw jasnych kryteriów, według których budynki uznawane są za ważne, cenne, wartościowe, warte zachowania. Tak, aby to nie personalne decyzje urzędników decydowały o ich losie, ale i nie kryteria mitycznej „starości”, „minionej epoki” czy „piękna”.

A może wszystkie te rozważana są już i tak nieaktualne? W Warszawie właśnie planowana jest rozbiórka budynku wzniesionego dziesięć lat temu. Czy w obliczu tak szybko postępujących zmian nie należałoby w ogóle zakazać wyburzeń? Z powodów ekologicznych i zdroworozsądkowych? By powstrzymać dochodzącą do absurdu spekulacyjną bańkę w świecie nieruchomości? Może podobne pomysły powinna oceniać niezależna, ekspercka komisja rozbiórkowa, wydająca zgody na likwidację budynku tylko w ostateczności, jeśli rzeczywiście budynek nie daje szansy na adaptację? Czy w ten sposób nie udałoby się załatwić zarówno kwestii ochrony dziedzictwa architektury, jak i środowiska?

Anna Cymer

więcej: A&B 11/2025 – Kraków od nowa,
pobierz bezpłatne e-wydania A&B 

Głos został już oddany

okno zamknie się za 5

Robert Konieczny „Architektura to moja pasja totalna — szczerze o pieniądzach i zajeżdżaniu się”
SPECTRUM STUDIO - Projekty, które powstają z myślą o przyszłości
Powierzchnie odbijające promieniowanie IR
Prawdziwie matowa rynna kwadratowa
INSPIRACJE